(za Wikipedią) Dekret Bieruta – potoczna nazwa Dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy wydanego w dniu 26 października 1945 roku przez Krajową Radę Narodową (KRN), której Prezydentem był Bolesław Bierut.
Na jego mocy na własność gminy m.st. Warszawy przechodziły wszelkie grunty
w przedwojennych granicach miasta. Dekret w założeniach miał ułatwić
odbudowę stolicy, zwłaszcza dzielnic zrównanych z ziemią. Nie dotyczył budynków,
a tylko gruntów – budynki znajdujące się na nich miały pozostać
własnością dotychczasowych właścicieli. W praktyce jednak zabierano
właścicielom również kamienice lub poddawano je obowiązkowi kwaterunku – dotyczyło to zwłaszcza dzielnic centralnych, gdzie znajdowały się grunty o dużej wartości, jak Śródmieście, Mokotów, Ochota. Na peryferiach ograniczano się do przejęcia gruntów.
Ministerstwo Sprawiedliwości ma nowy pomysł. Chce znieść starą, rzymską zasadę mówiącą że właścicielem każdej nieruchomości jest właściciel gruntu, na którym została ona zbudowana. Wg nowych przepisów możliwe byłoby więc budowanie na cudzym gruncie i swobodne dysponowanie stworzonym tak budynkiem o ile tylko właściciel gruntu zgodził się notarialnie na takie rozwiązanie. No cóż, co prawda zasada rzymska nie powstała przez przypadek i prawo takie może w wielu przypadkach bardzo gmatwać sytuację właścicielską gruntów i budynków, to jednak samo w sobie nie jest złe, bo jeżeli właściciel gruntu tak akurat chce nim zadysponować i pozbyć się części kontroli nad nim, to jest to jego sprawa i nikt nie powinien się wtrącać. W wielu rozwiniętych krajach już funkcjonuje podobne prawo. W zdecydowanej większości przypadków układ taki będzie co prawda kłopotliwy, bo to jak branie sobie na głowę lokatora, którego nie można się w żaden sposób pozbyć, ale niekiedy może to mieć sens, np. dla właściciela gruntu w centrum dużego miasta nie posiadającego zasobów do jego zabudowy. Może on nie tracąc prawa własności gruntu brać wynagrodzenie za postawiony na nim cenny biurowiec czy inny drogi budynek.
Niestety. Jeśli ktoś pomyślał sobie, że to właśnie ulżenie w takich przypadkach jest głównym motorem tego pomysłu, to jest w grubym błędzie. Kasta urzędnicza chce przy okazji upiec tutaj swoją własną pieczeń i dorzucić do ustaw kilka wielce korzystnych dla siebie zapisów. Już wstępne pomysły rozwiewają bowiem wątpliwości co jest sednem tego pomysłu:
"Z drugiej strony prawo zabudowy ma być też alternatywą dla obecnego
wywłaszczania właścicieli, gdy ich grunt jest potrzebny na cel
publiczny, np. pod budowę zbiornika wodnego.
...
Właścicielowi gruntu przysługiwałoby wynagrodzenie, ale
ministerstwo zakłada, że prawo zabudowy gruntu mogłoby być też
ustanawiane nieodpłatnie"
Co prawda dekret Bieruta był odwrotny bo zabierano grunty a nie budynki, ale konsekwencje podobne. Nie dość, że własność prywatną można ograniczyć dekretem byle urzędniczyny i bez konieczności zwrócenia pieniężnej wartości nacjonalizowanej własności wykpiwając się jedynie mikroskopijną opłatą, to jeszcze nieszczęsny wywłaszczony "właściciel" gruntu nadal będzie zobowiązany płacić podatek od nieruchomości, bo na piśmie jest wszak nadal hoho: panem właścicielem! To, że nie ma już do swojej "własności" praktycznie żadnych praw to nie ważne, ważne że to się odpowiednio dumnie nazywa: "własność prywatna". A kto wie czy przy odpowiednim doborze stawek państwo jeszcze na tym nie zarobi? (Przy tym wciąż przecież nie wiadomo czy nie szykuje się kataster!) A jeśli państwo przestanie kiedyś w przyszłości płacić opłaty tłumacząc się niskim stanem budżetu to pozostaje tylko trwające lata starcie z inną nieprzystępną i zbiurokratyzowaną instytucją - polskim sądownictwem. A może od razu chodzi o to żeby załamani właściciele gruntów oddawali je państwu za darmo?
No cóż, a właściwie czemu tu się dziwić? Jeżeli owieczki dają się strzyc i nie gryzą, to trzeba ciąć bliżej skóry, bo inaczej futro się marnuje. Ja osobiście nie słyszałem żeby w ostatniej dekadzie za zniszczenie komuś życia jakiś urzędnik przypłacił swoim. Jeżeli ludzie się dają, to ich rozzuchwala.
(*) - niepotrzebne skreślić
wtorek, 5 listopada 2013
czwartek, 12 września 2013
Obiekty muzealne cz.2 - Tramwaje
W naszym kraju jest wielu fanów zabytków motoryzacji... Dlatego muszę zacząć od sprostowania, że oczywiście nie mam nic przeciwko komunikacji masowej ani tramwajom. W miejscach, w których są one naprawdę przydatne, mogą funkcjonować na równi z innymi środkami transportu: samochodami, dorożkami, rowerami, kolejkami linowymi, czy sterowcami, są ok. Nie widzę problemu żeby prywatne firmy rozwijały dowolne środki komunikacji masowej, oczywiście po opłaceniu wszystkich kosztów wynajmu nieruchomości, które zajmują, zapłacie za energię i pensje pracowników oraz wszystkich innych opłat związanych z ich działalnością. Nie obchodzi mnie jaki rodzaj transportu wygra i okaże się najbardziej wydajny, to nie moja branża i choćby były to wielkie lotnie ciągnięte przez stado ptaków, istotne jest że nie żerują one na społeczeństwie a służą mu. Tak się jednak jakoś dziwnie składa, że większość transportu masowego jest w tym kraju państwowa i dowodzona przez urzędników. A ci oczywiście nigdy i nigdzie nie liczyli się z kosztami, byle dało się retorycznie uzasadnić, że to co robią jest ideologicznie poprawne. Poniższy przykład z życia wzięty pokazuje to niemal książkowo.
Tramwaj to dobra rzecz jeżeli przewozi tak duże masy ludzi, że zajęcie całego pasa nie powoduje spadku wydajności komunikacyjnej ulicy. W moim mieście jest jednak kilka linii budowanych za głębokiego PRLu z powodów czysto ideologicznych. Jedna z nich prowadzi do przeciętnie przędącej kopalni. Nie dość, że tramwaje jeżdżą na tej linii rzadko i są pustawe, nie dość, że tabor ma kilkadziesiąt lat i nadaje się do muzeum, nie dość, że obecnie większość górników jeździ do pracy samochodami, to jeszcze torowisko było w fatalnym stanie i pomimo że stanowiło pas samochodowy, to w praktyce nie nadawało się do jazdy. Przyszedł więc w końcu czas na remont ulicy (a pewnie i pieniądze z unii, czytaj połowa pieniędzy, na drugą zadłużone i tak już po uszy miasto pewnie zadłuży się bardziej). Można by pomyśleć - super, w końcu ten relikt socjalizmu zostanie zlikwidowany a ulica, która po rozwoju kilka lat temu drogi ekspresowej i autostrady stała się jedną z ważniejszych arterii komunikacyjnych miasta, odżyje i nareszcie będzie miała po dwa drożne pasy ruchu... No niestety, nie w wizji urzędników. Zamiast kilkumiesięcznego, ograniczonego w czasie i kosztach remontu polegającego na usunięciu zabytków techniki, naprawie nawierzchni i ewentualnie puszczeniu tamtędy autobusów, główna ulica miasta ma być zamknięta przez rok, a tory mają zostać wymienione na nowe. Zapewne rok to nieuzasadniony optymizm i faktycznie potrwa to dwa lata. Lata ogromnych korków, strat czasu i paliwa tysięcy kierowców po to by za ogromne pieniądze, których miasto nie ma, wyremontować niepotrzebny relikt przeszłości. Tak gospodarzą urzędnicy...
Tramwaj to dobra rzecz jeżeli przewozi tak duże masy ludzi, że zajęcie całego pasa nie powoduje spadku wydajności komunikacyjnej ulicy. W moim mieście jest jednak kilka linii budowanych za głębokiego PRLu z powodów czysto ideologicznych. Jedna z nich prowadzi do przeciętnie przędącej kopalni. Nie dość, że tramwaje jeżdżą na tej linii rzadko i są pustawe, nie dość, że tabor ma kilkadziesiąt lat i nadaje się do muzeum, nie dość, że obecnie większość górników jeździ do pracy samochodami, to jeszcze torowisko było w fatalnym stanie i pomimo że stanowiło pas samochodowy, to w praktyce nie nadawało się do jazdy. Przyszedł więc w końcu czas na remont ulicy (a pewnie i pieniądze z unii, czytaj połowa pieniędzy, na drugą zadłużone i tak już po uszy miasto pewnie zadłuży się bardziej). Można by pomyśleć - super, w końcu ten relikt socjalizmu zostanie zlikwidowany a ulica, która po rozwoju kilka lat temu drogi ekspresowej i autostrady stała się jedną z ważniejszych arterii komunikacyjnych miasta, odżyje i nareszcie będzie miała po dwa drożne pasy ruchu... No niestety, nie w wizji urzędników. Zamiast kilkumiesięcznego, ograniczonego w czasie i kosztach remontu polegającego na usunięciu zabytków techniki, naprawie nawierzchni i ewentualnie puszczeniu tamtędy autobusów, główna ulica miasta ma być zamknięta przez rok, a tory mają zostać wymienione na nowe. Zapewne rok to nieuzasadniony optymizm i faktycznie potrwa to dwa lata. Lata ogromnych korków, strat czasu i paliwa tysięcy kierowców po to by za ogromne pieniądze, których miasto nie ma, wyremontować niepotrzebny relikt przeszłości. Tak gospodarzą urzędnicy...
niedziela, 1 września 2013
Obiekty muzealne - hala sportowa
Wprawdzie transformacja ustrojowa z głębokiego socjalizmu została zatrzymana wpół drogi i Polska nadal jest krajem pół-socjalistycznym z państwowymi szpitalami, szkołami, fabrykami, ogromnymi podatkami i przymusowymi ubezpieczeniami społecznymi, jednak wielka część gospodarki została, jeśli nie poddana wolnorynkowym procesom, to przynajmniej unowocześniona i zracjonalizowana. Mimo to, jak rodzynki w cieście, można co pewien czas odnaleźć prawdziwe, nienaruszone perełki realnego socjalizmu. Jak zmumifikowane w kadziach dziwne insekty - relikty dawnej epoki... całkiem dobrze sobie żyjące za nasze pieniądze. Nie trzeba ich szukać w zakurzonych szufladach muzeów - one są wśród nas.
Zachciało nam się jakiś czas temu z żoną wybrać na squasha. Wcześniej grywaliśmy w fajnym, prywatnym klubie w sąsiednim mieście, jednak tak się złożyło, że nie mieliśmy czasu tam jechać i szukaliśmy czegoś bliżej. Całkiem niedaleko nas, lokalny MOSiR ma ogromną halę sportową, w której jak się okazało prócz okazjonalnych targów czy imprez sportowych, wybudowano niedawno małą salkę do squasha. Na zdjęciach prezentowała się dobrze, trzeba było więc spróbować! Zarezerwowaliśmy wcześniej telefonicznie miejsce pamiętając o tym, że w prywatnym klubie lista chętnych zawsze była spora i wchodząc "z ulicy" ciężko było się załapać, zabraliśmy sprzęt i pojechaliśmy. Miła pani portierka dała nam klucz, pokazała drzwi do szatni a potem zaprowadziła pokrętnymi korytarzami oraz przez trybuny do właściwego celu pokazując wejście do dużej przeszklonej sali z wciśniętym w kąt, wydzielonym dwoma szklanymi ścianami, boiskiem do squasha. Wtedy poczułem się jakbym cofnął się w czasie dobre trzydzieści lat...
Już w samej szatni było dziwnie. Była to zwykła szatnia sportowa dla zawodników grających na głównej hali, jednak nie to było w niej niezwykłe. Była 9 rano, szatnia nieotwierana od poprzedniego dnia, a atmosfera taka jakby przed chwilą przebierała się w niej drużyna rugby. A właściwie to gorzej, bo od poprzedniego dnia, smród, pot i wszystko co może wyprodukować duża liczba spoconych ciał jeszcze się rozłożyło. Nikt nie raczył w niej posprzątać, włączyć wentylację (o ile takowa istniała, nie zauważyłem), czy choćby uchylić drzwi. Żeby powstrzymać odruchy wymiotne musieliśmy przebierać się tuż przy otwartych na oścież drzwiach. Na szczęście cała odnoga korytarza była pusta - ani żywego ducha. Dalej było niewiele lepiej. Wielkie pomieszczenie, w którym utknęła salka do squasha śmierdziało mniej niż szatnia ze względu na spore rozmiary i pouchylane okna, jednak w powietrzu także było coś mocno nieświeżego co sprawiało, że gra stawała się trudna i męczyła. Może powodowały to niezmieniane od miesięcy wykładziny dywanowe, może zbite z gołych płyt wiórowych "ławki", które na pewno doskonale chłonęły wilgoć, a może nieczynny system wentylacji. W suficie wesoło gruchały gołębie w założonych dawno temu gniazdach, a gdy zaczęliśmy grę, do sali weszły dwie panie sprzątaczki. Nieśpiesznym krokiem przeszły się po sali, popatrzyły na nas jak na ufo, zjadły kanapki i poszły. Jak w filmie Barei... Samo boisko było raczej nowoczesne, ponieważ zapewne zostało w całości zakupione w firmie produkującej taki sprzęt. Państwowe firmy na szczęście nie produkują elementów sal do squasha! Jednak na tle reszty wyglądało jak nowoczesne radio wetknięte w deskę rozdzielczą Trabanta... Uciekliśmy stamtąd po pół godzinie gry, znosząc zdziwioną minę pani portierki mówiącą: "co tak szybko?", pół godziny to i tak za długo wg mnie...
Nie, to nie postindustrialna rudera, tylko obiekt przedstawiany w mediach jako perełka śląskiej infrastruktury sportowej, na której utrzymanie idą całkiem duże pieniądze. Ktoś, zapewne dla efektu medialnego i dla pokazania jak dużo "robi" dla miejskiego sportu, zdecydował że skoro jest moda na squasha, to musi być koniecznie salka i na MOSiRze. Do tego zdjęcia zrobione pod takim kątem aby nie widać było niczego poza samym boiskiem, absurdalna prośba na stronie www, aby rezerwować wcześniej miejsce telefonicznie, w sytuacji gdy kompletnie nikt z tego przybytku nie korzysta (nic dziwnego) i można sobie zapisać "osiągnięcie" oraz "dbanie o rozwój fizyczny młodzieży". Tak państwowi urzędnicy rozwijają sport.
Dla odmiany. W tej samej hali jeden z korytarzy podziemi wynajmuje prywatna siłownia, chadzam do niej od kilku miesięcy. Miejsce organizowane przez "prywaciarza" jest kompletnie odmienne od urzędniczego. Czyste korytarze (co rano można spotkać tam sprzątaczkę skrupulatnie myjącą podłogi, toalety, nawet przecierającą kurz z urządzeń), miłe panie przy wejściu, dobrze wyposażone sale, odpowiednia muzyka z głośników, sprawna wentylacja i porządna klimatyzacja (bardzo ważne gdy ćwiczy się w lecie!) i oczywiście czysta szatnia. I to pomimo, że to małe, ślepe pomieszczenie przez większość dnia oblegane jest przez spoconych bywalców siłowni wydzielających ogólnie mówiąc różne zapachy to nie ma większych problemów z czystością i smrodem. Jak widać da się takie miejsce utrzymać w normie. Wystarczy je przecież co pewien czas umyć i włączyć wentylację. To jest jak widać jednak za trudne dla państwowej placówki! Do tego siłownia jest raczej niedroga. Zastanawiam się, dlaczego nie wynajmą całej hali sportowej prywaciarzom? Acha, bo wtedy miasto straciłoby x-dziesiąt doskonałych posad dla rodzin znajomych radnych i władz miasta. Zasłużeni działacze, którzy nie dostali fuchy wprost w wyborach, muszą przecież się gdzieś podziać.
Drugi relikt, drogowy - następnym razem. Za dużo PRLu na raz to niezdrowo, można dostać niestrawności.
PS. Gdy znudziła nam się gra w dusznej salce postanowiliśmy zrobić sobie spacer po obiekcie. Zwiedzając salę w której ulokowano boisko do squasha natrafiliśmy na wiele dziwności. Jak to w muzeum. Co do jednego z obiektów mieliśmy przez dłuższą chwilę wątpliwości co to jest. Rozpadające się coś o rozmiarach kilka na kilka metrów, ni to podium, ni schodki, ni mata do ćwiczeń, okazało się po dokładnej inspekcji ringiem bokserskim w stanie daleko zaawansowanego rozkładu. Ciekawe po co tam stoi, bo do walk bokserskich już się nie nadaje. Może miasto zamierza zaprosić filmowców z Hollywood do kręcenia filmów akcji w rozpadających się postindustrialnych wnętrzach? A może to jednak faktycznie muzeum, a boisko do squasha trafiło tam przypadkiem? A może wszyscy urzędnicy miejscy powinni trafić do muzeum socjalizmu? Tam ich miejsce...
Etykiety:
absurdy,
biurokracja,
neosocjalizm,
prl,
socjalizm,
sport,
squash,
urzędasy
piątek, 22 marca 2013
Zjedz ciasteczko głupku!
Drodzy internauci. Nigdy nie uważałem was za idiotów, niepełnosprawnych umysłowo, którym trzeba zorganizować życie od A do Z i zadbać o wszystkie sprawy oraz pilnować prywatności. Niestety rząd oraz (p)osły z Wiejskiej twierdzą że jest inaczej. Nowelizując prawo telekomunikacyjne (dobre artykuły szczegółowe możecie przeczytać: na tym blogu i tutaj) siłą, przy okazji okradając mnie z czasu który muszę na to poświęcić, zobowiązali mnie do potraktowania was w ten sposób. W związku z tym UWAGA oświadczam: ta strona podobnie jak i ponad 90% stron w internecie, narusza waszą prywatność zapisując na waszych dyskach niegroźne pliki zwane ciasteczkami. W przypadku tego bloga służą do analizowania ruchu na stronie i statystyk odwiedzin. Możecie je sobie jeśli chcecie wyłączyć. Jak to zrobić, zapytajcie ministra Boniego, w końcu to minister cyfryzacji, wiemy więc że zna kilka cyfr, to może także rozumie konfigurację przeglądarek. A potem możecie już dalej w spokoju sprzedawać swoją prywatność na fejsbukach, tłiterach, dżimeilach i innych tego typu... Acha i nie zapomnijcie pomachać do operatora gugl strit wiu gdy sfotografuje wasz dom oraz pozdrowić operatorów echelona rozmawiając przez telefon...
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Teległupisie - odc. 1 "Wiadomości"
"Za górami ... za lasami ...
Teległupisie ... podzielą się z wami...
najnowszymi ... wiadomościami."
Tego dnia wypadał okres gdy Łinki-Tinki jak zwykle płacił część podatków. Robił to co miesiąc i pewnie doszedłby już do jako takiej rutyny gdyby kwota niezwiększała zmieniała się prawie za każdym razem. Na szczęście głupisiomputer miał pożyteczną funkcję - automatycznie wprowadzał właściwą sumę w pola przelewu i wszystko można było zrobić bez dłuższego zastanawiania przystawiając jedynie włochatą łapkę do czytnika potwierdzającego tożsamość. Ba, teległupisie nie raz nawet nie zwracały uwagi na to co właściwie potwierdzają. Tym razem Łinki-Tinki poczuł jednak, że coś jest nie tak: saldo po wykonaniu przelewu miało zmniejszyć się podejrzanie mocno. Zanim jednak swoim małym głupisiowym rozumkiem rozgryzł tę zagadkę... zaczęła się emisja jego ulubionego kanału. Pogłośnił więc swój telewizorek i wsłuchał się w głos ulubionego prezentera wiadomości.
Teległupisie ... podzielą się z wami...
najnowszymi ... wiadomościami."
Tego dnia wypadał okres gdy Łinki-Tinki jak zwykle płacił część podatków. Robił to co miesiąc i pewnie doszedłby już do jako takiej rutyny gdyby kwota nie
- Hejooł! Tu wasze ulubioneee njusy... - Prezenter przyjaźnie zamachał ręką, uśmiechnął się, wziął do ręki kartkę i począł czytać wiadomości z telepromptera.
- PKB Mozambiku spadło w tym roku o 5% - to straszne wydarzenie powiedział rzecznik Rządu Gaweł Praś. Jednak na szczęście Rząd był zapobiegliwy i w naszym wspaniałym kraju taka katastrofa nie miała miejsca. Uff jak to dobrze żyć na zielonej wyspie - prezenter udał wielkie zafrasowanie i zmęczenie ocierając ręką nieistniejący pot z czoła.
- Uff - jak dobrze - zawtórował mu zafrapowany Łinki-Tinki.
- A teraz mrożące krew w żyłach sceny z kraju - rzekł ściszonym dramatycznie głosem prezenter, zmienił kartki, spojrzał się uważnie na
telepromptertwarze widzów i z wielką powagą oznajmił: w gospodarstwie państwa Krasińskich w Maciejowicach Małych krowa po zażyciu dopalaczy zaczęła dawać kwaśne mleko. - Po tej dramatycznej informacji pokazano krótki reportaż, a raczej migawkę różnych scenek bez komentarzy: przerażone krowy stłoczone w małej oborze walące kopytami o ziemię, brudny korytarz zaniedbanej kamienicy z najazdem kamery na róg ściany z walającymi się pod nią strzykawkami, bezdomnego śpiącego na kartonie, wreszcie czarny monitor z zieloną sinusoidą słabnącą stopniowo do płaskiej kreski. Łinki-Tinki zamarł z przerażenia.
- Na szczęście już po chwili na ekranie, przy wtórze kojącej muzyki, pokazała się skupiona lecz przyjazna twarz premiera Tonalda Duska. "Tak dalej być nie może!" - rzekł spokojnym, ale twardym i stanowczym głosem, po czym uderzył w nieco bardziej egzaltowany ton - "Walka z dopalaczami, to stan najwyższej konieczności. Nie damy tym ludziom oddechu. Osiągniemy sukces. Będzie wielki krzyk, że to co robimy, jest poza prawem. Ale tak jak na wojnie, będziemy działać nawet ocierając się o działanie na granicy prawa!"
- Premier zapowiedział likwidację wszystkich dopalaczosprzedawców w ciągu kilku miesięcy. To priorytet dla Rządu, dodał - dalsze plany Rządu objaśniał już szybkim, żołnierskim rytmem prezenter - To wielki sukces Rządu, powiedział Gaweł Praś, od teraz wszyscy rodacy będą nareszcie mogli spać spokojnie.
- To były najważniejsze wiadomości, za chwilę sport i prognoza pogody, a wasz ulubiony prezenter mówi wam Papaaa...
Wesołych Świąt
Wesołych, rodzinnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślności w Nowym Roku 2013, wszystkim gołębiom, kotom i zwyczajnym ludziom, życzy:
Kot w gołębniku
wtorek, 13 listopada 2012
Kapitalizm na 100%
Pomimo zalewu regulacji, horrendalnie wysokich podatków (pracownik na etacie oddaje rządowi 2/3 tego co wypracowuje), sztywnego kodeksu pracy i ogromnych obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, wielu osobom wciąż wydaje się, że doświadczamy obecnie dzikiego i nieskrępowanego wolnorynkowego kapitalizmu. Fakty temu przeczą. Trzeba oczywiście przyznać: nie jest to żaden komunizm, czy klasyczny socjalizm a la środkowy Gomułka, lecz państwowe interwencje w gospodarkę zachodzą na tyle daleko, że już widać ich klasyczne socjalistyczne patologie. W tym typowy dla socjalizmu niedobór podaży. Co, nie widać go? Nie widać, ale jest a paradoks ten wynika wyłącznie z tego, że nie wprowadzono jeszcze w większości branż ustawowych cen maksymalnych i niedobór podaży jest maskowany drożyzną. Jest tak w dużej części gospodarki, ale nie wszędzie, co za chwilę pokażę na kilku charakterystycznych przykładach.
Większość małych i średnich przedsiębiorstw, które nie żyją wyłącznie z dotacji unijnych, zamówień rządowych czy innej metody na okradanie podatników, boryka się z problemem wysokich kosztów pracy (ZUS!) i kosztów spełniania różnorakich rządowych regulacji (a to zawiła księgowość, a to użeranie z kontrolami pipów, czy sanepidów a to konieczne szkolenia i certyfikaty itp. itd.). W tej sytuacji przeżywają wyłącznie firmy posiadające na rynku taką pozycję, że ich moce produkcyjne wykorzystywane są w 100% (powiedzmy 95 i więcej). To dobrze - ktoś powie - przecież to jest sednem kapitalizmu aby przeżyli tylko najlepsi a inni zbankrutowali. Nie do końca. Oczywiście, że dobrze że kiepscy bankrutują, ale zwycięzcy powinni być bez ustanku weryfikowani przez nowe pokolenia młodych biznesmenów. W przeciwnym razie tracą motywację do dobrej obsługi klientów oraz presję na niskie ceny. A tymczasem ci młodzi mają poprzeczkę ustawioną na wysokości, którą są w stanie pokonać wyłącznie nieliczni. Dzisiejszy państwowy socjalizm postanowił nie likwidować całkiem prywatnej działalności, ale tak ją przystrzyc by istniały tylko firmy o prawie pełnym obłożeniu popytem. Zmniejsza to konkurencję i powoduje narastający niedobór podaży, bo firma która ma popyt na 100% swoich możliwości produkcyjnych musi odprawiać niektórych klientów z kwitkiem. Klasyczną reakcją jest więc: przedłużanie terminów i ustawianie klientów w kolejkach, podnoszenie cen oraz gorsza jakość serwisu i obsługi klienta. I stąd właśnie w Polsce, w ostatnich kilkunastu latach, w wielu branżach pojawiła się taka drożyzna.
Doskonałym przykładem są firmy wykonujące wszelkie zaawansowane technicznie instalacje. Nie chodzi o Zenka-złotą-rączkę co ma jedną rurkę do przymocowania na ścianie, ale zaawansowane i trochę trudniejsze usługi jak np. montaż pompy ciepła, rekuperatora, czy panela solarnego. Typowo firmy takie umawiają klientów na co najmniej kilka tygodni do przodu, a ceny tych usług, pomimo że ich popularność zwiększa się, systematycznie od kilku lat rosną rocznie o 5-10% co zdecydowanie przewyższa oficjalną inflację. Dlaczego więc do licha nie wejdzie w tę branżę fala młodych, drapieżnych biznesmenów i nie zrobi konkurencji? Przecież to prawdziwa żyła złota: marże wysokie, klienci odchodzą z kwitkiem albo czekają w kolejce jak w PRLu, nic tylko brać ich i zarabiać na nich. Niestety tak różowo nie jest. Pomijając już nawet konieczność zdobycia uprawnień czy certyfikatów, to jeżeli założysz małą firmę zatrudniająca 1-2 osoby, to przez pewien czas, zanim uda ci się zdobyć klientów, o ile nie masz mnóstwa pieniędzy na zmasowaną reklamę, musisz pogodzić się z nieregularnymi zleceniami, z trudem dobijającymi do 50-70% twoich mocy produkcyjnych. A ponieważ musisz płacić podatki i wynagrodzenia, to nie masz innego wyjścia jak dopłacać kilka miesięcy do interesu. A to znów wymaga zapasu gotówki. Zanim więc mała firma rozwinie się do w miarę stabilnego przedsięwzięcia, to zazwyczaj zbankrutuje, lecz nie przez brak umiejętności właściciela, lecz z powodu wysokich kosztów narzuconych przez rząd. Ba, przecież nawet za samego siebie przedsiębiorca będzie musiał płacić co miesiąc 1000zł na ZUS czy ma zysk czy nie. A co dalej? Nawet gdy zdobędzie strumień klientów odpowiadający jego możliwościom to czy będzie w stanie zrobić krok dalej i zatrudnić kolejne 2-3 osoby? Mało prawdopodobne, że uda się nagle zwiększyć liczbę klientów o 100% i pozostać nadal przy pełnym obłożeniu popytem, co oznacza że młoda firma musiałaby znów przeżyć okres niebezpiecznych turbulencji z dużą szansą na bankructwo nie ze swojej winy. Wielu przedsiębiorców nie ma ochoty na podejmowanie tego ryzyka i nie zatrudnia, co powoduje wzrost bezrobocia (pewnym złagodzeniem rygoru jest wyklinane przez biurokratów zatrudnianie na czarno czy równie atakowane umowy cywilnoprawne, są to jednak sztuczne obejścia patologii). Czy można się wobec tego dziwić, że ceny są wysokie, a większość działających na rynku przedsiębiorców ma klientów w głębokim poważaniu? Jeżeli działają, to znaczy że okopali się w dochodowych niszach otoczeni proszącymi się o usługę klientami. Ustał zaś prawie całkowicie, charakterystyczny dla wczesnych lat 90' atak młodych wilków na te dochodowe pozycje i nisze.
W takich momentach klasyczna i żelazna odpowiedź socjalistów to: "Jeśli przedsiębiorcę nie stać na zapłacenie tych kosztów/podatków/płac minimalnych/zdobycie regulacji/certyfikatów/pozwoleń to jest kiepskim biznesmenem i niech bankrutuje. Przyjdą inni, lepsi." Ta złośliwa odpowiedź jest jednocześnie podstępna, bo udaje że odnosi się do wartości wolnorynkowych - są słabi więc niech bankrutują. A tymczasem oni nie są słabi sami z siebie, tylko słaniają się na nogach po otrzymaniu na dzień dobry kilku ciosów od państwa. I robią dokładnie to czego od nich chcą socjaliści: przestają wyzyskiwać pracowników i klientów i likwidują firmy lub rezygnują z ich założenia jeszcze na etapie pomysłu. Po czym zostawiają nas na pastwę pojedynczych przedsiębiorstw, które na jałowym w konkurencję rynku stają się czasem na dużym obszarze geograficznym quasi monopolami. Ze wszystkimi wadami opisanymi w akapicie powyżej. A inni nie przychodzą, bo to już byli ci inni. Wtedy coraz częściej pojawia się znów rozbestwiony socjalista i bredzi "Wolny rynek nie sprawdza się w działalności X, jest drogo, klienci są źle obsługiwani, mnożą się oszuści, naciągacze i pazerne hieny. Państwo w tej działalności sprawdzi się lepiej."
Ciekawym jest, że jeśli tylko przypadek usuwa niedobór podaży, to nagle klient staje się faktycznie panem sytuacji i zyskuje niesamowite przywileje. Istnieją branże, w których dynamiczny rozwój techniczny bądź regularne podnoszenie się wydajności pracy zwiększa podaż produktów i usług (jeżeli zwiększa się "samoczynnie" wartość produkcji, to wartość podaży rośnie, np. jeżeli firma produkująca telefony wynajdzie lepszy model, który może wyprodukować w starej cenie, to oferuje klientowi w tej samej cenie "lepszą" jakościowo podaż a więc zwiększa jej wartość nie zmieniając wielkości produkcji, obrotu sprzedaży, czy cen). Typowo dotyczy to branży komputerowej i informatycznej. Spójrzcie jak od dwóch dekad moce komputerów rosną, a ich ceny maleją. Pomimo inflacji obecnie cena 1GB pamięci, czy 1GHz mocy procesora jest o rzędy wielkości niższa niż 10-15 lat temu. Inne firmy z kolei borykają się z nadpodażą z innych powodów. Trochę śmiesznym, ale ciekawym przykładem jest ... fryzjerstwo męskie. W połowie lat 90' (15 lat temu! młodzież niech w ramach pracy domowej obliczy o ile średnio wzrosły ceny od tego czasu) gdy chodziłem się ostrzyc, to płaciłem za tę usługę standardowo 10-12 zł w zależności od lokalizacji (centrum miasta - ok 2 zł drożej). Dziś... płacę dokładnie tyle samo. Jak to do licha jest w ogóle możliwe? Czy fryzjerzy nie zauważyli inflacji (w tym okresie w różnych latach od 3 nawet do 10% wg GUS) i nie płacą więcej pracownikom? Czy może pracownicy pracują za pół-darmo? Czy nie wzrosły koszty mediów? Nie podrożały czynsze za lokale? Czy nie wzrosły podatki? Czy właściciele nie płacą za siebie ZUSu 1000zł zamiast 500-600 jak 15 lat temu? Czy nie wzrósł VAT? Niemożliwe, że taka usługa jest nadal opłacalna. A jednak. Tajemnica tkwi w tym, że zakłady fryzjerskie utrzymują się prawie wyłącznie z fryzjerstwa damskiego, gdzie cena zwykłego uczesania to kilkadziesiąt złotych, a usługi dla mężczyzn są tylko dodatkiem świadczonym przy okazji tego, że i tak mają otwarty zakład i kilku pracowników, którzy jak już ten mężczyzna wejdzie z ulicy, to go ostrzygą i wezmą te 10zł. Zawsze lepiej niż zero. Ale to przecież jakaś paskudna dyskryminacja i seksizm, że kobieta musi zapłacić 3-4 razy więcej! Tylko czekać jak Unia Europejska przyjdzie i wyrówna! Hola, hola, nie tak prędko. Popyt na usługi fryzjerskie dla mężczyzn jest bardzo niski i bardzo chimeryczny. Większość mężczyzn chodzi do fryzjera sporadycznie bądź wcale a jeśli już, to prędzej samemu użyje maszynki niż zapłaci 40zł za strzyżenie. Słowem: podaż istnieje w prawie dowolnej wielkości i nie znika bo jest tworzona przy okazji innego biznesu, a popyt jest bardzo mały, niepewny, prawie go nie ma. Efektem są niziutkie, dumpingowe ceny. A jeśli przyjedzie walec, tzn. Unia i wyrówna? To wtedy albo ceny fryzjerstwa męskiego wzrosną efektem czego będzie prawie całkowity zanik popytu i tym samym wykonywania tej usługi (nieliczni czasem się skuszą, ale obrót w tej branży spadnie zapewne o ponad 90%), albo jeśli Unia ustanowi maksymalne ceny damskich fryzjerów nastąpi powrót do głębokiego PRLu czyli zamknięcie większości prywatnych zakładów i przejście fryzjerstwa damskiego na garnuszek państwa (czyli "puste półki' = kiepski dostęp do usług o beznadziejnej jakości, być może kartki na co lepsze usługi). Prywatny fryzjer nie da bowiem rady utrzymać się strzygąc kobiety i mężczyzn za 10zł.
Przyczyny drożyzny mają też czasem czysto bezpośrednie źródło podatkowe. Typowe przykłady to benzyna (ponad połowa ceny to podatki) czy alkohol. Oto producent piwa Żywiec dość bezpośrednio wskazał winnego wysokiej ceny piwa przypominając, że 40% ceny to podatki. Czyli drogi konsumencie: piwo kosztujące w sklepie 3,33zł zawiera tylko 2zł kosztów produkcji, dystrybucji czy reklamy. 1,33zł od razu zabiera rząd (jakby zabierał ci już mało z pensji). Nic tylko ważyć samemu, gdzie wysokiej jakości złoty trunek można bez problemu, przy minimalnym wysiłku, uzyskać za 1zł (inaczej: 2zł za litr). Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że wolny rynek mamy tylko z nazwy? Chyba że chodzi o jego prędkość...
Na koniec proszę sobie pokreślić wężykiem w kajetach: Duża konkurencja = niskie ceny. Nadpodaż = niskie ceny. Niska konkurencja = niedobór podaży. Regulacje = niska konkurencja = niedobór podaży = wysokie ceny i kiepska obsługa klienta. Regulacje + Ceny maksymalne = zanik podaży = puste półki = PRL. Regulacje + brak ograniczeń cenowych = stabilizacja popytu i podaży przy małym obrocie i wysokich cenach = drożyzna. Howgh.
Większość małych i średnich przedsiębiorstw, które nie żyją wyłącznie z dotacji unijnych, zamówień rządowych czy innej metody na okradanie podatników, boryka się z problemem wysokich kosztów pracy (ZUS!) i kosztów spełniania różnorakich rządowych regulacji (a to zawiła księgowość, a to użeranie z kontrolami pipów, czy sanepidów a to konieczne szkolenia i certyfikaty itp. itd.). W tej sytuacji przeżywają wyłącznie firmy posiadające na rynku taką pozycję, że ich moce produkcyjne wykorzystywane są w 100% (powiedzmy 95 i więcej). To dobrze - ktoś powie - przecież to jest sednem kapitalizmu aby przeżyli tylko najlepsi a inni zbankrutowali. Nie do końca. Oczywiście, że dobrze że kiepscy bankrutują, ale zwycięzcy powinni być bez ustanku weryfikowani przez nowe pokolenia młodych biznesmenów. W przeciwnym razie tracą motywację do dobrej obsługi klientów oraz presję na niskie ceny. A tymczasem ci młodzi mają poprzeczkę ustawioną na wysokości, którą są w stanie pokonać wyłącznie nieliczni. Dzisiejszy państwowy socjalizm postanowił nie likwidować całkiem prywatnej działalności, ale tak ją przystrzyc by istniały tylko firmy o prawie pełnym obłożeniu popytem. Zmniejsza to konkurencję i powoduje narastający niedobór podaży, bo firma która ma popyt na 100% swoich możliwości produkcyjnych musi odprawiać niektórych klientów z kwitkiem. Klasyczną reakcją jest więc: przedłużanie terminów i ustawianie klientów w kolejkach, podnoszenie cen oraz gorsza jakość serwisu i obsługi klienta. I stąd właśnie w Polsce, w ostatnich kilkunastu latach, w wielu branżach pojawiła się taka drożyzna.
Doskonałym przykładem są firmy wykonujące wszelkie zaawansowane technicznie instalacje. Nie chodzi o Zenka-złotą-rączkę co ma jedną rurkę do przymocowania na ścianie, ale zaawansowane i trochę trudniejsze usługi jak np. montaż pompy ciepła, rekuperatora, czy panela solarnego. Typowo firmy takie umawiają klientów na co najmniej kilka tygodni do przodu, a ceny tych usług, pomimo że ich popularność zwiększa się, systematycznie od kilku lat rosną rocznie o 5-10% co zdecydowanie przewyższa oficjalną inflację. Dlaczego więc do licha nie wejdzie w tę branżę fala młodych, drapieżnych biznesmenów i nie zrobi konkurencji? Przecież to prawdziwa żyła złota: marże wysokie, klienci odchodzą z kwitkiem albo czekają w kolejce jak w PRLu, nic tylko brać ich i zarabiać na nich. Niestety tak różowo nie jest. Pomijając już nawet konieczność zdobycia uprawnień czy certyfikatów, to jeżeli założysz małą firmę zatrudniająca 1-2 osoby, to przez pewien czas, zanim uda ci się zdobyć klientów, o ile nie masz mnóstwa pieniędzy na zmasowaną reklamę, musisz pogodzić się z nieregularnymi zleceniami, z trudem dobijającymi do 50-70% twoich mocy produkcyjnych. A ponieważ musisz płacić podatki i wynagrodzenia, to nie masz innego wyjścia jak dopłacać kilka miesięcy do interesu. A to znów wymaga zapasu gotówki. Zanim więc mała firma rozwinie się do w miarę stabilnego przedsięwzięcia, to zazwyczaj zbankrutuje, lecz nie przez brak umiejętności właściciela, lecz z powodu wysokich kosztów narzuconych przez rząd. Ba, przecież nawet za samego siebie przedsiębiorca będzie musiał płacić co miesiąc 1000zł na ZUS czy ma zysk czy nie. A co dalej? Nawet gdy zdobędzie strumień klientów odpowiadający jego możliwościom to czy będzie w stanie zrobić krok dalej i zatrudnić kolejne 2-3 osoby? Mało prawdopodobne, że uda się nagle zwiększyć liczbę klientów o 100% i pozostać nadal przy pełnym obłożeniu popytem, co oznacza że młoda firma musiałaby znów przeżyć okres niebezpiecznych turbulencji z dużą szansą na bankructwo nie ze swojej winy. Wielu przedsiębiorców nie ma ochoty na podejmowanie tego ryzyka i nie zatrudnia, co powoduje wzrost bezrobocia (pewnym złagodzeniem rygoru jest wyklinane przez biurokratów zatrudnianie na czarno czy równie atakowane umowy cywilnoprawne, są to jednak sztuczne obejścia patologii). Czy można się wobec tego dziwić, że ceny są wysokie, a większość działających na rynku przedsiębiorców ma klientów w głębokim poważaniu? Jeżeli działają, to znaczy że okopali się w dochodowych niszach otoczeni proszącymi się o usługę klientami. Ustał zaś prawie całkowicie, charakterystyczny dla wczesnych lat 90' atak młodych wilków na te dochodowe pozycje i nisze.
W takich momentach klasyczna i żelazna odpowiedź socjalistów to: "Jeśli przedsiębiorcę nie stać na zapłacenie tych kosztów/podatków/płac minimalnych/zdobycie regulacji/certyfikatów/pozwoleń to jest kiepskim biznesmenem i niech bankrutuje. Przyjdą inni, lepsi." Ta złośliwa odpowiedź jest jednocześnie podstępna, bo udaje że odnosi się do wartości wolnorynkowych - są słabi więc niech bankrutują. A tymczasem oni nie są słabi sami z siebie, tylko słaniają się na nogach po otrzymaniu na dzień dobry kilku ciosów od państwa. I robią dokładnie to czego od nich chcą socjaliści: przestają wyzyskiwać pracowników i klientów i likwidują firmy lub rezygnują z ich założenia jeszcze na etapie pomysłu. Po czym zostawiają nas na pastwę pojedynczych przedsiębiorstw, które na jałowym w konkurencję rynku stają się czasem na dużym obszarze geograficznym quasi monopolami. Ze wszystkimi wadami opisanymi w akapicie powyżej. A inni nie przychodzą, bo to już byli ci inni. Wtedy coraz częściej pojawia się znów rozbestwiony socjalista i bredzi "Wolny rynek nie sprawdza się w działalności X, jest drogo, klienci są źle obsługiwani, mnożą się oszuści, naciągacze i pazerne hieny. Państwo w tej działalności sprawdzi się lepiej."
Ciekawym jest, że jeśli tylko przypadek usuwa niedobór podaży, to nagle klient staje się faktycznie panem sytuacji i zyskuje niesamowite przywileje. Istnieją branże, w których dynamiczny rozwój techniczny bądź regularne podnoszenie się wydajności pracy zwiększa podaż produktów i usług (jeżeli zwiększa się "samoczynnie" wartość produkcji, to wartość podaży rośnie, np. jeżeli firma produkująca telefony wynajdzie lepszy model, który może wyprodukować w starej cenie, to oferuje klientowi w tej samej cenie "lepszą" jakościowo podaż a więc zwiększa jej wartość nie zmieniając wielkości produkcji, obrotu sprzedaży, czy cen). Typowo dotyczy to branży komputerowej i informatycznej. Spójrzcie jak od dwóch dekad moce komputerów rosną, a ich ceny maleją. Pomimo inflacji obecnie cena 1GB pamięci, czy 1GHz mocy procesora jest o rzędy wielkości niższa niż 10-15 lat temu. Inne firmy z kolei borykają się z nadpodażą z innych powodów. Trochę śmiesznym, ale ciekawym przykładem jest ... fryzjerstwo męskie. W połowie lat 90' (15 lat temu! młodzież niech w ramach pracy domowej obliczy o ile średnio wzrosły ceny od tego czasu) gdy chodziłem się ostrzyc, to płaciłem za tę usługę standardowo 10-12 zł w zależności od lokalizacji (centrum miasta - ok 2 zł drożej). Dziś... płacę dokładnie tyle samo. Jak to do licha jest w ogóle możliwe? Czy fryzjerzy nie zauważyli inflacji (w tym okresie w różnych latach od 3 nawet do 10% wg GUS) i nie płacą więcej pracownikom? Czy może pracownicy pracują za pół-darmo? Czy nie wzrosły koszty mediów? Nie podrożały czynsze za lokale? Czy nie wzrosły podatki? Czy właściciele nie płacą za siebie ZUSu 1000zł zamiast 500-600 jak 15 lat temu? Czy nie wzrósł VAT? Niemożliwe, że taka usługa jest nadal opłacalna. A jednak. Tajemnica tkwi w tym, że zakłady fryzjerskie utrzymują się prawie wyłącznie z fryzjerstwa damskiego, gdzie cena zwykłego uczesania to kilkadziesiąt złotych, a usługi dla mężczyzn są tylko dodatkiem świadczonym przy okazji tego, że i tak mają otwarty zakład i kilku pracowników, którzy jak już ten mężczyzna wejdzie z ulicy, to go ostrzygą i wezmą te 10zł. Zawsze lepiej niż zero. Ale to przecież jakaś paskudna dyskryminacja i seksizm, że kobieta musi zapłacić 3-4 razy więcej! Tylko czekać jak Unia Europejska przyjdzie i wyrówna! Hola, hola, nie tak prędko. Popyt na usługi fryzjerskie dla mężczyzn jest bardzo niski i bardzo chimeryczny. Większość mężczyzn chodzi do fryzjera sporadycznie bądź wcale a jeśli już, to prędzej samemu użyje maszynki niż zapłaci 40zł za strzyżenie. Słowem: podaż istnieje w prawie dowolnej wielkości i nie znika bo jest tworzona przy okazji innego biznesu, a popyt jest bardzo mały, niepewny, prawie go nie ma. Efektem są niziutkie, dumpingowe ceny. A jeśli przyjedzie walec, tzn. Unia i wyrówna? To wtedy albo ceny fryzjerstwa męskiego wzrosną efektem czego będzie prawie całkowity zanik popytu i tym samym wykonywania tej usługi (nieliczni czasem się skuszą, ale obrót w tej branży spadnie zapewne o ponad 90%), albo jeśli Unia ustanowi maksymalne ceny damskich fryzjerów nastąpi powrót do głębokiego PRLu czyli zamknięcie większości prywatnych zakładów i przejście fryzjerstwa damskiego na garnuszek państwa (czyli "puste półki' = kiepski dostęp do usług o beznadziejnej jakości, być może kartki na co lepsze usługi). Prywatny fryzjer nie da bowiem rady utrzymać się strzygąc kobiety i mężczyzn za 10zł.
Przyczyny drożyzny mają też czasem czysto bezpośrednie źródło podatkowe. Typowe przykłady to benzyna (ponad połowa ceny to podatki) czy alkohol. Oto producent piwa Żywiec dość bezpośrednio wskazał winnego wysokiej ceny piwa przypominając, że 40% ceny to podatki. Czyli drogi konsumencie: piwo kosztujące w sklepie 3,33zł zawiera tylko 2zł kosztów produkcji, dystrybucji czy reklamy. 1,33zł od razu zabiera rząd (jakby zabierał ci już mało z pensji). Nic tylko ważyć samemu, gdzie wysokiej jakości złoty trunek można bez problemu, przy minimalnym wysiłku, uzyskać za 1zł (inaczej: 2zł za litr). Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że wolny rynek mamy tylko z nazwy? Chyba że chodzi o jego prędkość...
Na koniec proszę sobie pokreślić wężykiem w kajetach: Duża konkurencja = niskie ceny. Nadpodaż = niskie ceny. Niska konkurencja = niedobór podaży. Regulacje = niska konkurencja = niedobór podaży = wysokie ceny i kiepska obsługa klienta. Regulacje + Ceny maksymalne = zanik podaży = puste półki = PRL. Regulacje + brak ograniczeń cenowych = stabilizacja popytu i podaży przy małym obrocie i wysokich cenach = drożyzna. Howgh.
Etykiety:
gospodarka,
kapitalizm,
neosocjalizm,
przedsiębiorcy,
socjalizm
Subskrybuj:
Posty (Atom)