czwartek, 26 sierpnia 2010

Oszczędności cz.3 - Agencja Rynku Rolnego

Dziś uderzymy z nieco grubszej rury. Na garnuszku polskich podatników poza rządem, sejmem, prezydentem i instytucjami dobrze nam znanymi jak choćby Urząd Skarbowy czy ZUS jest jeszcze cała masa tzw. agencji rządowych. Powiedzmy sobie szczerze: większość jeśli nie wszystkie są całkowicie zbędne, a wręcz szkodliwe. Ich działalność polega głównie na regulowaniu różnych rynków oraz dziedzin życia, które wcale regulacji rządowych nie potrzebują. Listę tych agencji można znaleźć np. Tutaj na stronie MSZ Zajmijmy się na początek największą z nich (a przynajmniej bez dokładniejszych badań sądzę że największą): Agencją Rynku Rolnego. Jej głównym celem jest psucie i regulowanie rynku rolnego jak sama nazwa wskazuje. Czy pamiętacie Państwowy Bank Zbożowy z filmu "Kariera Nikodema Dyzmy"? No. Tamten bank przy ARR to małe piwko. W tej agencji marnują się grube miliony.

ARR dostaje dużą część środków z Unii Europejskiej w ramach Wspólnotowej Polityki Rolnej. Tej części środków nie wezmę pod uwagę. Chociaż warto pamiętać o dwóch rzeczach:
  • Krasnoludki nie produkują euro - te środki także pochodzą z kieszeni podatników. Na razie w lwiej części z niemieckich, ale jak długo jeszcze Niemcy będą chętni finansować biedniejsze kraje Unii?
  • W Unii jest coraz więcej głosów za tym, żeby zrewidować przyszłe budżety i przekazywać znacznie mniej środków na politykę rolną lecz na inne cele. Oczywiście nawet gdy źródełko wyschnie polska biurokracja rolna (rządzona głównie przez PSL) nie dokona samolikwidacji. Zgadnijcie więc na czyje barki spadnie dalsze utrzymanie całości wydatków ARR?
Tyle pisząc tytułem wstępu przejdę od razu do konkretów. Rozliczenie budżetowe za rok 2009 ARR można znaleźć TUTAJ Można tam sobie poczytać jak kto ma ochotę w jakich rynkach grzebie ARR i jak to uzasadnia. Niektóre są zaskakujące. ARR dopłaca np. do produkcji lnu, miodu, drobiu czy jaj. Płaci za "prywatne przechowywanie masła"  i robi badania dotyczące produkcji winorośli w Polsce. Realizuje program szklanki mleka dla dzieci szkolnych (a ja naiwnie myślałem, że ten PRLowski relikt jednak zniknął, wciąż pamiętam paskudny smak ciepłego szkolnego mleka z kożuchami, do którego przymuszali nas nauczyciele) oraz programy związane z promocją owoców (pamiętacie Pana Owocowść ?) Jednym słowem mnóstwo pieniędzy wydanych na regulowanie i dopłaty do rynków, które powinny być całkowicie wolne. To co jemy i co kupujemy do jedzenia powinno być naszą prywatną sprawą. Rząd nie ma tu nic do kombinowania!
Dodatkowo ARR kontroluje prawną biurokrację. Do tej agencji przedsiębiorcy, którym akurat przyszło pechowo działać w wybranej przez rząd do kontrolowania branży, muszą składać różne wnioski o pozwolenie itp. Np. jeśli chcesz produkować ser z dodatkiem kazeiny to musisz uzyskać zezwolenie ARR. Dla sprawiedliwości muszę dodać, że część z zadań ARR wynika z naszych zobowiązań wobec UE i dziwactw legislacyjnych brukselskich biurokratów. Wcale nie oznacza to jednak że to w porządku, że musimy płacić za takie wątpliwej potrzeby działania!
ARR reguluje także wymianę zagraniczną. Np. udziela pozwolenia na import bananów czy innych egzotycznych owoców. Kolejna niepotrzebna regulacja. Czy nie może o tym decydować wolny rynek ile bananów przyjedzie do Polski?

Suma wydatków ARR w roku 2009 to 2 605 mln zł. Z czego 76% pochodzi ze środków unijnych. Polski budżet wydał więc: 622 mln zł. Zakładając, że dopóki jesteśmy członkiem UE części biurokracji nie da się uniknąć, ale myślę że ta część z powodzeniem sfinansuje się z tych 76% dopłat z Unii. Zysk dla budżetu w postaci ponad 600 mln zł. powinien być więc łatwy do uzyskania. Dodatkowym plusem byłby pozytywny impuls dla gospodarki uwolnionej z części usztywniających ją regulacji oraz zysk dla przedsiębiorców.
Żeby być do końca uczciwym trzeba wspomnieć, że likwidacja niektórych pól działania ARR spowdowałaby:
  • Nieco większe wahania cen produktów żywnościowych w ciągu roku. Nie przeceniałbym tego jednak o tyle, że interwencje ARR na rynkach i tak są zwykle spóźnione i za słabe by mogły przyczynić się do dużych zmian cenowych.
  • Podwyżkę cen niektórych produktów żywnościowych. Nie jest to oczywiste, że taka podwyżka na pewno by nastąpiła, a jeśli już to w bardzo małym stopniu ze względu na: zwiększenie konkurencyjności na rynku, zwiększenie importu zagranicznego po zniesieniu części barier oraz ze względu na to, że większość dopłat i tak mieści się w zakresie UE czego chwilowo likwidować nie zakładam.
WNIOSKI:
Likwidacja dużej części kompetencji ARR, a w zasadzie wszystkich, których nie narzuca i nie finansuje UE dałoby sporą oszczędność do budżetu oraz zmniejszyło zbiurokratyzowanie gospodarki. Skoro nikt nie reguluje rynku produkcji butów, czy ubrań, które są również bardzo ważne dla każdego człowieka, to po co reguluje się rynek zbóż czy mleka?

czwartek, 19 sierpnia 2010

Wysterylizować urzędników!

Urzędnicy dużo robią aby uzasadnić sens swojej obecności. To naturalne, bo gdyby społeczeństwo przestało zauważać ich potrzebność, to szybko kazałoby im zabrać się do jakiejś sensowniejszej pracy. Lubią także zwiększyć swój zakres władzy o nową grupę poddanych oraz zdobyć jeszcze trochę więcej wiedzy o ludziach. Można do tego celu wykorzystać np. koty...
Czasem jednak ich pomysły sięgają granic absurdu. Jak donoszą media Belgia planuje przymusową sterylizację wszystkich kotów Urzędnicy zabawili się w Boga i stwierdzili autorytarnie, że w 10-cio milionowej Belgii, 1 milion kotów, to zdecydowanie za dużo. Ma ich być mniej i basta. Na początku plan obejmuje koty bezpańskie (i tu można by jeszcze ewentualnie się zgodzić). Dalej jednak OBOWIĄZKOWA sterylizacja ma objąć także hodowców a następnie zwierzęta domowe. Urzędnicy być może zapomnieli, że w populacji muszą nadal pozostać jakieś osobniki niewysterylizowane, by mogła się odtworzyć choćby w minimalnym stopniu. Chyba, że z góry przewidują, że uda się tylko z małym procentem czworonogów, to by akurat była godna pochwały przenikliwość, gdyż tak właśnie będzie - na bank powstanie "kocie podziemie". Już widzę oczami wyobraźni te tajne zloty właścicieli nadal płodnych, zakazanych kocurów. Już widzę naloty policji na tajne melinki kociej chuci. Już widzę jak mafia zabiera się za handel rozpłodowymi kotami...
A jeśli akcja się powiedzie? Cóż, chyba kolejnym krokiem jaki ogłoszą belgijscy urzędnicy będzie ogłoszenie narodowego programu zwalczania gryzoni. Bo że ich populacja wtedy się zwiększy, to pewne jak dwa razy dwa jest cztery. I znów władza pokaże jak bardzo jest potrzebna, ktoś musi przecież nadzorować program masowego rozkładania trutek na szczury. A i podatek się pewnie dołoży. A i rozkraść parę eurosków się uda. Sama radość...

W tym wszystkim interesujące jest jedno zdanie "At a later stage, sterilisation will be made mandatory also for pet cats, which are expected to be identified and placed on a national registry." A właściwie końcówka. Urzędnicy chcą zrobić kolejny rejestr z zapisami o obywatelach. Tym razem zapewne będą kontrolować kto jakie zwierzęta trzyma w domu. Tym razem o zwierzętach, które posiadają w domach. Urzędnik musi to przecież wiedzieć! To byłby skandal gdyby ktoś tam trzymał sobie w domu papużkę, kota czy psa i je bez rządowej kurateli tak sobie rozmnażał! W kolejną prywatną sprawę obywateli z butami wejdą urzędnicy. Byle rządzić, byle kontrolować, byle władać niewolnikami. A do tego zwiększyć zatrudnienie w biurokracji przez powołanie nowego urzędu. To cenzura internetu, to rejestr niebezpiecznych zwierząt (psów, jak widać i kotów), to znów kartoteka na każdą rodzinę pod pozorem monitorowania przemocy. Wielki Brat czuwa.
Na szczęście w sprawie zwierząt domowych nie w Polsce. Jeszcze nie, wszak w państwie UE prędzej czy później ujednolicą przepisy...

wtorek, 17 sierpnia 2010

Za drogo? To nie korzystaj.

Niejaki Krzysztof R. z Krakowa zarabiający na przewożeniu osób swoim samochodem, został oskarżony o wprowadzenie w błąd klientów. Kierowca pobierał bardzo wysokie opłaty za przejazd, dochodzące nawet do 90zł. za 1 km. Wcześniej podobne zarzuty usłyszał Edward Z. Sądy oddaliły także pozwy kierowców wobec pasażerów, którzy nie chcieli uiścić opłat za przejazdy. Rodzi się w związku z tym kilka pytań:
  • Czy Krzysztof R. przy pomocy pistoletu lub innego niebezpiecznego narzędzia zmuszał przechodniów do przejażdżki swoim samochodem?
  • Czy może twierdził na początku, że opłaty są 10 razy niższe, a dopiero po przejażdżce zmieniał kwotę?
Wprost przeciwnie! Źródła podają, że miał na drzwiach wywieszony cennik. Fakt, że klienci którzy wsiedli sądzili, że mają do czynienia z tradycyjną taksówkową to jest bardziej ich problem - pojazd nie miał wiele wspólnego z taksówką poza tym, że też był samochodem i też przewoził ludzi za opłatą. Za głupotę i niefrasobliwość trzeba płacić! Mnie także zdarzyło się kiedyś zapłacić 20zł za przejazd na drugą stronę PKiN w Warszawie, bo bardzo spieszyłem się na spotkanie, nie zapytałem o cenę, a nie znając geografii miasta nie miałem pojęcia, że na piechotę dojdę szybciej (korki). Ale żebym miał za własną głupotę pozywać kierowcę do sądu?

Dodatkowym zabawnym faktem tej paranoi jest to, że kierowcy zostali oskarżeni o wprowadzenie ludzi w błąd poprzez użycie napisu "To nie jest postój TAXI", w którym podobno słowo TAXI było użyte większą czcionką i bardziej rzucało się w oczy. Ja przepraszam, ale gdybym przeczytawszy "to nie jest TAXI" pomyślał sobie "to jest TAXI", to prędzej zapadłbym się pod ziemię ze wstydu niż głosił to publicznie jeszcze pozywając tego, kto wywiesił taki napis. Bardziej dobitnie przecież nie da się napisać, że to nie jest TAXI! Ewentualnie jakimś wytłumaczeniem mogłoby być to, że przewożone osoby były skrajnie pijane, albo że początek zdania byłby napisany tak małą czcionką, że wymagałby użycia szkła powiększającego. Jednak żadne źródła tego nie potwierdzają. Jak zwykle więc lud nie potrafi korzystać z wolności. Czy w szkołach nie powinni uczyć m.in. tego, że o ceny należy się targować, a przynajmniej pytać, zamiast wierszy jakichś facetów z XVIII w.? A może to powinno być oczywiste i nie należy tego uczyć?

czwartek, 12 sierpnia 2010

Pan Owocowość czyli UE "inwestuje"

Unia Europejska "zainwestowała" 13.8 mln euro pieniędzy podatników w celu zatrudnienia 200 naukowców, którzy w wyniku swojej pracy doszli do rewolucyjnych wniosków: OWOCE SĄ ZDROWE!
Aby dalej promować jedzenie owoców powołano do życia specjalny program, który promować będzie MR FRUITNESS - Pan Owocowość.
Pan Owocowość: jabłka są zdrowe!

Ten news zawiera od razu aż trzy głupoty.
  • Zlecono naukowcom (aż 200) udowadnianie rzeczy oczywistej (a może niech unijni naukowcy sprawdzą np. czy woda jest mokra, albo czy lód jest zimny).
  • Wydane zostaną publiczne pieniądze na cel, który jest prywatną sprawą obywateli (odżywianie się).
  • Wydane publiczne pieniądze uszczuplą zasoby podatników, którzy nie będą mogli użyć ich na inne cele.
Jeśli ktoś nie rozumie o co chodzi w ostatnim punkcie, to zachęcam do zapoznania się z filmem prezentującym Mit Zbitej Szyby pochodzący z dzieła genialnego F. Bastiata. Obserwacja radosnej twórczości Unii przekonuje mnie, że będę chyba musiał go linkować jeszcze wiele razy...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Oszczędności cz.2 - Urzędy statystyczne

Dziś kolejna część z cyklu "jak znaleźć X mld. złotych brakujących budżetowi". Zajmiemy się urzędami statystycznymi oraz przede wszystkim Głównym Urzędem Statystycznym.

Nie wdając się w długie rozprawy zacytuję za BIPem ze strony GUS, że w r. 2010 budżet łączny głównego urzędu, oddziałów regionalnych oraz dodatkowych powiązanych instytucji (np. Zakład Wydawnictw Statystycznych, czy Centralny Ośrodek Informatyki Statystycznej, wiedzieliście że mamy takie instytucje, prawda?) wynosi: 371 mln. zł. Ładna suma. A na co to wydaje?
Rzut oka do internetu szybko daje nam, że wydaje to na:
  • Zbieranie informacji statystycznych na temat większości dziedzin życia publicznego i niektórych stron życia prywatnego.
  • Prowadzenie rejestrów: Krajowy Rejestr Urzędowy Podmiotów Gospodarki Narodowej (REGON) oraz Krajowy Rejestr Urzędowy Podziału Terytorialnego Kraju (TERYT).
No cóż. Nie wnikajmy już dokładnie w to jakie to dziedziny życia bada tak wnikliwie Urząd Statystyczny. Można to przeczytać w odpowiedniej ustawie. Ważne jest, że są wykorzystywane przez inne organy państwowe. Ale do czego? Otóż to. Jedynym wytłumaczeniem jest chęć ręcznego sterowania gospodarką (dane o przedsiębiorcach) i co gorsza społeczeństwem (do czego mogą służyć dane demograficzne, dotyczące migracji ludności, stosunków społecznych, orientacji seksualnych, poglądów politycznych czy religijnych, zatrudnienia i inne, które zbiera lub może w przyszłości zbierać urząd). W wolnym społeczeństwie, a w szczególności opierającym się na wolnorynkowej gospodarce takie ręczne sterowanie NIE POWINNO MIEĆ MIEJSCA! A tym samym przyczyna istnienia urzędu niknie...

Część danych może być oczywiście rządowi potrzebna. Szczególnie jeśli uwalnianie gospodarki będzie następować powoli. Dlaczego jednak zbieraniem tych danych ma się zajmować niesamowicie droga w utrzymaniu państwowa instytucja. Badania naukowe oraz zwyczajna życiowa praktyka pokazują, że większość usług lepiej wykonują prywatne przedsiębiorstwa. Rząd powinien więc zamówić badania statystyczne robiąc przetarg na wolnym rynku wybierając najtańszą ze spełniających kryteria jakości ofertę. I kosztowałaby z pewnością 1/10 lub mniej tego co wydajemy na urzędy statystyczne.

Trzeba sobie powiedzieć wprost - utrzymywanie armii urzędników liczących ile który rolnik ma krów a ile który przedsiębiorca zatrudnia osób, to komunistyczny przeżytek bez którego nowoczesne, wolne państwo może się obejść. Dodać do tego jeszcze należy zysk dla gospodarki z uwolnienia jej z konieczności zajmowania się biurokracją. Szczególnie rejestr REGON jest absurdem będącym czystą sztuką dla sztuki - dubluje przecież dane już znajdujące się w innych bazach: ewidencji gospodarczej, KRS oraz NIP. W dobie komputeryzacji i internetu urzędy mogłyby korzystać z jednej bazy, prawda? O ile takie bazy są im w ogóle potrzebne.

Gdy ja 7 lat temu zakładałem firmę wydanie numeru REGON kosztowało mnie dwie wizyty w sąsiednim mieście i użeranie się z urzędnikami, którzy koniec końców we wpisie do ewidencji REGON i tak pomylili nazwę firmy! Nie chciało mi się tego prostować (kolejne wizyty) i chociaż zastanawiałem się trochę czy nie będzie z tego jakiejś grzywny czy innej afery, to jak do tej pory nikt, nigdzie się nie zorientował. Kolejny dowód na to, jak jałowa jest praca urzędu statystycznego. Obecnie zgłoszenie do bazy REGON wysyła zdaje się urząd miasta, to jeden z nielicznych sukcesów komisji Przyjazne Państwo. Jednak urzędas marnujący moje pieniądze na przelewanie z pustego w próżne nadal tam siedzi...

Przy tym wszystkim GUS jest instytucją leniwą i nieagresywną. To naprawdę mały pikuś przy US i ZUS. Przy innej okazji aby nie przedłużać wpisu opowiem wam jak sprytnie wymigałem się z obowiązku (!) wypełniania co miesiąc absurdalnych ankiet. Tak - bowiem odpowiednia ustawa nakazuje wylosowanym przedsiębiorcom obowiązkowe wysyłanie urzędowi co miesiąc wypełnionych kilkustronnicowych ankiet. Czas, który mógłbym wykorzystać inaczej jest czasem straconym. Ciekawe, czy ktoś pomyślał o stratach dla gospodarki jakie powodują takie przemnożone przez tysiące godziny tracone przez osoby walczące z taką bezmyślną biurokracją. W dodatku czynią to za darmo stając się przez chwilę niewolnikami urzędu statystycznego. Gdyby ten chciał zebrać takie dane tak jak na wolnym rynku czynią to prywatne firmy - musiałby każdemu ankietowanemu zapłacić. Ale po co płacić, skoro można zmusić siłą. Czy to nie wyczerpuje jednak definicji rozboju?

WNIOSEK:
Natychmiast zlikwidować wszystkie urzędy statystyczne, urząd główny i wszystkie poboczne instytucje. Dane niezbędne do funkcjonowania rządu w okresie przejściowym zdobywać na wolnym rynku. Budżet państwa zyska na tym nawet do 370mln. zł. rocznie a dodatkowo z prywatyzacji majątku urzędów (ok 110 mln. zł. wg BIPu) można zasilić fundusz emerytalny spłacający emerytury i inne zobowiązania państwa. Dodatkowo gospodarka kraju dozna pozytywnego impulsu dzięki uwolnieniu przedsiębiorców od bezproduktywnego i darmowego wypełniania nikomu niepotrzebnych druków.

sobota, 7 sierpnia 2010

Oszczędności cz.1 - Likwidacja KRRiT

Premier nie wie skąd wziąć brakujące w budżecie kilka miliardów polskich nowych złotych. Spróbujmy mu podpowiedzieć... Jest kilka urzędów, których istnienie jest niespecjalnie potrzebne. Ich likwidacja dałaby nie tylko bezpośrednie coroczne zmniejszenie kosztów państwa o ich budżety, ale dodatkowo jednorazowe wpływy z prywatyzacji majątków oraz trudne do oszacowania pozytywne impulsy gospodarcze dzięki zmniejszeniu patologii jakie powoduje działalność tych urzędów. Nawet jeśli każdy z nich wydaje niewielkie jak na państwową skalę pieniądze, to całościowo daje to dość spore sumy. Jako pierwsza pod nóż idzie Krajowa Rada Pasożytów i Bumelantów, przepraszam - Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Budżet KRRiT na rok 2010 zgodnie z źródłem to 12.7mln zł. na wynagrodzenia oraz 7mln zł. na inne cele. Dochody wynikające z opłat za koncesje 4.1mln zł. Nie biorę ich jednak pod uwagę traktując jako wpływ podatkowy. Trudno uznać inaczej, a poza tym poborem tych kwot mogłaby się zajmować w zasadzie jedna osoba w Ministerstwie Skarbu. Niechby nawet kilka osób, nijak to się jednak ma, do zatrudnienia w KRRiT, które w 2010r. wyniesie: 154 etaty. Razem wydatki Rady to roczne uszczuplenie budżetu na kwotę 19.7mln zł.
Majątek KRRiT wynosi obecnie 8.567mln zł. i składają się na niego głównie środki trwałe. Przypuszczalnie w wyniku sprzedaży nie udałoby się uzyskać 100% tej kwoty, ale z pewnością kilka mln zł. mogłoby trafić do budżetu (np. na wypłaty dla emerytów ze starego systemu).

Czy można więc zlikwidować KRRiT? Kwota jaką obciąża ona budżet nie wydaje się duża. Jednak jak mówi przysłowie: ziarnko do ziarnka a zbierze się miarka. Równie istotny jest patologiczny wpływ tej instytucji na rynek mediów (regulacja tego rynku). Jeśli jest niepotrzebna i można się bez niej obejść, to należy ją czym prędzej zlikwidować. Prześledźmy więc ustawowe cele KRRiT i przeanalizujmy jej potrzebność.
  • Najpoważniejszy bo konstytucyjny: "(art 213 ust. 1 Konstytucji RP ): stanie na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji;" Trudno sobie wyobrazić co ma robić państwowe ciało w celu stania na straży wolności słowa. Dowolne ciało wtrącające się w wolny rynek prędzej będzie ją ograniczać niż wspierać. Takie ciało może nadawać nakazy, wydawać zakazy i ograniczać nadawców. Można sobie co prawda wyobrazić je walczące z monopolem, ale na konkurencyjnym rynku, a szczególnie w dobie popularności internetu i telewizji kablowych (zmniejszenie wpływu naturalnego monopolu jakim są częstotliwości radiowe, o czym będzie jeszcze za chwile) monopole nie są dużym problemem. Jeśli chodzi zaś o interes publiczny, to może zostawmy po prostu ludziom samym dbanie o SWÓJ interes. Interes publiczny różni się bowiem od prywatnego tym, czym dom prywatny od publicznego...
  • "projektowanie w porozumieniu z Prezesem Rady Ministrów kierunku polityki państwowej w dziedzinie radiofonii i telewizji;" - Można by zadać pytanie: dlaczego nie ma specjalnego ciała projektującego kierunek polityki państwowej w dziedzinie produkcji i handlu kapustą? Media to rynek jak każdy inny i politycy NIE POWINNI W NIM MIESZAĆ. Każdy Polak niech wybierze taką telewizję i takie radio jakie podpowie mu jego prywatny interes i nic Prezesowi Rady Ministrów do tego! Czytając takie teksty od razu zaczynam czuć, że tak naprawdę chodzi o propagandę i edukowanie ciemnego ludu: co i dlaczego rząd robi dla jego dobra.
  • "określanie warunków działalności nadawców programów radiowych i telewizyjnych;" Znów absurd. Dlaczego ktoś miałby określać warunki działalności prywatnych firm? Firmy te powinny walczyć o przychylność konsumenta wszelkimi metodami, które nie krzywdzą obywateli. A jeśli to im się przydarzy i naruszą czyjeś dobra? - od tego są sądy. Określanie warunków działania prywatnych przedsiębiorców to typowy dla późnego socjalizmu sposób działania rządów. Nie zlikwidujemy prywaciarzy, bo gołym okiem widać, że pracują lepiej niż państwowe firmy, ale tak ich wytresujemy, żeby tańczyli jak im zagramy. Efektem jest powstanie quasi-wolnego rynku pełnego patologii i pozbawionego prawdziwie wolnej konkurencji.
  • "rozpatrywanie wniosków i podejmowanie rozstrzygnięć w sprawach przyznawania koncesji na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych;" Tu sprawa się trochę komplikuje. Dotyczy bowiem częstotliwości radiowych, których ilość jest skończona, ale może walczyć o nie potencjalnie nieskończona liczba nadawców. Koncesjami powinien zarządzać ich właściciel. Skoro uznajemy, że jest nim państwo, to właściwym wydaje się być Ministerstwo Skarbu, które powinno rozdawać je na drodze licytacji (na zasadzie kto da więcej i powinna być to JEDYNA zasada ich przydzielania). Tutaj dopuszczam istnienie kilku etatów w Ministerstwie Skarbu finansowanych przychodami z tychże licytacji. Tym niemniej można sobie także wyobrazić, że częstotliwości zagarnia ten, kto pierwszy wyemituje w nich swoje programy. Byłaby to sytuacja podobna do zasiedlania ziemi niczyjej na nowo odkrytym kontynencie albo do sytuacji na rynku domen internetowych. A naturalny niedobór częstotliwości z pewnością byłby doskonałym motorem postępu powodując zmianę technologii przez wielu nadawców, np. na telewizję kablową, czy internetową gdzie problem naturalnego monopolu nie występuje.
  • "sprawowanie kontroli nad działalnością nadawców w zakresie określonym ustawą;" Podobnie jak w punkcie dotyczącym warunków ich działania. Tutaj dobitniej: konsument jest jedyną siłą, która powinna mieć wpływ na nadawcę. To ich potrzeby powinny zaspakajać telewizje. Czy naprawdę sądzimy, że rada kilku mędrców wie lepiej co powinno być emitowane w radio czy telewizji od osób, które faktycznie z tych usług korzystają?
  • "organizowanie badań treści i odbioru programów radiowych i telewizyjnych;" Kompletnie nie wiem po co? Chyba po to aby zaprzyjaźnione firmy badawcze mogły zgarnąć trochę "niczyich" pieniążków z budżetu.
  • "określanie wysokości opłat za udzielanie koncesji oraz wpis do rejestru;" - Czy tym naprawdę ktoś musi się zajmować? A nie wystarczy staromodne: kto da więcej? I zysk budżetu także byłby wtedy większy.
  • "opiniowanie projektów aktów ustawodawczych oraz umów międzynarodowych dotyczących radiofonii i telewizji;" Tychże powinno być jak najmniej. Niech o wszystkim decydują konsumenci. A jeśli naprawdę potrzebna jest opinia, to uczestnicy rynku z pewnością zorganizują się i wydadzą taką opinię. W końcu są zainteresowani tym jakie akty prawne zostaną wydane w ich sprawie. A kto może wiedzieć lepiej, czego potrzeba branży? Kilku mędrców z KRRiT?
  • "inicjowanie postępu naukowo - technicznego i kształcenie kadr w dziedzinie radiofonii i telewizji;" O mój Boże! - chciałoby się powiedzieć. Ten akapit nie wymaga chyba komentarza, przepisano go zapewne z jakiejś ustawy z lat 50-tych czy 60-tych... Ciekawe czy Edison wynalazłby żarówkę, gdyby działał wyłącznie inicjowany przez jakąś państwową radę?
  • "współpraca z właściwymi organizacjami i instytucjami w zakresie ochrony praw autorskich, praw wykonawców, praw producentów oraz nadawców programów radiowych i telewizyjnych;" Podobnie jak w przypadku praw konsumentów, producenci i właściciele praw autorskich z pewnością sami skutecznie zadbają o swój interes, w razie czego wykorzystując do tego sądy. Czy naprawdę musimy na to wydawać pieniądze z budżetu?
  • Inne uprawnienia pozaustawowe:
    • "powoływanie rad nadzorczych spółek telewizji publicznej" - a po co komu telewizja publiczna? Nie powinno istnieć takie coś na wolnym rynku.
    • "udzielanie koncesji na nadawanie sygnału RTV" - to już omówiliśmy wyżej przy okazji innego punktu.
    • "podział środków z abonamentu radiowo-telewizyjnego" - czyli paserstwo. Abonament powinien być natychmiast zlikwidowany! Zresztą nie bardzo wiem na co miałyby iść pieniądze z niego gdyby sprywatyzować wszystkie publiczne media i uwolnić rynek.
    • "nakładanie kar pieniężnych na nadawców" - Jeśli nadawca złamie prawo, lub naruszy czyjeś dobra należy go oczywiście ukarać, ale od tego są sądy w Polsce.
Rozebranie zadań KRRiT na czynniki pierwsze pokazuje dobitnie, że wystarczy uwolnić rynek mediów, a nie tylko ciało to stanie się od razu CAŁKOWICIE NIEPOTRZEBNE uwalniając trochę środków w budżecie, ale także spowoduje zmniejszenie ilości patologii na tym rynku.
Na koniec nasuwa mi się myśl: jak to dobrze, że rządy nie traktują jeszcze internetu jako "dobra publicznego", które należy chronić. Jeśli powołają kiedyś Krajową Radę Internetu, to znając jego rozmiary i złożoność musiałaby ona zatrudniać nie 154 osoby, ale co najmniej z 1500...

WNIOSKI: Uwolnić rynek mediów, sprywatyzować tzw. media publiczne, zlikwidować KRRiT. Ewentualny rozdział częstotliwości radiowych zorganizować przy Ministerstwie Skarbu w drodze prostej licytacji.

środa, 4 sierpnia 2010

Historycy nie potrafią liczyć!

A wszystko przez brak obowiązkowej matury z matematyki...

Pewien historyk z wykształcenia powiedział w telewizorze, że podwyżka VATu będzie kosztować przeciętną rodzinę kilkanaście groszy dziennie. Co prawda bez liczenia łatwo przewidzieć, że kilkanaście groszy to zdrożeje... litr paliwa, ale niech tam - sprawdźmy to. Wszak niektórzy z nas potrafią liczyć bo uczyli się matematyki zamiast czyścić kominy...
Niech kilkanaście to będzie 15gr. Miesięcznie to 4.5zł (0.15*30). Powstaje pytanie wg jakiej stawki płacą VAT przeciętni Polacy. Część produktów ma stawki 7% a część 22%. Załóżmy, że Polak połowę wydaje w stawce 7% a połowę w 22%, co daje efektywną stawkę 14.5%. Stawka ma wzrosnąć o jeden punkt procentowy, ale niektóre produkty mają stanieć (część żywności), załóżmy więc, że VAT wzrasta o 0.8 punktu%. Dla stawki 14.5% daje to 0.698% wzrostu ceny (0.008/1.145).
Ile więc wydaje Polak jeśli 4.5zł stanowi 0.698%? Kalkulator mówi mi, że 644zł ---> tyle wg historyka wydaje miesięcznie przeciętna polska rodzina...

Jak porządny uczeń zróbmy sprawdzenie.
Rodzina Kowalskich wydaje 644zł brutto w sklepie. Jeśli efektywna stawka to 14.5% - netto płaci 562.44zł (644/1.145) czyli oddaje państwu 81.56zł. Efektywna stawka 15.3% oznacza 86.05zł podatku, czyli wzrost o 4.49zł CBDO

Skoro przeciętne wynagrodzenie o ile pamiętam przekracza w Polsce 3tys. zł. co na rękę daje w grubym zaokrągleniu coś koło 2000zł to by znaczyło, że ho ho przeciętna rodzina w Polsce (i to taka w której tylko JEDNA osoba pracuje!) odkłada jakieś 2/3 swojej pensji. Polacy są więc narodem niesamowicie oszczędnym i śpią na pieniądzach.
Niestety skądinąd wiadomo, że jest dokładnie na odwrót, gospodarstwa domowe są wręcz zadłużone. Ktoś tu więc albo kłamie, albo nie umie liczyć. Tak czy siak - DO DYMISJI!