poniedziałek, 30 stycznia 2012

To taki piękny stadion...

"bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu..."

"To taki piękny stadion." - powiedział wczoraj dziennikarzol w telewizyjnych wiadomościach. No cóż, znam kilka innych pięknych rzeczy, które można było zbudować za 1.5 mld. zł. (jeśli komuś zablokowały się zwoje mózgowe przy czytaniu tego zdania, to powtarzam słownie: TAK - PÓŁTORA MILIARDA ZŁOTYCH WYDANO NA JEDEN STADION). Konkluzja ogólna jest następująca: Polska generalnie musi być bogatym krajem skoro wydajemy po 40zł na głowę mieszkańca na jeden stadion. Przeciętna polska rodzina wyłożyła więc na budowę tego pięknego pomnika socjalizmu ok 150zł z własnej kieszeni i to nawet jeśli kompletnie nie interesuje się sportem. Pięknie.

Nie to żebym nie lubił sportu. Jako nastolatek regularnie chodziłem na mecze piłkarskie lokalnego klubu. Tak się jednak składa, że utrzymywanego głównie z pieniędzy sponsorów i kibiców. Nawet jeśli miasto dotowało utrzymanie stadionu, to były to sumy daleko mniejsze, a generalna zasada była jednak taka, że klub jest dla kibiców i utrzymywany prywatnie. Tutaj jednak jest inaczej, stadion, jak wszystkie budowle socjalizmu, służy leczeniu kompleksów władzy, jej gigantomanii i budowaniu mitów dobrego gospodarza, który buduje Polskę. Przerabialiśmy to już za Gierka i wiemy jak się skończyło...

Co jeszcze pokazali dziennikarzole? Ano reportaż porównujący obecny stadion do Stadionu Dziesięciolecia. Porównanie dość trafne, ale sposób prezentacji materiału specyficzny, bo nostalgiczny i pełen tęsknoty za  wątpliwą perłą architektury sportowej PRLu. Wspomniano też bazar jaki znajdował się kiedyś w tym miejscu z wyraźną dumą, że już go nie ma. Tutaj uwaga - wprawdzie bazar zbyt "piękny" nie był, za to jednak dawał pracę setkom ludzi oraz możliwość zrobienia tanich zakupów tysiącom warszawiaków. Nie był jednak politycznie odpowiedni. Co to za pomysł aby w sercu stolicy jacyś ludzie prowadzili handel nieskrępowany czujnym okiem urzędników? Lepszy będzie stadion, na którym zarobi kilku kolesi, zagraniczne korporacje oraz rząd Tuska (w postaci słupków poparcia). To jest pewien znak czasów: za komuny był tam stadion, w latach 90-tych gdy wpuszczono do Polski trochę kapitalizmu - bazar i setki ludzi zarabiających handlem na życie, a w drugiej dekadzie XXI wieku, w trakcie szybko postępującego pochodu neosocjalizmu - znów mamy tu pomnik marnotrawstwa zbudowany za środki zabrane wcześniej przymusem społeczeństwu. Nikt jakoś nie zadał sobie pytania czemu poprzedni stadion zniszczał i zarósł trawą? Czy przypadkiem nie dlatego, że był bezużyteczny? Czy przypadkiem nowemu stadionowi nie jest pisany taki sam los?

Ale to nie wszystko. Na wypadek gdyby achy i ochy oraz piękne zdjęcia stadionu rozświetlonego narodowymi barwami nie wystarczyły, by wyrobić w widzach odpowiednie poczucie dumy z posiadania w ojczystym kraju czegoś tak pięknego, dziennikarzole sięgnęli po stare, sprawdzone metody. Pokazano odpowiednią infografikę pokazującą maluczkim z jak wielkim dziełem mają do czynienia, a gdy dziennikarzol natchnionym głosem skomentował umieszczone na niej statystyki budowli - zdębiałem. Czy cofnąłem się do lat siedemdziesiątych?
"Do budowy stadionu użyto proszę Państwa 400.000 ton betonu, z którego można by wybudować aż 6000 domów jednorodzinnych oraz 40.000 ton stali z której uwaga - mogło powstać 60 samolotów pasażerskich".

Mogło, ale nie powstało. Gdybyśmy mieli kapitalizm, to każdy Polak sam zdecydowałby czy swoje cztery dyszki wydać na wsparcie przemysłu lotniczego, budowę mieszkalnictwa jednorodzinnego, czy kupić bilet na mecz wspierając pośrednio budowę jakiegoś stadionu. Ale dobra władza wie lepie czego potrzeba społeczeństwu. I w dodatku lubi sobie pokraść. Ale władza jest jaka jest, jakoś nie spodziewałem się po niej więcej. Natomiast zastanawiam się czy ci ludzie w telewizji naprawdę są tak bezgranicznie bezrefleksyjni i nierozgarnięci, czy jednak płacą im pieniądze za ogłupianie mas społeczeństwa? Czemu nie potępiają takiego procederu rządzących a jeszcze przyznają wprost i bez skrępowania, że społeczeństwo zostało zmuszone do bardzo grubego marnotrawstwa uznając to za wielki sukces? W ogóle nie boli ich, że Polacy zostali właśnie zubożeni O SZEŚĆ TYSIĘCY DOMÓW MIESZKALNYCH, w których mogło zamieszkać sześć tysięcy rodzin? Że nie wspomnę o tych samolotach czy rodzinach, które muszą pracować dłużej i ciężej, by zapłacić wyższe ceny materiałów budowlanych na zniekształconym przez rządowe inwestycje rynku... To naprawdę niebywałe w jakim tempie wraca stare. A przynajmniej w mentalności dziennikarzoli, których połowa pracuje w tv z nadania rodziców - zasłużonych funkcjonariuszy starej władzy. Jak się okazuje czym skorupka za młodu nasiąknie... to wychodzi przy pierwszej lepszej okazji.

Jak już kiedyś pisałem imprezę E*** mam zamiar bojkotować (choć już tylko do jednego stadionu dołożyłem się cztery dyszki, więc mogę sobie tę imprezę do woli bojkotować a i tak ją sponsoruję). Tym niemniej skoro już budujemy stadiony na prywatną imprezę U***, to można było zrobić to skromniej. Jednak czy mogliby się wtedy nakraść różni kolesie rządzących? Nie bardzo. Dlatego władze najpierw dużo zrobiły aby gospodarzem E*** nie był Chorzów, bo jest tam już jeden gotowy stadion narodowy, którego wystarczyło trochę zmodernizować kosztem 5 razy mniejszym niż budowa nowego. Wtedy jednak nie byłoby pretekstu do drogiej budowy. Ok, mecz otwarcia powinien wypaść w Warszawie. Ale tam przecież też jest już stadion spełniający międzynarodowe normy, a mianowicie niedawno wyremontowany stadion Legii. Jeśli był za mało nowoczesny, to można było go odświeżyć, a przecież za 100 czy 200 milionów złotych można było zrobić z niego naprawdę niezły obiekt. Ale... kolesie kradnący pieniądze na socjalistycznych budowach nie robią tego tak jak jakiś pospolity oprych włamujący się gdzieś i zabierający fanty. Oni robią to legalnie. Jak? Na przykład jak w Misiu: "Dostajemy za tego misia, jako konsultanci 20% ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten miś tym..." Tak w PL robi się wałki na pieniądzach podatników i właśnie DLATEGO stadion narodowy nie mógł pozostać w Chorzowie ani nie mógł nim zostać stadion Legii. I właśnie DLATEGO nowy stadion mający na początku kosztować kilkaset milionów, po jakimś czasie był już szacowany na miliard, a ostatecznie kosztował półtorej. I właśnie dlatego i dopóki cytaty z klasyków Barei nadal będą aktualne, to uparcie i nieustannie będę powtarzał, że przez ostatnie 20 lat nic się nie zmieniło i nadal tkwimy po uszy w socjalizmie, którego tylko udekorowano dla niepoznaki w fajniejsze opakowanie.

A na końcu miś sobie zgnije na świeżym powietrzu, a świecący po E*** pustkami stadion będzie przez lata generował długi. Ale nikogo poza kilkoma blogerami to nie obchodzi...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Etyka dziennikarzoli

Różne zawody, wykonywane przez ludzi na całym świecie, budzą różne skojarzenia. Nie wiadomo jednak czemu, w przypadku dziennikarzoli niesamowicie często skojarzeniem tym jest hiena. Osobniki te skutecznie zasłużyły sobie na to porównanie kłamiąc, manipulując, męcząc postronne osoby agresywną natarczywością i odbierając im prywatność, czy też zachłannie żądając prawa do wściubiania swego nosa zawsze i wszędzie (dziennikarzole potrafią nawet żądać, by w samym środku krwawej wojny strony zaprzestawały walk po to by oni mogli przekazać swoje relacje i zgarnąć profity) do tego dochodzi kompletny brak poszanowania dla osób żywych i niestety także martwych. Czy pamiętacie jak pewien prokurator-pułkownik strzelił sobie w głowę? Dziennikarzole wbiegli do sali i połowa z nich od razu zaczęła filmować. Co prawda samo samobójstwo okazało się absurdalną farsą, jako że "wojskowy" nie potrafił trafić z pistoletu we własną głowę, to jednak w tym momencie dziennikarzole NIE WIEDZIELI O TYM. Słyszeli strzał i widzieli człowieka we krwi. Dlaczego zamiast próbować udzielić mu pierwszej pomocy lub wezwać fachową pomoc jedni rozpoczęli nagrywanie podczas gdy inni w panice sprawdzali czy aby pułkownik przez przypadek nie postrzelił ich bezcennego mikrofonu? I to wszystko po tym, jak to dziennikarzole sami brali udział w nagonce przeciwko potencjalnemu samobójcy (niezależnie od jakichś śmierdzących spraw politycznych w które był wplątany)...

Dziennikarzolowi jest wszystko jedno co lub kogo opisuje. Jest jak hiena rozrywająca kłami martwe mięso. Nie odpuści, musi napić się krwi, musi rozszarpać do wnętrzności. Byle podjąć temat, byle go rozdmuchać, byle wzbudzić sensację, byle dać mięcho bezkrytycznym połykaczom wizji wylewającej się ze szklanego ekranu. Charakterystyczne było dziś to, jak największe stacje telewizyjne przekazały informacje prokuratury o tym, że w kokpicie rozbitego pod Smoleńskiem Tupolewa nie znajdował się gen. Błasik. Samą tą sprawę pozostawmy na boku, niech inni kłócą się czy był, czy nie był i co z tego wynika. Popatrzmy na to JAK media przedstawiły tę sprawę. W jednej z nich rzucono wielką na trzy czwarte ekranu grafikę z ogromnym zdjęciem twarzy generała w nienajlepszym ujęciu znajdującą się na tle resztek samolotu, w trakcie czego dziennikarka przez minutę rozwodziła się nad tym czy powiedział on coś przed śmiercią czy nie po czym jeden facet powiedział że generał nie był w kokpicie a drugi, że na pewno był bo przecież znaleziono tam fragmenty ciała. Niby drobna sprawa, ale jak dobitnie pokazuje stosunek dziennikarzoli do ludzi. Zupełnie jakby to był kawał metalu, skrzydło, czy kadłub samolotu, a nie człowiek, który zginął tragicznie i należy mu się szacunek. Dziennikarzole zupełnie nie zdają sobie sprawy, że materiał ten może oglądać rodzina zmarłego, jego bliscy, przyjaciele, podwładni. Że można z kimś się nie zgadzać i można skrytykować go nawet po śmierci ale należy mu się ODROBINA SZACUNKU. Do tego jednak trzeba być w stanie zdobyć się na odrobinę refleksji, mieć trochę wyobraźni i posiadać własne zdanie a nie sklecić do kamery byle jakie pseudo mądre trzy zdania. U dziennikarzoli z programów informacyjnych, długo tresowanych przez mających korzenie głęboko w PRLu mentorów, własne zdanie, refleksja, chęć pokazania prawdy, poszanowanie dla prywatności, czy zmarłego dawno już całkowicie zanikły i nic nie wskazuje na to, że mogłyby jeszcze powrócić.

piątek, 13 stycznia 2012

Co nowego w 2012?

Ostatnio jest trochę dziur na moim blogu. Jakoś ciężko mi się zebrać, aby opisywać otaczające mnie absurdy. Albo stały się tak absurdalne, że już nie czuję potrzeby pisania o nich, albo dopadła mnie znieczulica na nie, albo zacząłem uważać, że szkoda tracić czasu na takie głupoty. Świata się nie zbawi, a są w życiu rzeczy ważniejsze. Ale z szacunku do odwiedzających czytelników trzeba coś skrobnąć w nowym roku, tym dla którego Majom zabrakło sznurka, kamiennych tabliczek czy z czego tam oni robili ten swój kalendarz... Co tam panie działo się w pierwszej połowie stycznia? Ano trochę się działo.

  • "Liberalny" rząd w natarciu. Od 1 stycznia wzrósł szereg podatków, z których mnie osobiście jako ojca rocznego dziecka najbardziej uderzyło podniesienie podatku VAT na ubranka dziecięce i uwaga, bo o tym jest praktycznie kompletna cisza w mediach, pieluchy. Na te ostatnie wydaje się nawet więcej niż na ubranka, więc ekipa Tuska zabrała jakieś 20 zł (miesięcznie!) każdemu rodzicowi małego dziecka w tym kraju. Nie wiem czy jest to jakiś element polityki prorodzinnej, czy może proekologicznej mającej nas zmusić na przejście na pieluchy wielorazowe (coś jak zakaz sprzedaży żarówek się szykuje?). Tak czy inaczej ekipa Tuska znów zapukała w dno od spodu i ukradła swoim obywatelom kolejną sumę ciężko przez nich wypracowywanych pieniędzy...
  • Wprowadzono ustawę całkowicie zakazującą handlu zwierzętami. Nie licząc licencjonowanych hodowców rzecz jasna (i rzecz jasna płacących za to odpowiedni haracz rządowi). Ustawę podobno pisali ekolodzy, co zaskakuje biorąc pod uwagę, że może skończyć się masowym uśmierceniem tysięcy szczeniąt i kociąt, których właściciele nie mogąc już ich sprzedać a nie mając czasu i ochoty na wożenie do schronisk (gdzie swoją drogą także uśmiercają je w sporej liczbie) zastosują ciche i ostateczne rozwiązanie. Kraj zmienia się niekorzystnie w szybkim tempie. Baba nie może sprzedać na ulicy słoika jagód, chłop nie może sprzedać kota na Allegro, ale za to biurwoland rozwija się doskonale. Chodzi oczywiście o kontrolę. Rząd systematycznie likwiduje wszystkie nadal nieuregulowane przejawy drobnej przedsiębiorczości Polaków. Ma być tak: pracuj cały dzień w wielkiej korporacji oddając większość wypracowanych dóbr rządowi a po 70 (albo później jak ZUS przyciśnie kolejny kryzys) dostaniesz emerytalny ochłap i będziesz mógł umrzeć w przytułku. A dla rozrywki obejrzyj sobie już dziś kolejny 'taniec z idiotami' w tv...
  • Kolejny etap deprecjonowania prestiżu zawodu lekarza (i na dodatek także farmaceuty). Teraz lekarze mają stać się przedłużeniem urzędasa z NFZu i zamiast decydować wyłącznie o leczeniu pacjenta mają określać wysokości refundacji leków. Nie ma sensu komentować tych głupot bardziej. Medycyna zamiast iść w kierunku normalności czyli wolnego rynku szybkimi krokami kieruje się ku epoce PRLu. A Państwo na pewno mieliście dziś kupę śmiechu oglądając głupią minę Arłukowicza w sejmie. Jakie kadry, takie ustawy...
  • Dziś tj. 13 w piątek (może będzie pechowy dla urzędasów), Naczelny Sąd Administracyjny zajmie się sprawą Szopy Waldemara Deski walczącego o prawo do zbudowania na SWOJEJ działce takiego domu na jaki ma ochotę. Nie znam jeszcze rezultatu, ale obawiam się, że ostatnia instancja sądu jaka pozostała w tej sprawie, wyda taki sam wyrok jak poprzednie, podtrzymując nakaz rozbiórki. Jak widać od czasów Drzymały i jego wozu niewiele zmieniło się w tej części Europy. Nadal urząd decyduje o tym gdzie, jak i dlaczego możesz mieszkać.
  • Wkrótce ma zacząć wydłużać się wiek emerytalny, zniknąć becikowe, ulga podatkowa dla twórców oraz ulga internetowa. A g...uzik mnie to obchodzi. I tak nie liczę na emeryturę od państwa ani na inne zasiłki oraz nie mam umów o dzieło. Ale spróbujcie tylko dranie ruszyć samozatrudnienie i wspólne rozliczanie się współmałżonków to... ... i tak im oczywiście nic nie zrobię. W dzisiejszych czasach obywatel nic nie znaczy wobec biurokracji. Zastanawiam się czy kiedykolwiek znaczył więcej. Może w USA w XIX wieku? Nie mamy ŻADNYCH metod obrony czy powiedzenia NIE. Przyjdzie bardziej agresywny i bardziej czerwony rząd, polikwiduje ostatnie ulgi, popodnosi podatki dochodowe, wprowadzi kataster, skoczy bieda i bezrobocie a i tak nikt nie zaprotestuje skutecznie. Dla wielu pozostanie wtedy tylko emigracja.
  • Zrobiło się jakoś bardzo pesymistycznie (może to styczniowy brak światła tak działa?) więc dla odmiany trochę rozrywki. Z gatunku czarnego humoru. Jakiś koleś w mundurze chciał strzelić sobie w głowę a trafił... chyba w policzek. Przez chwilę się zaniepokoiłem. Polscy żołnierze w Afganistanie są w sporym niebezpieczeństwie jeśli dowodzą nimi tacy oficerowie. Bo skoro nie trafił w swoją, nieruchomą głowę z odległości kilkunastu centymetrów, to jak u licha chce trafić w głowę szybkiego jak zając taliba z odległości wielu metrów? Na szczęście okazało się, że to nie żaden żołnierz, tylko prokurator wojskowy, czyli taki dziwny prawnik, któremu mundur i stopień dali głównie po to aby nie wyglądał głupio między żołnierzami kiedy prowadzi śledztwo w ich sprawie. Mimo to ktoś popełnił duży błąd dając mu broń. Następnym razem gotów nie trafić jeszcze bardziej i postrzelić kolegę.
Dopiero dwa tygodnie a już tyle głupot? Majowie chyba mieli rację usuwając ten rok z kalendarza... Ale są i małe pozytywy. Nie u nas niestety, ale w USA:
  • W prawyborach partii republikańskiej w New Hampshire drugie miejsce zajął Ron Paul. Jeśli ktoś nie wie kto to jest, to zapraszam do jednej ze stron: http://www.ronpaul.com/ http://www.ronpaul2012.com/ lub po polsku http://www.ronpaul.pl/ W skrócie: libertarianin, antymilitarysta, zwolennik wolnego rynku, słowem: ostatnia nadzieja wolnej Ameryki... która oczywiście i tak przegra prawybory z jakimś mdłym biurokratą popieranym przez konserwatywny establishment Partii Republikańskiej (i będzie to pewnie mdły klon Busha: Mitt Romney). Biurokraci z Waszyngtonu nie mogą sobie wszak pozwolić aż na taką rewolucję jak na gościa chcącego zlikwidować FED, departament edukacji i podatek dochodowy. Jednak jeżeli dojdzie do pojedynku jeden na jeden z Romneyem to nie będzie można go już ignorować pisząc o 'not serious candidate' i pewne tematy przebiją się do mediów amerykańskich a siłą rzeczy i światowych. Prywatnie sądzę, że to jest jedyny obecnie kandydat republikanów o charyzmie wystarczającej by pokonać Obamę, ale czy gość będący jednocześnie zwolennikiem legalizacji marihuany i przeciwnikiem aborcji jest w stanie wygrać wybory? Zobaczymy.
  • O, u nas też coś jest. PO rozpoczęło podnoszenie składek rolników. Z tego się jednak nie cieszę, bo nie zazdroszczę rolnikom. Nie chodzi przecież o to żeby ktoś płacił więcej co teraz płaci mniej, tylko żeby ci co płacą więcej płacili mniej. Podatki powinny być zrównywane w dół a nie w górę. Jednak widok wkurzonych ale posłusznych PSLowców jest przedni. Chodzą z minami zbitych psów mówiącymi: dymają nas ostro, ale nic nie możemy zrobić. Działacze tej obrotowej partyjki są tym razem całkowicie zneutralizowani przez Tuska, który może ich wodzić za nos jak zechce, bo wiedzą, że na ich miejsce w każdej chwili do koalicji rządowej gotowe jest wskoczyć SLD i Palikot. A i przyśpieszone wybory nie dają żadnej szansy na to, że znów zobaczymy w sejmie następców komunistycznego ZSL. Tak więc snują się po korytarzach sejmowych unikając dziennikarzy a tym bardziej wyborców i mają miny tak kwaśne, że krowy na Podlasiu zaczną niedługo dawać zsiadłe mleko. Mała rzecz a cieszy, może doczekamy czasów, kiedy nie będziemy musieli w telewizorze patrzeć na fałszywe twarze Kłopotka, Zycha czy Pawlaka.
PS. p. Deska niestety przegrał sprawę w NSA. Było to niestety zgodne z  oczekiwaniami, ale uzasadnienie sądu jest kuriozalne. Stwierdził on, że ok - konstytucja nadaje mu pewne prawa (np. dysponowania prywatną własnością), ale ustawa jest nadrzędna a ta głosi, że skoro działka jest rolnicza to nie wolno na niej budować (i bez znaczenia jest, że urzędnicy nie chcą jej odrolnić). Można by się zastanawiać po co właściwie mamy konstytucję skoro ustawy są od niej ważniejsze...

    środa, 7 grudnia 2011

    Zbójcy dzielą cudze pieniądze

    "Gdzie dwóch się bije, tam trzeci zostanie opodatkowany."
    Z cyklu "Nowe przysłowia polskie"

    Gdy obraduje tzw. komisja trójstronna wszyscy powinniśmy łapać się za portfele i sprawdzać czy jeszcze są tam pieniądze. Nie wiem do czego pierwotnie było powołane to ciało i kto dał mu legitymizację do występowania w imieniu wszystkich Polaków ale obecnie zajmuje się głównie dzieleniem cudzych pieniędzy. Że co? Że niby każdy jest pracownikiem, pracodawcą albo urzędasem? Otóż nie każdy! A nawet jeśli, to lepiej gdyby jako konsument sam decydował o swoich pieniądzach w drodze wolnorynkowych decyzji niż powierzał je temu stadu wilków. Konsumentem jest praktycznie każdy, ale żaden związek konsumentów w obradach komisji trójstronnej nie uczestniczy. I nic dziwnego. Wilki rzadko dopuszczają owce do dyskusji o tym, która z nich ma być zjedzona...

    Jak zwykle kiedy bandyci dzielą łupy to wybuchają wśród nich kłótnie o ich podział. Tak było i tym razem. Skąd wziąć pieniądze? - zapytał z fałszywą troską rząd. I w tym momencie związkowcy i pracodawcy rzucili się sobie do gardeł. Jeremi Mordasewicz reprezentant nomen omen Lewiatana zaproponował by zabrać je... wdowom, a konkretnie zlikwidować tzw. renty rodzinne dla wdów w wieku przedemerytalnym. Nazwałbym rzeczy po imieniu, ale p. Mordasewicz ma zapewne niezłych prawników a ja nie. Poprzestanę więc na tym: panie Mordasewicz - odp... się od wdów. Tak, jestem za zmniejszeniem socjalu, ale na zasadach takich, by każdy w odpowiednim momencie mógł sam zdecydować na co odkłada, w jaki sposób, w jakich ubezpieczeniach uczestniczy i z czyich usług korzysta. Ale w sytuacji gdy ktoś całe życie płacił składki, to świadczenie należy mu się jak psu kość i basta! Umów trzeba dotrzymywać panie Mordasewicz! Tak postępują ludzie cywilizowani w przeciwieństwie do dzikich, którzy obdzierają innych ze skóry tylko dlatego że tak im właśnie wygodnie.

    W tym wszystkim jest i jakiś plus. A mianowicie taki, że p. Mordasewiczowi nikt już raczej ręki nie powinien podać, bo kompromituje on całkowicie i siebie i swoją uzurpatorską organizację bzdurząc np. tak:
    "Nie może być tak, że kobieta, która pracowała całe życie, dostaje 1,2-1,3 tys. zł emerytury. A kobieta, która nie pracowała, a zmarł jej mąż, ma tyle samo."
    Dawniej po czymś takim mężczyzna tracił zdolność honorową. A dzisiaj zostaje ekspertem różnych komisji. Stuknij się pan w głowę byle mocno! Ta kobieta całe życie pracowała w domu po to aby jej mąż mógł w tym czasie całe dnie pracować m.in. na składki rentowe służące temu aby w razie jego przedwczesnej śmierci żona nie pozostała bez środków do życia. I jeszcze dodatkowo ponad połowę tego co w życiu wypracował oddał jako podatki na utrzymanie różnych urzędasów, związkokratów, związków pracodawców i innych pasożytów. A ona teraz ma iść do pracy? W wieku 45 lat i nie mając żadnego doświadczenia zawodowego? Ok, niechby i tak było, tylko niech najpierw Lewiatan albo rząd oddadzą tej kobiecie wszystkie składki rentowe jakie jej mąż zapłacił przez całe życie. Co? To za dużo pieniędzy? To co z nimi zrobiliście złodzieje?

    A propos związkokracji... Zapałała ona świętym oburzeniem na propozycje Lewiatana. Jednak dała się ugłaskać pod warunkiem otrzymania odpowiedniej ofiary. Jako warunek dzielne nieroby zaproponowały... kradzież pieniędzy komuś innemu. "Trzeba oskładkować umowy o dzieło oraz sprawić aby przedsiębiorcy płacili składki proporcjonalne do dochodów zamiast ryczałtu". Tu nie proponuję stukania się po głowie. Stukanie po pustym przedmiocie nie da raczej pozytywnego rezultatu... Swoją drogą byłby to malowniczy widok: rząd Tuska upadający po wyjściu na ulice miliona ludzi zwolnionych z kilkuset tysięcy upadłych małych firm... Związkowcy oczywiście nic innego nie potrafią jak kraść cudze pieniądze. A może panowie związkowcy oskładkujemy jeszcze oddychanie?

    Koniec końców jeśli żaden ze złodziei nie jest silniejszy to jakoś zwykle dogadują się i dzielą łup. Lewiatan zgodził się na propozycje związkowców pod warunkiem oskładkowania jeszcze dodatkowo górników i rolników.

    I w końcu w jaskini zbójców zapanowała pełna zgoda...

    piątek, 2 grudnia 2011

    Zamiatanie biurokracji pod dywan

    Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju.
    Stefan Kisielewski


    Odważny poseł Palikot wciąż walczy z biurokracją. Albo może zamiata ją pod dywan na zlecenie Tuska? Jego działania w komisji Przyjazne Państwo nie dały jak dotąd wiele. Poza ewidentnie antywolnościowymi ustawami, np. ułatwiającymi wywłaszczenia właścicieli nieruchomości, komisja ta jako swój największy sukces przedstawia program jednego okienka. Dzięki niemu zakładający firmę przedsiębiorca miał zaoszczędzić mnóstwo czasu a w konsekwencji pieniędzy. Czy aby na pewno?

    Kilka lat temu założenie firmy wymagało wizyty w Urzędzie Miasta, Urzędzie Skarbowym, Urzędzie Statystycznym i ZUS (acha i jeszcze założenia konta oraz wyrobienia pieczątki). Obecnie ZUS i 2 * US załatwi za przyszłego biznesmena UM. Poprzednia procedura trwała, w zależności od lokalizacji tychże instytucji, od kilku godzin do dwóch dni. Niech będzie dniówkę. Licząc mniej więcej ze średniej krajowej, był to koszt jakichś 200zł dla niedoszłego przedsiębiorcy. Teraz załatwi swoje sprawy w 2-3 godziny i zaoszczędzi... chwila, chwila. Ale omawiane urzędy przecież nie zniknęły. Cała biurokracja została ukryta i schowana w korytarzach Urzędu Miasta. A urzędnicy mający na sobie ciężar rejestracji setek takich przedsiębiorców rzecz jasna żądają w dodatkowych etatów. A kto za nie płaci? Ano między innymi wzmiankowany świeżo upieczony biznesmen. Za to co on zrobiłby za 200zł, urzędnik weźmie (tzn. koszty jego stanowiska nie on sam) 300 albo i więcej. Ciekawe byłyby wyniki sondażu gdyby zapytano przedsiębiorców czy woleliby robić takie czynności sami w zamian za niższe podatki czy nie?

    Ale nie to jest najważniejsze czy woleliby czy nie. Przedsiębiorca jest od robienia swojego biznesu a nie wysługiwania się urzędom i jeżdżenia do nich z papierkami. Więc bardzo dobrze że już nie musi, przynajmniej podczas zakładania firmy. Tyle że przerzucenie tego na urzędnika NIE JEST ZMNIEJSZENIEM BIUROKRACJI A JEJ ZWIĘKSZENIEM. Wszak liczba zatrudnionych biurokratów wzrośnie a nie zmaleje! (a warto przy tym pamiętać, że na każdego urzędnika przypada pewna liczba zatrudnionych: kadrowych, sprzątaczek, informatyków, ochroniarzy, księgowych, pracowników BHP itp. itd. wzrost nie jest więc liniowy). Dlaczego poseł Palikot uważa to za wielką reformę zmniejszającą biurokrację? Reformą byłoby dopiero faktyczne zlikwidowanie któregoś z biuroidiokratycznych wymogów wobec przedsiębiorców jak np. zlikwidowanie numerów REGON (a najlepiej całego Urzędu Statystycznego), zlikwidowanie ZUSu i wypłacanie emerytur i rent z podatków albo nawet rezygnacja z obowiązkowości składek dla przedsiębiorców, likwidacja numeru NIP itp. To jest faktyczna LIKWIDACJA biurokracji a nie CHOWANIE JEJ.

    Poseł Palikot tak się rozpędził w swojej walce z biurokracją, że proponuje kolejne dobrze brzmiące hasła jak zmianę zaświadczeń na oświadczenia. Znów brzmi dobrze, ale po wejściu w szczegóły okazuje się, że nie idzie za tym żadne zmniejszenie ilości obowiązków obywateli wobec władzy bo można przeczytać np. że "Nie musimy (brać) zaświadczenia o zameldowaniu". Czyli stalinowskie prawo o konieczności meldowania władzuchnie gdzie się mieszka ma nadal pozostać. Przynajmniej ten pomysł nie zwiększy raczej liczby urzędników. Ale i to nie jest pewne, bo do kontrolowania (wyrywkowego) oświadczeń może zostać powołana np. nowa służba mundurowa, a kto wie czy uprawnienie do wystawiania zaświadczeń nie będzie jakoś certyfikowane (popatrzcie jak nazywać ma się ta ustawa). Więc znów pseudoreforma i chodzenie w glorii pogromcy biurokracji. To łatwe - zamieść brudy pod dywan i udawać że ich nie ma. Po co denerwować urzędniczą mafię. A tymczasem jest ich już 600 tysięcy i liczba ta rośnie...

    wtorek, 8 listopada 2011

    Orzeł czy wróbel?

    "nie polezie orzeł w koszulki" jak pisał poeta. A może chodziło o coś innego?

    W każdym razie twórczo do problemu polskiego godła podeszła piłkarska maf... wróć... podszedł PZPN. Na zaprezentowanych właśnie nowych koszulkach reprezentacji nasz herbowy ptak ustąpić musiał miejsca logu sponsora oraz PZPN. Może szanownym Czytelnikom wydaje się, że to jakiś błąd? Że ktoś w PZPN zapomniał o tym, albo pomylił projekty? Nic z tych rzeczy! Szanowne grono leśnych dziad... wróć... wybitnych działaczy czuwa. I ma liczne argumenty!

    Wiadomo przecież, że ekipa mędrców pod wodzą G. Laty dokonała rozsądnego i starannie przemyślanego wyboru:
    "Już na etapie projektu dołożono wszelkich starań, by logo zawierało elementy najważniejsze dla kibica, kojarzące się z polskością i narodową dumą."
    A jak wiadomo nie od dziś: najważniejszą rzeczą, z której dumny jest polski kibic jest PZPN. Jego logo musi być więc obowiązkowo wyróżnione w najbardziej eksponowanym miejscu reprezentacyjnych koszulek.


    Jak się okazało PZPN prowadził w sprawie koszulek liczne konsultacje społeczne. Wybór był więc zgodny z duchem demokracji...
    "W badaniu opinii na temat wizerunku PZPN udział wzięło 2248 osób. Najliczniej reprezentowani byli kibice, rekrutowani do badań z grupy osób, które w ciągu ostatnich 3 miesięcy kupiły bilet na mecz reprezentacji Polski."
    Biorąc pod uwagę, że ostatnio sporo meczów reprezentacji było bojkotowanych przez kibiców z powodu zamykania stadionów, a gdy nie były bojkotowane, to dominowały na nich głosy raczej mało ciepłe wobec rządu i PZPNu, dziwi trochę mniej, że ci "kibice" biorący udział w "badaniach" za istotny element uznali logo sponsora a nie godło.

    A ostatecznie krytykantom powinien zamknąć usta argument nie do zbicia, bo odwołujący się wprost do fizyki, której praw nie można przecież zanegować:
    "chcieliśmy aby koszulki były jak najlżejsze"
    I słusznie! Przecież nie od dziś wiadomo że orzeł to dość duży i ciężki ptak i umieszczenie jego wizerunku na ubiorze sportowca mogłoby grozić ryzykiem przemęczenia i utraty kondycji przez polskich piłkarzy w jakże ważnej końcówce meczu.

    PZPN oczywiście dba także o świadomość klasową... wróć... ekologiczną zawodników:
    "Koszulka wykonana jest z recyklingu 13 butelek "
    Następnym razem przed eliminacjami zawodnikom zrobi się zgrupowanie kondycyjne z marszobiegiem po warszawskich śmietnikach. Żeby nazbierać materiałów na koszulki rzecz jasna...


    Czy więc towarzy... wróć... działacze piłkarscy mogli postąpić inaczej? Nie! biorąc powyższe pod uwagę trzeba stwierdzić, że PZPN nie mógł ryzykować. Poza tym bądźmy szczerzy: co na koszulkach naszych miernych kopaczy miałby robić ptak kojarzony z odwagą, męstwem i walecznością? Mógłby co najwyżej rozśmieszyć rywali. Zdecydowanie bardziej pasuje kura. Albo wróbel, to chyba ptak o gabarytach wprost proporcjonalnych do osiągnięć tej reprezentacji. Więc może to i lepiej, że nasza nędza sportowa nie będzie profanować narodowego godła...


    PS. Krótko mówiąc: to nie są już "nasze orły" jak mawiał Śp. red. Ciszewski. To nie jest reprezentacja Polski, tylko reprezentacja PZPN. Doszedł więc kolejny powód do zbojkotowania prywatnej imprezy jaką jest E*** 2***. Pozostałe powody w tekście pt. Dlaczego zbojkotuję E*** 2***? Niech na prywatną imprezę maf... wróć UEFA piłkarze ubierają się w co chcą, choćby w stroje z kurą. Cały świat i tak będzie już miał pośmiewisko z tego, że Polacy dali sobie wmówić że koniecznie muszą wydać grube miliardy złotych podatników na prywatną imprezę na której zarabia wyłącznie organizator, czyli UEFA. Choć orzełka trochę jednak żal, był na tych strojach przez tyle lat (był tu i tu i tu i tu też :-( )...

    dopisek z ostatniej chwili No i stało się jasne kto za tym stoi. Można się było tego spodziewać... Zgodnie z wypowiedziami niektórych działaczy godła usunięto "zgodnie z sugestiami Unii Europejskiej" i tak samo ma uczynić wiele innych reprezentacji. No to teraz tylko czekać jak zaczną wmawiać polskim dzieciakom że powinny marzyć o występie z unijnymi gwiazdkami na piersi? A za kilka lat wnoszenie na stadion flag narodowych będzie zapewne zakazane jako groźny nacjonalizm.

    sobota, 1 października 2011

    Paragraf 22

    Opisywane w poprzednim wpisie problemy Państwowej Komisji Wyborczej z komitetem Nowego Ekranu tak jak się można było spodziewać były jedynie "rozgrzewką". Wadliwy, napisany naprędce "w trybie hazardowym" na początku tego roku Kodeks Wyborczy znów dał znać o sobie. Wybory do parlamentu w roku 2011 zapowiadają się jako farsa i festiwal przekrętów, a nie sprawiedliwy wybór swoich przedstawicieli przez społeczeństwo. I w zasadzie są one już nieważne - na dwa tygodnie przed ich odbyciem...

    Pisałem poprzednio, że po sukcesie Nowego Ekranu w Sądzie Najwyższym w kolejce stoją komitety Marka Jurka i Janusza Korwin-Mikke. I ten drugi faktycznie skorzystał z tej szansy. Najpierw został jednak przez PKW potraktowany dość brutalnie. Chciałoby się powiedzieć: nic nowego w mafijnym państwie biurokracji. Wie to każdy kto prowadzi firmę, czy próbuje zbudować dom. Jednak wybory to coś więcej, to fundament zaufania obywateli do władzy, której reprezentanci manipulują tymczasem czym popadnie a zwłaszcza wyborami samych siebie. Jest oto bowiem w Kodeksie Wyborczym przepis, który głosi że każdy komitet, który do 30 sierpnia zarejestrował listy w 21 okręgach (do czego wymagane jest 5000 ważnych podpisów w każdym) może zarejestrować się we wszystkich 41 okręgach nie zbierając podpisów w pozostałych. Komitet wyborczy Nowej Prawicy zgłosił dwadzieścia kilka list, z których PKW zarejestrowała ostatecznie dokładnie 21. Jednak część podpisów zliczała kilka dni, a ostatnią, dwudziestopierwszą listę rejestrowała aż 7 dni! Po czym odmówiła rejestracji list we wszystkich okręgach twierdząc, że komitet w dniu 30 sierpnia miał zarejestrowane tylko 17 list. Inaczej mówiąc w sytuacji tej nie decyduje data złożenia dokumentów (prawidłowych przecież skoro w końcu zarejestrowano te listy!) ale dzień, w którym PKW łaskawie skończy sobie liczyć podpisy. A ponieważ nie ma na to terminu, to równie dobrze mogła dowolnej partii zliczać te podpisy dowolnie długo. Tłumaczenie w tym momencie, że wina leży po stronie komitetu wyborczego, bo zgłosił za mało list i za późno, jest absurdalne: no zgłosił ich tyle ile był w stanie, ale na dzień 30 sierpnia listy te były zgłoszone i prawidłowych było 21, a to że komisja przeliczała je tak długo to wyłącznie jej wina! Poza tym w jakim terminie komitety miałyby zgłaszać podpisy skoro na ich zebranie było kilkanaście dni a PKW rozpatrywał rejestrację przez tydzień? To połowa czasu na ich zebranie!

    To niestety nie koniec absurdów, a dopiero początek. Komitet wyborczy NP zgłosił skargę do Sądu Najwyższego na tryb odrzucania podpisów - o tym pisałem poprzednio. SN zgodził się, że PKW niesłusznie odrzuca podpisy o nieczytelnym adresie. PKW zupełnie zignorowała ten fakt. Następnie komitet zgłosił protest wyborczy do PKW i po jego odrzuceniu przez to ciało dalej do SN w sprawie nieszczęsnej daty rejestracji list w całym kraju. Wielu prawników i konstytucjonalistów stwierdziło, że komitet ma rację. Jednak SN wydał kuriozalną decyzję: nie rozpatrzył (nie rozpoznawał) protestu z powodów formalnych: Kodeks Wyborczy nie przewiduje możliwości złożenia protestu wyborczego przed odbyciem się wyborów. Wynika z tego, że orzeczenie Sądu Najwyższego o tym, czy komitet NP może zarejestrować listy we wszystkich okręgach może zostać wydane dopiero po wyborach. Nie wiem jak sądzicie, ale wg mnie to jest hit dekady z kategorii absurdy prawne. Nawet jeśli KW jest tak skonstruowany, to pozostaje pytanie dlaczego przyjęto takiego gniota prawnego, kto za to odpowiada i czy jest on zgodny z konstytucją oraz duchem praworządności i demokracji? A Sąd Najwyższy jest po to aby rozstrzygać tego typu konflikty a nie uchylać się przed nimi i jest po to aby interpretować niejasności tak aby prawo było stosowane zgodnie z duchem sprawiedliwości, co mówi nawet inskrypcja na jego budynku: "We wszystkich sprawach powinna mieć pierwszeństwo zasada sprawiedliwości i słuszności nad zasadą ścisłego prawa". Ale to jak widać tylko napis na murze...

    Jedynym efektem jaki może więc w tej sprawie jeszcze mieć miejsce może być unieważnienie wyborów. Przy czym o ile sądy zwykle odrzucały protesty małych partii i komitetów oraz drobne naruszenia jako takie, które nie wpływały na wynik wyborów (a praktycznie nie było wyborów bez takich protestów), to w przypadku komitetu NP, który w sondażach uzyskiwał ok 3-4 % poparcia, bezprawne usunięcie go z połowy okręgów wyborczych z pewnością wypacza wynik wyborów. Na decyzję sędziów mogą być oczywiście, i na pewno będą, nakładane naciski aby wyborów nie unieważniać, bo to duży wstyd na cały świat, ale patrząc logicznie i uczciwie sąd nie powinien mieć innego wyjścia jak podjąć taką właśnie decyzję...

    Trudno powiedzieć dlaczego SN poszedł tym razem w zaparte. Może to kwestia jakichś nacisków partii zasiadających w sejmie? A może prawdą jest że SN nie ma uprawnień do zmian decyzji PKW przed wyborami? To by oznaczało, że demokracja, demokracją, ale jest w tym kraju ciało, które może sobie jak chce manipulować tym kto i gdzie startuje. To ma być państwo prawa? Wybaczcie, dla mnie to państwo mafijnych układów...

    Konsekwencją tego postępowania manipulantów z PKW jest pewne uproszczenie decyzji wyborczych. Do tej pory nie decydowałem na którą partię głosować i czy w ogóle to robić a byłem pewien jedynie tego, by nie głosować na żadną z partii zasiadających obecnie w sejmie. Być może nawet podjąłbym decyzję w ostatniej chwili patrząc jakie konkretnie osoby są na listach (a nuż trafiłby się ktoś przyzwoity). Nigdy też nie podawałem swojej decyzji głośno. Jednak teraz jest inaczej. Wybaczcie, ale jestem zmęczony po długim, 8-mio miesięcznym użeraniu się z urzędnikami w sprawie pozwolenia na budowę i po prostu już mam dosyć ##**@@@! Dlaczego na każdym szczeblu państwa siedzą jakieś komuchy i jak paniska decydują za mnie? A JA NIE ZGADZAM SIĘ ABY URZĘDAS DECYDOWAŁ NA KOGO MOGĘ ZAGŁOSOWAĆ A NA KOGO NIE POD BYLE JAKIM FORMALNYM PRETEKSTEM! Komitet NP zarejestrował listę w sąsiednim do mojego okręgu, do którego granic mam samochodem około 10 minut jazdy. Zostałem więc przez PKW zmobilizowany do tego, aby wziąć z Urzędu Miasta zaświadczenie o głosowaniu poza miejscem zamieszkania i zagłosować tam gdzie lista została zgłoszona. I nawet jeśli to kompletnie niczego nie zmieni, to symbolicznie złożę swój protest przeciwko mafijnemu państwu biurokratów, przeciwko republice kolesiów i "stolików" przy których układa się listy. Polecam to każdemu, niech ten protest będzie symbolem tego, że nie akceptujemy panoszącego się partyjniactwa, progów, list, parytetów i tego co nazywają demokracją a co jest tylko grą pozorów. A jeśli nie znajdę czasu na odebranie zaświadczenia (w przeciwieństwie do premiera, który ma czas przez miesiąc nie pracować jeżdżąc autobusem po Polsce, ja pracuję na podatki, które on marnuje) to olewam takie wybory.

    A poza tym uważam, że podatki są już zdecydowanie za wysokie a podatek dochodowy powinien być zlikwidowany...

    PS. Nie tylko nie da się złożyć skutecznego protestu na działania PKW przed wyborami, ale okazuje się, że w PKW jest dwóch aktywnych sędziów Sądu Najwyższego. Sądzą oni więc we własnej sprawie. Jest to kolejny absurd i dowód na fasadowość demokracji w Polsce. A w kolejce czekają jeszcze nie wyjaśnione sprawy dwojga dość popularnych kandydatów na senatorów: byłego redaktora naczelnego Wprost Marka Króla i byłej wiceminister Anny Kalaty. Obydwoje zostali bardzo niesprawiedliwie potraktowani przez PKW a w przypadku Marka Króla doszło nawet do tego, że komisja... zgubiła listy z podpisami. Oj będzie się działo...