piątek, 22 marca 2013
Zjedz ciasteczko głupku!
Drodzy internauci. Nigdy nie uważałem was za idiotów, niepełnosprawnych umysłowo, którym trzeba zorganizować życie od A do Z i zadbać o wszystkie sprawy oraz pilnować prywatności. Niestety rząd oraz (p)osły z Wiejskiej twierdzą że jest inaczej. Nowelizując prawo telekomunikacyjne (dobre artykuły szczegółowe możecie przeczytać: na tym blogu i tutaj) siłą, przy okazji okradając mnie z czasu który muszę na to poświęcić, zobowiązali mnie do potraktowania was w ten sposób. W związku z tym UWAGA oświadczam: ta strona podobnie jak i ponad 90% stron w internecie, narusza waszą prywatność zapisując na waszych dyskach niegroźne pliki zwane ciasteczkami. W przypadku tego bloga służą do analizowania ruchu na stronie i statystyk odwiedzin. Możecie je sobie jeśli chcecie wyłączyć. Jak to zrobić, zapytajcie ministra Boniego, w końcu to minister cyfryzacji, wiemy więc że zna kilka cyfr, to może także rozumie konfigurację przeglądarek. A potem możecie już dalej w spokoju sprzedawać swoją prywatność na fejsbukach, tłiterach, dżimeilach i innych tego typu... Acha i nie zapomnijcie pomachać do operatora gugl strit wiu gdy sfotografuje wasz dom oraz pozdrowić operatorów echelona rozmawiając przez telefon...
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Teległupisie - odc. 1 "Wiadomości"
"Za górami ... za lasami ...
Teległupisie ... podzielą się z wami...
najnowszymi ... wiadomościami."
Tego dnia wypadał okres gdy Łinki-Tinki jak zwykle płacił część podatków. Robił to co miesiąc i pewnie doszedłby już do jako takiej rutyny gdyby kwota niezwiększała zmieniała się prawie za każdym razem. Na szczęście głupisiomputer miał pożyteczną funkcję - automatycznie wprowadzał właściwą sumę w pola przelewu i wszystko można było zrobić bez dłuższego zastanawiania przystawiając jedynie włochatą łapkę do czytnika potwierdzającego tożsamość. Ba, teległupisie nie raz nawet nie zwracały uwagi na to co właściwie potwierdzają. Tym razem Łinki-Tinki poczuł jednak, że coś jest nie tak: saldo po wykonaniu przelewu miało zmniejszyć się podejrzanie mocno. Zanim jednak swoim małym głupisiowym rozumkiem rozgryzł tę zagadkę... zaczęła się emisja jego ulubionego kanału. Pogłośnił więc swój telewizorek i wsłuchał się w głos ulubionego prezentera wiadomości.
Teległupisie ... podzielą się z wami...
najnowszymi ... wiadomościami."
Tego dnia wypadał okres gdy Łinki-Tinki jak zwykle płacił część podatków. Robił to co miesiąc i pewnie doszedłby już do jako takiej rutyny gdyby kwota nie
- Hejooł! Tu wasze ulubioneee njusy... - Prezenter przyjaźnie zamachał ręką, uśmiechnął się, wziął do ręki kartkę i począł czytać wiadomości z telepromptera.
- PKB Mozambiku spadło w tym roku o 5% - to straszne wydarzenie powiedział rzecznik Rządu Gaweł Praś. Jednak na szczęście Rząd był zapobiegliwy i w naszym wspaniałym kraju taka katastrofa nie miała miejsca. Uff jak to dobrze żyć na zielonej wyspie - prezenter udał wielkie zafrasowanie i zmęczenie ocierając ręką nieistniejący pot z czoła.
- Uff - jak dobrze - zawtórował mu zafrapowany Łinki-Tinki.
- A teraz mrożące krew w żyłach sceny z kraju - rzekł ściszonym dramatycznie głosem prezenter, zmienił kartki, spojrzał się uważnie na
telepromptertwarze widzów i z wielką powagą oznajmił: w gospodarstwie państwa Krasińskich w Maciejowicach Małych krowa po zażyciu dopalaczy zaczęła dawać kwaśne mleko. - Po tej dramatycznej informacji pokazano krótki reportaż, a raczej migawkę różnych scenek bez komentarzy: przerażone krowy stłoczone w małej oborze walące kopytami o ziemię, brudny korytarz zaniedbanej kamienicy z najazdem kamery na róg ściany z walającymi się pod nią strzykawkami, bezdomnego śpiącego na kartonie, wreszcie czarny monitor z zieloną sinusoidą słabnącą stopniowo do płaskiej kreski. Łinki-Tinki zamarł z przerażenia.
- Na szczęście już po chwili na ekranie, przy wtórze kojącej muzyki, pokazała się skupiona lecz przyjazna twarz premiera Tonalda Duska. "Tak dalej być nie może!" - rzekł spokojnym, ale twardym i stanowczym głosem, po czym uderzył w nieco bardziej egzaltowany ton - "Walka z dopalaczami, to stan najwyższej konieczności. Nie damy tym ludziom oddechu. Osiągniemy sukces. Będzie wielki krzyk, że to co robimy, jest poza prawem. Ale tak jak na wojnie, będziemy działać nawet ocierając się o działanie na granicy prawa!"
- Premier zapowiedział likwidację wszystkich dopalaczosprzedawców w ciągu kilku miesięcy. To priorytet dla Rządu, dodał - dalsze plany Rządu objaśniał już szybkim, żołnierskim rytmem prezenter - To wielki sukces Rządu, powiedział Gaweł Praś, od teraz wszyscy rodacy będą nareszcie mogli spać spokojnie.
- To były najważniejsze wiadomości, za chwilę sport i prognoza pogody, a wasz ulubiony prezenter mówi wam Papaaa...
Wesołych Świąt
Wesołych, rodzinnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślności w Nowym Roku 2013, wszystkim gołębiom, kotom i zwyczajnym ludziom, życzy:
Kot w gołębniku
wtorek, 13 listopada 2012
Kapitalizm na 100%
Pomimo zalewu regulacji, horrendalnie wysokich podatków (pracownik na etacie oddaje rządowi 2/3 tego co wypracowuje), sztywnego kodeksu pracy i ogromnych obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, wielu osobom wciąż wydaje się, że doświadczamy obecnie dzikiego i nieskrępowanego wolnorynkowego kapitalizmu. Fakty temu przeczą. Trzeba oczywiście przyznać: nie jest to żaden komunizm, czy klasyczny socjalizm a la środkowy Gomułka, lecz państwowe interwencje w gospodarkę zachodzą na tyle daleko, że już widać ich klasyczne socjalistyczne patologie. W tym typowy dla socjalizmu niedobór podaży. Co, nie widać go? Nie widać, ale jest a paradoks ten wynika wyłącznie z tego, że nie wprowadzono jeszcze w większości branż ustawowych cen maksymalnych i niedobór podaży jest maskowany drożyzną. Jest tak w dużej części gospodarki, ale nie wszędzie, co za chwilę pokażę na kilku charakterystycznych przykładach.
Większość małych i średnich przedsiębiorstw, które nie żyją wyłącznie z dotacji unijnych, zamówień rządowych czy innej metody na okradanie podatników, boryka się z problemem wysokich kosztów pracy (ZUS!) i kosztów spełniania różnorakich rządowych regulacji (a to zawiła księgowość, a to użeranie z kontrolami pipów, czy sanepidów a to konieczne szkolenia i certyfikaty itp. itd.). W tej sytuacji przeżywają wyłącznie firmy posiadające na rynku taką pozycję, że ich moce produkcyjne wykorzystywane są w 100% (powiedzmy 95 i więcej). To dobrze - ktoś powie - przecież to jest sednem kapitalizmu aby przeżyli tylko najlepsi a inni zbankrutowali. Nie do końca. Oczywiście, że dobrze że kiepscy bankrutują, ale zwycięzcy powinni być bez ustanku weryfikowani przez nowe pokolenia młodych biznesmenów. W przeciwnym razie tracą motywację do dobrej obsługi klientów oraz presję na niskie ceny. A tymczasem ci młodzi mają poprzeczkę ustawioną na wysokości, którą są w stanie pokonać wyłącznie nieliczni. Dzisiejszy państwowy socjalizm postanowił nie likwidować całkiem prywatnej działalności, ale tak ją przystrzyc by istniały tylko firmy o prawie pełnym obłożeniu popytem. Zmniejsza to konkurencję i powoduje narastający niedobór podaży, bo firma która ma popyt na 100% swoich możliwości produkcyjnych musi odprawiać niektórych klientów z kwitkiem. Klasyczną reakcją jest więc: przedłużanie terminów i ustawianie klientów w kolejkach, podnoszenie cen oraz gorsza jakość serwisu i obsługi klienta. I stąd właśnie w Polsce, w ostatnich kilkunastu latach, w wielu branżach pojawiła się taka drożyzna.
Doskonałym przykładem są firmy wykonujące wszelkie zaawansowane technicznie instalacje. Nie chodzi o Zenka-złotą-rączkę co ma jedną rurkę do przymocowania na ścianie, ale zaawansowane i trochę trudniejsze usługi jak np. montaż pompy ciepła, rekuperatora, czy panela solarnego. Typowo firmy takie umawiają klientów na co najmniej kilka tygodni do przodu, a ceny tych usług, pomimo że ich popularność zwiększa się, systematycznie od kilku lat rosną rocznie o 5-10% co zdecydowanie przewyższa oficjalną inflację. Dlaczego więc do licha nie wejdzie w tę branżę fala młodych, drapieżnych biznesmenów i nie zrobi konkurencji? Przecież to prawdziwa żyła złota: marże wysokie, klienci odchodzą z kwitkiem albo czekają w kolejce jak w PRLu, nic tylko brać ich i zarabiać na nich. Niestety tak różowo nie jest. Pomijając już nawet konieczność zdobycia uprawnień czy certyfikatów, to jeżeli założysz małą firmę zatrudniająca 1-2 osoby, to przez pewien czas, zanim uda ci się zdobyć klientów, o ile nie masz mnóstwa pieniędzy na zmasowaną reklamę, musisz pogodzić się z nieregularnymi zleceniami, z trudem dobijającymi do 50-70% twoich mocy produkcyjnych. A ponieważ musisz płacić podatki i wynagrodzenia, to nie masz innego wyjścia jak dopłacać kilka miesięcy do interesu. A to znów wymaga zapasu gotówki. Zanim więc mała firma rozwinie się do w miarę stabilnego przedsięwzięcia, to zazwyczaj zbankrutuje, lecz nie przez brak umiejętności właściciela, lecz z powodu wysokich kosztów narzuconych przez rząd. Ba, przecież nawet za samego siebie przedsiębiorca będzie musiał płacić co miesiąc 1000zł na ZUS czy ma zysk czy nie. A co dalej? Nawet gdy zdobędzie strumień klientów odpowiadający jego możliwościom to czy będzie w stanie zrobić krok dalej i zatrudnić kolejne 2-3 osoby? Mało prawdopodobne, że uda się nagle zwiększyć liczbę klientów o 100% i pozostać nadal przy pełnym obłożeniu popytem, co oznacza że młoda firma musiałaby znów przeżyć okres niebezpiecznych turbulencji z dużą szansą na bankructwo nie ze swojej winy. Wielu przedsiębiorców nie ma ochoty na podejmowanie tego ryzyka i nie zatrudnia, co powoduje wzrost bezrobocia (pewnym złagodzeniem rygoru jest wyklinane przez biurokratów zatrudnianie na czarno czy równie atakowane umowy cywilnoprawne, są to jednak sztuczne obejścia patologii). Czy można się wobec tego dziwić, że ceny są wysokie, a większość działających na rynku przedsiębiorców ma klientów w głębokim poważaniu? Jeżeli działają, to znaczy że okopali się w dochodowych niszach otoczeni proszącymi się o usługę klientami. Ustał zaś prawie całkowicie, charakterystyczny dla wczesnych lat 90' atak młodych wilków na te dochodowe pozycje i nisze.
W takich momentach klasyczna i żelazna odpowiedź socjalistów to: "Jeśli przedsiębiorcę nie stać na zapłacenie tych kosztów/podatków/płac minimalnych/zdobycie regulacji/certyfikatów/pozwoleń to jest kiepskim biznesmenem i niech bankrutuje. Przyjdą inni, lepsi." Ta złośliwa odpowiedź jest jednocześnie podstępna, bo udaje że odnosi się do wartości wolnorynkowych - są słabi więc niech bankrutują. A tymczasem oni nie są słabi sami z siebie, tylko słaniają się na nogach po otrzymaniu na dzień dobry kilku ciosów od państwa. I robią dokładnie to czego od nich chcą socjaliści: przestają wyzyskiwać pracowników i klientów i likwidują firmy lub rezygnują z ich założenia jeszcze na etapie pomysłu. Po czym zostawiają nas na pastwę pojedynczych przedsiębiorstw, które na jałowym w konkurencję rynku stają się czasem na dużym obszarze geograficznym quasi monopolami. Ze wszystkimi wadami opisanymi w akapicie powyżej. A inni nie przychodzą, bo to już byli ci inni. Wtedy coraz częściej pojawia się znów rozbestwiony socjalista i bredzi "Wolny rynek nie sprawdza się w działalności X, jest drogo, klienci są źle obsługiwani, mnożą się oszuści, naciągacze i pazerne hieny. Państwo w tej działalności sprawdzi się lepiej."
Ciekawym jest, że jeśli tylko przypadek usuwa niedobór podaży, to nagle klient staje się faktycznie panem sytuacji i zyskuje niesamowite przywileje. Istnieją branże, w których dynamiczny rozwój techniczny bądź regularne podnoszenie się wydajności pracy zwiększa podaż produktów i usług (jeżeli zwiększa się "samoczynnie" wartość produkcji, to wartość podaży rośnie, np. jeżeli firma produkująca telefony wynajdzie lepszy model, który może wyprodukować w starej cenie, to oferuje klientowi w tej samej cenie "lepszą" jakościowo podaż a więc zwiększa jej wartość nie zmieniając wielkości produkcji, obrotu sprzedaży, czy cen). Typowo dotyczy to branży komputerowej i informatycznej. Spójrzcie jak od dwóch dekad moce komputerów rosną, a ich ceny maleją. Pomimo inflacji obecnie cena 1GB pamięci, czy 1GHz mocy procesora jest o rzędy wielkości niższa niż 10-15 lat temu. Inne firmy z kolei borykają się z nadpodażą z innych powodów. Trochę śmiesznym, ale ciekawym przykładem jest ... fryzjerstwo męskie. W połowie lat 90' (15 lat temu! młodzież niech w ramach pracy domowej obliczy o ile średnio wzrosły ceny od tego czasu) gdy chodziłem się ostrzyc, to płaciłem za tę usługę standardowo 10-12 zł w zależności od lokalizacji (centrum miasta - ok 2 zł drożej). Dziś... płacę dokładnie tyle samo. Jak to do licha jest w ogóle możliwe? Czy fryzjerzy nie zauważyli inflacji (w tym okresie w różnych latach od 3 nawet do 10% wg GUS) i nie płacą więcej pracownikom? Czy może pracownicy pracują za pół-darmo? Czy nie wzrosły koszty mediów? Nie podrożały czynsze za lokale? Czy nie wzrosły podatki? Czy właściciele nie płacą za siebie ZUSu 1000zł zamiast 500-600 jak 15 lat temu? Czy nie wzrósł VAT? Niemożliwe, że taka usługa jest nadal opłacalna. A jednak. Tajemnica tkwi w tym, że zakłady fryzjerskie utrzymują się prawie wyłącznie z fryzjerstwa damskiego, gdzie cena zwykłego uczesania to kilkadziesiąt złotych, a usługi dla mężczyzn są tylko dodatkiem świadczonym przy okazji tego, że i tak mają otwarty zakład i kilku pracowników, którzy jak już ten mężczyzna wejdzie z ulicy, to go ostrzygą i wezmą te 10zł. Zawsze lepiej niż zero. Ale to przecież jakaś paskudna dyskryminacja i seksizm, że kobieta musi zapłacić 3-4 razy więcej! Tylko czekać jak Unia Europejska przyjdzie i wyrówna! Hola, hola, nie tak prędko. Popyt na usługi fryzjerskie dla mężczyzn jest bardzo niski i bardzo chimeryczny. Większość mężczyzn chodzi do fryzjera sporadycznie bądź wcale a jeśli już, to prędzej samemu użyje maszynki niż zapłaci 40zł za strzyżenie. Słowem: podaż istnieje w prawie dowolnej wielkości i nie znika bo jest tworzona przy okazji innego biznesu, a popyt jest bardzo mały, niepewny, prawie go nie ma. Efektem są niziutkie, dumpingowe ceny. A jeśli przyjedzie walec, tzn. Unia i wyrówna? To wtedy albo ceny fryzjerstwa męskiego wzrosną efektem czego będzie prawie całkowity zanik popytu i tym samym wykonywania tej usługi (nieliczni czasem się skuszą, ale obrót w tej branży spadnie zapewne o ponad 90%), albo jeśli Unia ustanowi maksymalne ceny damskich fryzjerów nastąpi powrót do głębokiego PRLu czyli zamknięcie większości prywatnych zakładów i przejście fryzjerstwa damskiego na garnuszek państwa (czyli "puste półki' = kiepski dostęp do usług o beznadziejnej jakości, być może kartki na co lepsze usługi). Prywatny fryzjer nie da bowiem rady utrzymać się strzygąc kobiety i mężczyzn za 10zł.
Przyczyny drożyzny mają też czasem czysto bezpośrednie źródło podatkowe. Typowe przykłady to benzyna (ponad połowa ceny to podatki) czy alkohol. Oto producent piwa Żywiec dość bezpośrednio wskazał winnego wysokiej ceny piwa przypominając, że 40% ceny to podatki. Czyli drogi konsumencie: piwo kosztujące w sklepie 3,33zł zawiera tylko 2zł kosztów produkcji, dystrybucji czy reklamy. 1,33zł od razu zabiera rząd (jakby zabierał ci już mało z pensji). Nic tylko ważyć samemu, gdzie wysokiej jakości złoty trunek można bez problemu, przy minimalnym wysiłku, uzyskać za 1zł (inaczej: 2zł za litr). Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że wolny rynek mamy tylko z nazwy? Chyba że chodzi o jego prędkość...
Na koniec proszę sobie pokreślić wężykiem w kajetach: Duża konkurencja = niskie ceny. Nadpodaż = niskie ceny. Niska konkurencja = niedobór podaży. Regulacje = niska konkurencja = niedobór podaży = wysokie ceny i kiepska obsługa klienta. Regulacje + Ceny maksymalne = zanik podaży = puste półki = PRL. Regulacje + brak ograniczeń cenowych = stabilizacja popytu i podaży przy małym obrocie i wysokich cenach = drożyzna. Howgh.
Większość małych i średnich przedsiębiorstw, które nie żyją wyłącznie z dotacji unijnych, zamówień rządowych czy innej metody na okradanie podatników, boryka się z problemem wysokich kosztów pracy (ZUS!) i kosztów spełniania różnorakich rządowych regulacji (a to zawiła księgowość, a to użeranie z kontrolami pipów, czy sanepidów a to konieczne szkolenia i certyfikaty itp. itd.). W tej sytuacji przeżywają wyłącznie firmy posiadające na rynku taką pozycję, że ich moce produkcyjne wykorzystywane są w 100% (powiedzmy 95 i więcej). To dobrze - ktoś powie - przecież to jest sednem kapitalizmu aby przeżyli tylko najlepsi a inni zbankrutowali. Nie do końca. Oczywiście, że dobrze że kiepscy bankrutują, ale zwycięzcy powinni być bez ustanku weryfikowani przez nowe pokolenia młodych biznesmenów. W przeciwnym razie tracą motywację do dobrej obsługi klientów oraz presję na niskie ceny. A tymczasem ci młodzi mają poprzeczkę ustawioną na wysokości, którą są w stanie pokonać wyłącznie nieliczni. Dzisiejszy państwowy socjalizm postanowił nie likwidować całkiem prywatnej działalności, ale tak ją przystrzyc by istniały tylko firmy o prawie pełnym obłożeniu popytem. Zmniejsza to konkurencję i powoduje narastający niedobór podaży, bo firma która ma popyt na 100% swoich możliwości produkcyjnych musi odprawiać niektórych klientów z kwitkiem. Klasyczną reakcją jest więc: przedłużanie terminów i ustawianie klientów w kolejkach, podnoszenie cen oraz gorsza jakość serwisu i obsługi klienta. I stąd właśnie w Polsce, w ostatnich kilkunastu latach, w wielu branżach pojawiła się taka drożyzna.
Doskonałym przykładem są firmy wykonujące wszelkie zaawansowane technicznie instalacje. Nie chodzi o Zenka-złotą-rączkę co ma jedną rurkę do przymocowania na ścianie, ale zaawansowane i trochę trudniejsze usługi jak np. montaż pompy ciepła, rekuperatora, czy panela solarnego. Typowo firmy takie umawiają klientów na co najmniej kilka tygodni do przodu, a ceny tych usług, pomimo że ich popularność zwiększa się, systematycznie od kilku lat rosną rocznie o 5-10% co zdecydowanie przewyższa oficjalną inflację. Dlaczego więc do licha nie wejdzie w tę branżę fala młodych, drapieżnych biznesmenów i nie zrobi konkurencji? Przecież to prawdziwa żyła złota: marże wysokie, klienci odchodzą z kwitkiem albo czekają w kolejce jak w PRLu, nic tylko brać ich i zarabiać na nich. Niestety tak różowo nie jest. Pomijając już nawet konieczność zdobycia uprawnień czy certyfikatów, to jeżeli założysz małą firmę zatrudniająca 1-2 osoby, to przez pewien czas, zanim uda ci się zdobyć klientów, o ile nie masz mnóstwa pieniędzy na zmasowaną reklamę, musisz pogodzić się z nieregularnymi zleceniami, z trudem dobijającymi do 50-70% twoich mocy produkcyjnych. A ponieważ musisz płacić podatki i wynagrodzenia, to nie masz innego wyjścia jak dopłacać kilka miesięcy do interesu. A to znów wymaga zapasu gotówki. Zanim więc mała firma rozwinie się do w miarę stabilnego przedsięwzięcia, to zazwyczaj zbankrutuje, lecz nie przez brak umiejętności właściciela, lecz z powodu wysokich kosztów narzuconych przez rząd. Ba, przecież nawet za samego siebie przedsiębiorca będzie musiał płacić co miesiąc 1000zł na ZUS czy ma zysk czy nie. A co dalej? Nawet gdy zdobędzie strumień klientów odpowiadający jego możliwościom to czy będzie w stanie zrobić krok dalej i zatrudnić kolejne 2-3 osoby? Mało prawdopodobne, że uda się nagle zwiększyć liczbę klientów o 100% i pozostać nadal przy pełnym obłożeniu popytem, co oznacza że młoda firma musiałaby znów przeżyć okres niebezpiecznych turbulencji z dużą szansą na bankructwo nie ze swojej winy. Wielu przedsiębiorców nie ma ochoty na podejmowanie tego ryzyka i nie zatrudnia, co powoduje wzrost bezrobocia (pewnym złagodzeniem rygoru jest wyklinane przez biurokratów zatrudnianie na czarno czy równie atakowane umowy cywilnoprawne, są to jednak sztuczne obejścia patologii). Czy można się wobec tego dziwić, że ceny są wysokie, a większość działających na rynku przedsiębiorców ma klientów w głębokim poważaniu? Jeżeli działają, to znaczy że okopali się w dochodowych niszach otoczeni proszącymi się o usługę klientami. Ustał zaś prawie całkowicie, charakterystyczny dla wczesnych lat 90' atak młodych wilków na te dochodowe pozycje i nisze.
W takich momentach klasyczna i żelazna odpowiedź socjalistów to: "Jeśli przedsiębiorcę nie stać na zapłacenie tych kosztów/podatków/płac minimalnych/zdobycie regulacji/certyfikatów/pozwoleń to jest kiepskim biznesmenem i niech bankrutuje. Przyjdą inni, lepsi." Ta złośliwa odpowiedź jest jednocześnie podstępna, bo udaje że odnosi się do wartości wolnorynkowych - są słabi więc niech bankrutują. A tymczasem oni nie są słabi sami z siebie, tylko słaniają się na nogach po otrzymaniu na dzień dobry kilku ciosów od państwa. I robią dokładnie to czego od nich chcą socjaliści: przestają wyzyskiwać pracowników i klientów i likwidują firmy lub rezygnują z ich założenia jeszcze na etapie pomysłu. Po czym zostawiają nas na pastwę pojedynczych przedsiębiorstw, które na jałowym w konkurencję rynku stają się czasem na dużym obszarze geograficznym quasi monopolami. Ze wszystkimi wadami opisanymi w akapicie powyżej. A inni nie przychodzą, bo to już byli ci inni. Wtedy coraz częściej pojawia się znów rozbestwiony socjalista i bredzi "Wolny rynek nie sprawdza się w działalności X, jest drogo, klienci są źle obsługiwani, mnożą się oszuści, naciągacze i pazerne hieny. Państwo w tej działalności sprawdzi się lepiej."
Ciekawym jest, że jeśli tylko przypadek usuwa niedobór podaży, to nagle klient staje się faktycznie panem sytuacji i zyskuje niesamowite przywileje. Istnieją branże, w których dynamiczny rozwój techniczny bądź regularne podnoszenie się wydajności pracy zwiększa podaż produktów i usług (jeżeli zwiększa się "samoczynnie" wartość produkcji, to wartość podaży rośnie, np. jeżeli firma produkująca telefony wynajdzie lepszy model, który może wyprodukować w starej cenie, to oferuje klientowi w tej samej cenie "lepszą" jakościowo podaż a więc zwiększa jej wartość nie zmieniając wielkości produkcji, obrotu sprzedaży, czy cen). Typowo dotyczy to branży komputerowej i informatycznej. Spójrzcie jak od dwóch dekad moce komputerów rosną, a ich ceny maleją. Pomimo inflacji obecnie cena 1GB pamięci, czy 1GHz mocy procesora jest o rzędy wielkości niższa niż 10-15 lat temu. Inne firmy z kolei borykają się z nadpodażą z innych powodów. Trochę śmiesznym, ale ciekawym przykładem jest ... fryzjerstwo męskie. W połowie lat 90' (15 lat temu! młodzież niech w ramach pracy domowej obliczy o ile średnio wzrosły ceny od tego czasu) gdy chodziłem się ostrzyc, to płaciłem za tę usługę standardowo 10-12 zł w zależności od lokalizacji (centrum miasta - ok 2 zł drożej). Dziś... płacę dokładnie tyle samo. Jak to do licha jest w ogóle możliwe? Czy fryzjerzy nie zauważyli inflacji (w tym okresie w różnych latach od 3 nawet do 10% wg GUS) i nie płacą więcej pracownikom? Czy może pracownicy pracują za pół-darmo? Czy nie wzrosły koszty mediów? Nie podrożały czynsze za lokale? Czy nie wzrosły podatki? Czy właściciele nie płacą za siebie ZUSu 1000zł zamiast 500-600 jak 15 lat temu? Czy nie wzrósł VAT? Niemożliwe, że taka usługa jest nadal opłacalna. A jednak. Tajemnica tkwi w tym, że zakłady fryzjerskie utrzymują się prawie wyłącznie z fryzjerstwa damskiego, gdzie cena zwykłego uczesania to kilkadziesiąt złotych, a usługi dla mężczyzn są tylko dodatkiem świadczonym przy okazji tego, że i tak mają otwarty zakład i kilku pracowników, którzy jak już ten mężczyzna wejdzie z ulicy, to go ostrzygą i wezmą te 10zł. Zawsze lepiej niż zero. Ale to przecież jakaś paskudna dyskryminacja i seksizm, że kobieta musi zapłacić 3-4 razy więcej! Tylko czekać jak Unia Europejska przyjdzie i wyrówna! Hola, hola, nie tak prędko. Popyt na usługi fryzjerskie dla mężczyzn jest bardzo niski i bardzo chimeryczny. Większość mężczyzn chodzi do fryzjera sporadycznie bądź wcale a jeśli już, to prędzej samemu użyje maszynki niż zapłaci 40zł za strzyżenie. Słowem: podaż istnieje w prawie dowolnej wielkości i nie znika bo jest tworzona przy okazji innego biznesu, a popyt jest bardzo mały, niepewny, prawie go nie ma. Efektem są niziutkie, dumpingowe ceny. A jeśli przyjedzie walec, tzn. Unia i wyrówna? To wtedy albo ceny fryzjerstwa męskiego wzrosną efektem czego będzie prawie całkowity zanik popytu i tym samym wykonywania tej usługi (nieliczni czasem się skuszą, ale obrót w tej branży spadnie zapewne o ponad 90%), albo jeśli Unia ustanowi maksymalne ceny damskich fryzjerów nastąpi powrót do głębokiego PRLu czyli zamknięcie większości prywatnych zakładów i przejście fryzjerstwa damskiego na garnuszek państwa (czyli "puste półki' = kiepski dostęp do usług o beznadziejnej jakości, być może kartki na co lepsze usługi). Prywatny fryzjer nie da bowiem rady utrzymać się strzygąc kobiety i mężczyzn za 10zł.
Przyczyny drożyzny mają też czasem czysto bezpośrednie źródło podatkowe. Typowe przykłady to benzyna (ponad połowa ceny to podatki) czy alkohol. Oto producent piwa Żywiec dość bezpośrednio wskazał winnego wysokiej ceny piwa przypominając, że 40% ceny to podatki. Czyli drogi konsumencie: piwo kosztujące w sklepie 3,33zł zawiera tylko 2zł kosztów produkcji, dystrybucji czy reklamy. 1,33zł od razu zabiera rząd (jakby zabierał ci już mało z pensji). Nic tylko ważyć samemu, gdzie wysokiej jakości złoty trunek można bez problemu, przy minimalnym wysiłku, uzyskać za 1zł (inaczej: 2zł za litr). Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że wolny rynek mamy tylko z nazwy? Chyba że chodzi o jego prędkość...
Na koniec proszę sobie pokreślić wężykiem w kajetach: Duża konkurencja = niskie ceny. Nadpodaż = niskie ceny. Niska konkurencja = niedobór podaży. Regulacje = niska konkurencja = niedobór podaży = wysokie ceny i kiepska obsługa klienta. Regulacje + Ceny maksymalne = zanik podaży = puste półki = PRL. Regulacje + brak ograniczeń cenowych = stabilizacja popytu i podaży przy małym obrocie i wysokich cenach = drożyzna. Howgh.
Etykiety:
gospodarka,
kapitalizm,
neosocjalizm,
przedsiębiorcy,
socjalizm
niedziela, 28 października 2012
Agresja wobec zegarów
Dziś wiele nie napiszę, bo muszę iść i przygotować domowe zegary na planowaną na nie nocną agresję rządu, tj. tzw. zmianę czasu. Jak zwykle przy tej okazji media zamiast uczciwie wypunktować bezsens tego zarządzenia co najwyżej łagodnie przypominają o nim społeczeństwu niczym małym uczniakom o ich obowiązkach. Już nawet nie próbują podawać zalet, a tylko przypominają o fakcie. I słusznie, bo to byłoby już żenujące, faktycznych zalet prawie nie ma, jest za to demonstracja siły i agresji rządów na całym świecie. Patrzcie, co byście zrobili bez nas, my nawet nad czasem mamy władzę...
Za resztę komentarza niech robi nieśmiertelny fragment książki "Wybór" Wiktora Suworowa.
Dziś zaczniemy od omówienia twojego wypracowania o tym, jak zniewolić sto milionów wolnych obywateli. Wiesz, Feniks, muszę przyznać, że nie wszystko w twoim wypracowaniu jest dla mnie jasne.
– A cóż w tym niejasnego? Jest defilada na Placu Czerwonym. W każdym szeregu po dwudziestu ludzi. W każdym sektorze dziesięć szeregów, dwustu ludzi. Tych sektorów jest po horyzont. Maszerują równo, aż miło patrzeć. Każdy żołnierz przez okrągły rok wyciskał z siebie siódme poty, szkoląc się na defiladę. I to nie tylko w Moskwie, ale wszędzie. Pytanie: czy wyrzucanie wyprostowanych nóg powyżej pasa, wypinanie piersi i zadzieranie brody powyżej nosa przydatne jest na wypadek działań wojennych? Po co tracić czas na ćwiczenie kroku defiladowego? Odpowiedź: po to, żeby zmusić tysiące ludzi do reagowania w sposób bezrefleksyjny, przyzwyczaić ich do słuchania rozkazów, a nie zdrowego rozsądku.
– Trudno się nie zgodzić.
– Dobrze. W takim razie trzeba podobne ćwiczenia zastosować wobec setek milionów ludzi.
– Zmusić obywateli, żeby maszerowali krokiem defiladowym?
– Niekoniecznie. Mam na myśli treść, a nie formę. Najważniejsze, żeby te ćwiczenia były absurdalne i żeby równocześnie dotyczyły setek milionów ludzi. Najlepiej zmusić ich do wykonywania jakiegoś kretynizmu. Regularnie.
– Masz przykłady takich kretynizmów?
– Można na przykład zmusić całą ludzkość, żeby dwa razy w roku przestawiała wskazówki zegarów.
– Czym to uzasadnić?
– Oszczędnością energii.
– To prawda?
– Skądże znowu! Najważniejszym odbiorcą energii elektrycznej są fabryki. Na drugim miejscu są środki transportu. Przesuniemy wskazówki, czy nie przesuniemy – i tak ilość zużywanej energii nie ulegnie zmianie. Poważnym odbiorcą są kopalnie węgla. Tam zawsze ciemno. Albo oświetlenie ulic. Światło włącza się kiedy jest ciemno, a wyłącza kiedy jest jasno. Co zmieni przestawienie wskazówek?
– Część energii wykorzystują ludzie w swoich mieszkaniach…
– Słusznie. Niecały jeden procent. Ale w ramach tego procentu też nie wszystko idzie na oświetlenie. Niebawem nadejdą takie czasy, że ludzie będą mieć elektryczne żelazka, elektryczne maszynki do mielenia mięsa, telefony na prąd, radia, elektryczne kino domowe. Możesz kręcić wskazówkami zegara w każdą stronę i nie wpłynie to w żaden sposób na zużycie energii. Zresztą z oświetleniem mieszkań to wygląda podobnie: latami tak jest widno i nie ma znaczenia, czy wstajesz o piątej, czy o dziesiątej. Z kolei zimowym rankiem i tak jest ciemno i nie obejdzie się bez oświetlenia. Nieważne, czy jest godzinę wcześniej, czy później.
– Zatem uważasz, że nie będzie żadnego pożytku z przestawiania zegarów?
– Będą tylko kłopoty. Masa kłopotów.
– I nikt nie będzie oponować?
– Tłum nie potrafi myśleć. Tłum przyjmie to jako coś naturalnego. Sam będzie sobie przysparzać nowych problemów. Jeśli tylko narzucimy ludzkości z dziesięć takich idiotycznych zachowań, jeśli sprawimy, że wszyscy podporządkują się bez zastrzeżeń, wtedy zawładniemy światem.
Za resztę komentarza niech robi nieśmiertelny fragment książki "Wybór" Wiktora Suworowa.
Dziś zaczniemy od omówienia twojego wypracowania o tym, jak zniewolić sto milionów wolnych obywateli. Wiesz, Feniks, muszę przyznać, że nie wszystko w twoim wypracowaniu jest dla mnie jasne.
– A cóż w tym niejasnego? Jest defilada na Placu Czerwonym. W każdym szeregu po dwudziestu ludzi. W każdym sektorze dziesięć szeregów, dwustu ludzi. Tych sektorów jest po horyzont. Maszerują równo, aż miło patrzeć. Każdy żołnierz przez okrągły rok wyciskał z siebie siódme poty, szkoląc się na defiladę. I to nie tylko w Moskwie, ale wszędzie. Pytanie: czy wyrzucanie wyprostowanych nóg powyżej pasa, wypinanie piersi i zadzieranie brody powyżej nosa przydatne jest na wypadek działań wojennych? Po co tracić czas na ćwiczenie kroku defiladowego? Odpowiedź: po to, żeby zmusić tysiące ludzi do reagowania w sposób bezrefleksyjny, przyzwyczaić ich do słuchania rozkazów, a nie zdrowego rozsądku.
– Trudno się nie zgodzić.
– Dobrze. W takim razie trzeba podobne ćwiczenia zastosować wobec setek milionów ludzi.
– Zmusić obywateli, żeby maszerowali krokiem defiladowym?
– Niekoniecznie. Mam na myśli treść, a nie formę. Najważniejsze, żeby te ćwiczenia były absurdalne i żeby równocześnie dotyczyły setek milionów ludzi. Najlepiej zmusić ich do wykonywania jakiegoś kretynizmu. Regularnie.
– Masz przykłady takich kretynizmów?
– Można na przykład zmusić całą ludzkość, żeby dwa razy w roku przestawiała wskazówki zegarów.
– Czym to uzasadnić?
– Oszczędnością energii.
– To prawda?
– Skądże znowu! Najważniejszym odbiorcą energii elektrycznej są fabryki. Na drugim miejscu są środki transportu. Przesuniemy wskazówki, czy nie przesuniemy – i tak ilość zużywanej energii nie ulegnie zmianie. Poważnym odbiorcą są kopalnie węgla. Tam zawsze ciemno. Albo oświetlenie ulic. Światło włącza się kiedy jest ciemno, a wyłącza kiedy jest jasno. Co zmieni przestawienie wskazówek?
– Część energii wykorzystują ludzie w swoich mieszkaniach…
– Słusznie. Niecały jeden procent. Ale w ramach tego procentu też nie wszystko idzie na oświetlenie. Niebawem nadejdą takie czasy, że ludzie będą mieć elektryczne żelazka, elektryczne maszynki do mielenia mięsa, telefony na prąd, radia, elektryczne kino domowe. Możesz kręcić wskazówkami zegara w każdą stronę i nie wpłynie to w żaden sposób na zużycie energii. Zresztą z oświetleniem mieszkań to wygląda podobnie: latami tak jest widno i nie ma znaczenia, czy wstajesz o piątej, czy o dziesiątej. Z kolei zimowym rankiem i tak jest ciemno i nie obejdzie się bez oświetlenia. Nieważne, czy jest godzinę wcześniej, czy później.
– Zatem uważasz, że nie będzie żadnego pożytku z przestawiania zegarów?
– Będą tylko kłopoty. Masa kłopotów.
– I nikt nie będzie oponować?
– Tłum nie potrafi myśleć. Tłum przyjmie to jako coś naturalnego. Sam będzie sobie przysparzać nowych problemów. Jeśli tylko narzucimy ludzkości z dziesięć takich idiotycznych zachowań, jeśli sprawimy, że wszyscy podporządkują się bez zastrzeżeń, wtedy zawładniemy światem.
wtorek, 16 października 2012
Monty Python na stadionie
- Powiedz mi po co jest ten dach?
- Właśnie, po co ?
- Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten dach? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest dach na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym dachem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest dach społeczny, w oparciu o pieniądze podatników... którego nie da się otworzyć jesienią w czasie deszczu. I co się wtedy zrobi?
- Przełoży mecz… ?
- Zapamiętaj: Prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, słomianych inwestycjach. Dostajemy za ten dach jako premię procent ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten dach, tym ...
Gdy wielokrotnie twierdziłem, że tzw. Stadion Narodowy w Warszawie za kilka/kilkanaście lat czeka podobny los jak jego poprzednika, tzn. na powrót stanie się bazarem, to mało kto wierzył. To zbliża się tymczasem coraz większymi krokami. Co ja mówię stadion... cztery stadiony. Organizacja imprez na stadionach zbudowanych na E*** 2012 okazuje się niedochodowa do tego stopnia, że imprezy przynoszą straty netto, a co dopiero mówić o zarabianiu na swoje utrzymanie. Stadion w Warszawie z kolei przyniesie gigantyczne straty nawet mimo organizowania na nim hitowych meczów takich jak Polska-Anglia. Widzowie, którzy mimo zaporowych cen i fatalnej organizacji przybyli 16 października na ten stadion mają prawo poczuć się okradzeni po raz drugi. Nie tylko rąbnięto wcześniej KAŻDEGO Polaka na kilkadziesiąt złotych na budowę stadionu, ale jeszcze okazuje się, że nie da się na nim rozgrywać meczów. Nabijaliśmy się wszyscy wiosną z kilkukrotnego otwierania obiektu, potem zdarzył się cud i udało się na nim rozegrać latem kilka meczów (chyba tylko dlatego że opiekę nad nim bezpośrednio sprawowali fachowcy z piłkarskiej centrali) a teraz okazuje się, że... w deszczu nie można otwierać dachu. Cud techniki zbudowany za 2 miliardy złotych ma bowiem dach tylko od słońca...
Przybyli na ten mecz Anglicy przecierali oczy ze zdumienia, bo czy można uwierzyć, że normalni ludzie wydaliby tyle pieniędzy na dach, który jeśli popada na niego deszcz to grozi zawaleniem, więc ma zamontowane czujniki deszczu blokujące jego rozsuwanie? Czy możliwe jest żeby ktokolwiek kto nie jest debilem, wiedząc o tym nie zbudował pod murawą drenażu? A wiedząc, że nie może liczyć ani na dach ani na drenaż, nie przygotował odpowiedniej ilości ludzi do zajęcia się na szybko wodą na murawie? Wydaje się to możliwe tylko w zwariowanej angielskiej komedii, do której poziomu szybko dostosował się zabawny włoski sędzia, który widząc, że deszcz pada coraz mocniej, nie ma dachu i nikt nie ruszył się żeby zająć się wodą, i tak kilkanaście minut wychodził na płytę by parę razy malowniczo kopnąć piłkę i uciec.
Anglicy mogą się trochę dziwić, ale widzowie na trybunach raczej nie powinni. Stadion szybkimi krokami zmierza drogą poprzedniego socjalistycznego molocha. Bo też i nie zmieniło się wiele. Jeżeli PZPN obstawiają tzw. leśne dziadki nie mające pojęcia o organizacji meczów, a stadionem zarządzają grubasy z politycznego nadania rządzącej partii, których jedynym celem jest wydrenowanie z budżetu jak największej ilości pieniędzy podatników, to właściwie czemu się dziwić. Można sobie tylko życzyć, że ta kompromitacja otworzy oczy Polakom i zaczną w końcu protestować przeciwko bezsensownym rządowym inwestycjom, takim jakich bez liku obiecał właśnie premier w swoim expose. Przy możliwościach jakie w dziedzinie rozkradania pieniędzy podatników mają cały czas władze tego państwa, stadion jest bowiem tylko drobnostką. Ale symboliczną, bo dobitnie pokazującą jak kończą wielkie budowle socjalizmu...
- Właśnie, po co ?
- Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten dach? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest dach na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym dachem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest dach społeczny, w oparciu o pieniądze podatników... którego nie da się otworzyć jesienią w czasie deszczu. I co się wtedy zrobi?
- Przełoży mecz… ?
- Zapamiętaj: Prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, słomianych inwestycjach. Dostajemy za ten dach jako premię procent ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten dach, tym ...
Gdy wielokrotnie twierdziłem, że tzw. Stadion Narodowy w Warszawie za kilka/kilkanaście lat czeka podobny los jak jego poprzednika, tzn. na powrót stanie się bazarem, to mało kto wierzył. To zbliża się tymczasem coraz większymi krokami. Co ja mówię stadion... cztery stadiony. Organizacja imprez na stadionach zbudowanych na E*** 2012 okazuje się niedochodowa do tego stopnia, że imprezy przynoszą straty netto, a co dopiero mówić o zarabianiu na swoje utrzymanie. Stadion w Warszawie z kolei przyniesie gigantyczne straty nawet mimo organizowania na nim hitowych meczów takich jak Polska-Anglia. Widzowie, którzy mimo zaporowych cen i fatalnej organizacji przybyli 16 października na ten stadion mają prawo poczuć się okradzeni po raz drugi. Nie tylko rąbnięto wcześniej KAŻDEGO Polaka na kilkadziesiąt złotych na budowę stadionu, ale jeszcze okazuje się, że nie da się na nim rozgrywać meczów. Nabijaliśmy się wszyscy wiosną z kilkukrotnego otwierania obiektu, potem zdarzył się cud i udało się na nim rozegrać latem kilka meczów (chyba tylko dlatego że opiekę nad nim bezpośrednio sprawowali fachowcy z piłkarskiej centrali) a teraz okazuje się, że... w deszczu nie można otwierać dachu. Cud techniki zbudowany za 2 miliardy złotych ma bowiem dach tylko od słońca...
Przybyli na ten mecz Anglicy przecierali oczy ze zdumienia, bo czy można uwierzyć, że normalni ludzie wydaliby tyle pieniędzy na dach, który jeśli popada na niego deszcz to grozi zawaleniem, więc ma zamontowane czujniki deszczu blokujące jego rozsuwanie? Czy możliwe jest żeby ktokolwiek kto nie jest debilem, wiedząc o tym nie zbudował pod murawą drenażu? A wiedząc, że nie może liczyć ani na dach ani na drenaż, nie przygotował odpowiedniej ilości ludzi do zajęcia się na szybko wodą na murawie? Wydaje się to możliwe tylko w zwariowanej angielskiej komedii, do której poziomu szybko dostosował się zabawny włoski sędzia, który widząc, że deszcz pada coraz mocniej, nie ma dachu i nikt nie ruszył się żeby zająć się wodą, i tak kilkanaście minut wychodził na płytę by parę razy malowniczo kopnąć piłkę i uciec.
Anglicy mogą się trochę dziwić, ale widzowie na trybunach raczej nie powinni. Stadion szybkimi krokami zmierza drogą poprzedniego socjalistycznego molocha. Bo też i nie zmieniło się wiele. Jeżeli PZPN obstawiają tzw. leśne dziadki nie mające pojęcia o organizacji meczów, a stadionem zarządzają grubasy z politycznego nadania rządzącej partii, których jedynym celem jest wydrenowanie z budżetu jak największej ilości pieniędzy podatników, to właściwie czemu się dziwić. Można sobie tylko życzyć, że ta kompromitacja otworzy oczy Polakom i zaczną w końcu protestować przeciwko bezsensownym rządowym inwestycjom, takim jakich bez liku obiecał właśnie premier w swoim expose. Przy możliwościach jakie w dziedzinie rozkradania pieniędzy podatników mają cały czas władze tego państwa, stadion jest bowiem tylko drobnostką. Ale symboliczną, bo dobitnie pokazującą jak kończą wielkie budowle socjalizmu...
poniedziałek, 3 września 2012
Wolniej, niżej, słabiej!
Władze Sopotu ograniczyły dozwoloną prędkość dla rowerzystów do 10 km/h Dla bezpieczeństwa pieszych oraz samych rowerzystów, ma się rozumieć. Uff, dobrze że tylko w Sopocie, obawiam się jednak, że (p)osły z Wiejskiej wkrótce o tym usłyszą, a wiadomo że chętnie małpują każdy idiotyzm. W każdym razie pomysłodawców tej nowej legislacji ciężko podejrzewać o posiadanie zbyt wielu szarych komórek. Pominę milczeniem fakt, że rowery nie posiadają liczników prędkości, bo nie jest to jeszcze dużym utrudnieniem dla naszych bystrych inaczej polityków i zawsze można wprowadzić obowiązek ich zakupu i posiadania (a może jeszcze w dodatku wziąć łapówkę od odpowiedniego lobby producentów). Jednak wprowadzenie ograniczenia prędkości w miejsce gdzie można by po prostu karać tych rowerzystów, którzy faktycznie sprawiają zagrożenie jest typowym dla socjalistów przykładem szkodliwej prewencji oraz odpowiedzialności zbiorowej.
Ale żeby jeszcze ograniczenie było jakkolwiek sensowne! Tymczasem w Sopocie może teraz dojść do sytuacji, w której wysportowany biegacz podczas porannego joggingu będzie wyprzedać prawidłowo jadącego rowerzystę. Czy i dla biegaczy będą wprowadzone ograniczenia prędkości? Z szybkich obliczeń wynika mi, że taki np. Usain Bolt w trakcie bicia rekordu na 100m. rozwijał chwilową prędkość ok 37 km/h. Dobry biegacz-amator z pewnością osiąga połowę tej prędkości. Czy więc policjanci będą od teraz czyhać w krzakach z fotoradarem na zbyt sprawnych biegaczy? Czy w Sopocie nie znalazło się dość dużo rozsądnych ludzi, którzy powiedzieli by tym mądrym inaczej, że 20 km/h to jest normalna prędkość jaką bez trudu rozwija przeciętny rowerzysta-amator?!!
W zasadzie to jest to po prostu znęcanie się nad rowerzystami. Jeśli tak bardzo przeszkadzają na tych ścieżkach, to należy zabronić całkowicie jeżdżenia tym pojazdom! Zamiast frustrować tych spośród cyklistów, którym akurat bardzo zależy na dotrzymywaniu wszystkich idiotycznych przepisów, lepiej jest zrobić z tych ulic piesze deptaki. Byłoby to zrozumiałe - nie każdy pojazd musi wszędzie wjeżdżać. Tymczasem trzeba to powiedzieć wprost (to może dotrze to do zakutych głów urzędników): jazda rowerem z prędkością 10 km/h JEST CAŁKOWICIE POZBAWIONA SENSU!
Niestety przypadek ten wpisuje się znakomicie w trend likwidowania wszelkich "niebezpiecznych" zachowań obywateli. Po zakończeniu tego eksperymentu swobody za wiele to nie będzie, ale za to jak będzie bezpiecznie. Co więc dalej po ograniczeniu prędkości rowerom? Pomóżmy naszym politykom. Ja proponuję tak:
PS. Prezydent Sopotu Jacek Karnowski jest nie do zdarcia - najpierw za zaszczyt uznał porównanie do Orwella sądząc zapewne, że internautom właśnie dokładnie o to chodziło, że JK jest równie wybitnym pisarzem jak G. Orwell, a potem zapytany o to czy biegacze także będą mieć ograniczenia prędkości kompromituje się dalej: "Biegaczom nie jest potrzebne ograniczenie prędkości. Biegacz w przeciwieństwie do roweru zawsze łatwo zahamuje i się zatrzyma." Ja mam propozycję: jeżeli pan prezydent naprawdę sądzi, że sprawność hamowania biegacza (który odrywa stopy od ziemi) jest większa od sprawności hamulców roweru (którymi w sytuacji awaryjnej można hamować w trybie ciągłym i to na obu kołach), to niech rozpędzi się maksymalnie jak potrafi, biegnie w kierunku jakiejś ściany i spróbuje rozpocząć hamowanie powiedzmy dwa metry od niej. Sądzę, że eksperyment odniósłby pozytywne skutki dla Sopocian. Chyba, że prezydenci miast potrafią naginać prawa fizyki...
Ale żeby jeszcze ograniczenie było jakkolwiek sensowne! Tymczasem w Sopocie może teraz dojść do sytuacji, w której wysportowany biegacz podczas porannego joggingu będzie wyprzedać prawidłowo jadącego rowerzystę. Czy i dla biegaczy będą wprowadzone ograniczenia prędkości? Z szybkich obliczeń wynika mi, że taki np. Usain Bolt w trakcie bicia rekordu na 100m. rozwijał chwilową prędkość ok 37 km/h. Dobry biegacz-amator z pewnością osiąga połowę tej prędkości. Czy więc policjanci będą od teraz czyhać w krzakach z fotoradarem na zbyt sprawnych biegaczy? Czy w Sopocie nie znalazło się dość dużo rozsądnych ludzi, którzy powiedzieli by tym mądrym inaczej, że 20 km/h to jest normalna prędkość jaką bez trudu rozwija przeciętny rowerzysta-amator?!!
W zasadzie to jest to po prostu znęcanie się nad rowerzystami. Jeśli tak bardzo przeszkadzają na tych ścieżkach, to należy zabronić całkowicie jeżdżenia tym pojazdom! Zamiast frustrować tych spośród cyklistów, którym akurat bardzo zależy na dotrzymywaniu wszystkich idiotycznych przepisów, lepiej jest zrobić z tych ulic piesze deptaki. Byłoby to zrozumiałe - nie każdy pojazd musi wszędzie wjeżdżać. Tymczasem trzeba to powiedzieć wprost (to może dotrze to do zakutych głów urzędników): jazda rowerem z prędkością 10 km/h JEST CAŁKOWICIE POZBAWIONA SENSU!
Niestety przypadek ten wpisuje się znakomicie w trend likwidowania wszelkich "niebezpiecznych" zachowań obywateli. Po zakończeniu tego eksperymentu swobody za wiele to nie będzie, ale za to jak będzie bezpiecznie. Co więc dalej po ograniczeniu prędkości rowerom? Pomóżmy naszym politykom. Ja proponuję tak:
- maksymalna prędkość samochodu to 20km/h, roweru 10km/h, pieszego 5km/h,
- po drogach i chodnikach publicznych należy się poruszać obowiązkowo w kasku, kamizelce odblaskowej i z licznikiem prędkości w lewym a kamerą w prawym uchu (w celu ustalenia sprawcy ewentualnej kolizji),
- wprowadzenie Prawa Chodzenia, uzyskiwanego w wieku co najmniej 15 lat, po egzaminie przed państwową komisją uprawniającego do używania chodników na drogach publicznych,
- użytkowanie chodnika w stanie po spożyciu alkoholu byłoby zagrożone karą do dwóch lat więzienia i utratą Prawa Chodzenia na okres do 5 lat. Krótko mówiąc: piłeś - nie idź!
- obowiązkowy montaż w każdym samochodzie klatki wzmacniającej wnętrze, ograniczenie maksymalnej liczby przewożonych pasażerów do jednego, zobowiązanego do jazdy w kapsule ratunkowej z katapultą rakietową certyfikowanej przez państwowy urząd...
PS. Prezydent Sopotu Jacek Karnowski jest nie do zdarcia - najpierw za zaszczyt uznał porównanie do Orwella sądząc zapewne, że internautom właśnie dokładnie o to chodziło, że JK jest równie wybitnym pisarzem jak G. Orwell, a potem zapytany o to czy biegacze także będą mieć ograniczenia prędkości kompromituje się dalej: "Biegaczom nie jest potrzebne ograniczenie prędkości. Biegacz w przeciwieństwie do roweru zawsze łatwo zahamuje i się zatrzyma." Ja mam propozycję: jeżeli pan prezydent naprawdę sądzi, że sprawność hamowania biegacza (który odrywa stopy od ziemi) jest większa od sprawności hamulców roweru (którymi w sytuacji awaryjnej można hamować w trybie ciągłym i to na obu kołach), to niech rozpędzi się maksymalnie jak potrafi, biegnie w kierunku jakiejś ściany i spróbuje rozpocząć hamowanie powiedzmy dwa metry od niej. Sądzę, że eksperyment odniósłby pozytywne skutki dla Sopocian. Chyba, że prezydenci miast potrafią naginać prawa fizyki...
PS.2 Przypomina mi to inicjatywę jakiegoś socjalisty bodaj z Ruchu Palikota chcącego obowiązkowych przeglądów technicznych dla rowerów. To chyba już tylko krok do tablic rejestracyjnych i oczywiście obowiązkowego ubezpieczenia. Wygląda na to, że trzeba jeździć jak najwięcej póki jeszcze można normalnie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)