piątek, 28 stycznia 2011

Ostracyzm albo o konsekwencjach kanibalizmu

W tym poście pisałem pokrótce o podstawach libertarianizmu. Pora na pewien ciąg dalszy. Interesującym aspektem tego nurtu ideowego jest to, że nie jest on sprzeczny z wieloma innymi światopoglądami. Libertarianinem może być zarówno ateista jak i człowiek głęboko wierzący. Wykluczeni są co najwyżej socjaliści (na własne życzenie)... W ujęciu ogólnym jest to po prostu pewna postawa życiowa i tego właśnie chciałbym się trzymać używając tego terminu na blogu. Oczywiście istnieje wiele mniej lub bardziej radykalnych odmian libertarianizmu, jak również wiele odłamów i ideologii nawiązujących do niego bardziej, mniej lub prawie wcale. Istnieją tomiszcza opracowań teoretycznych na ten temat, studia na temat podnurtów i wywody na temat odłamów itd. Nie będę jednak wgłębiać się tak dalece w teorię ponieważ moim zamiarem nie jest pisanie rozprawy doktorskiej o doktrynach ideologicznych XXIw. Krótko: libertarianizm jako postawa oznacza w praktyce poszanowanie niezależności jednostki, jej wolności ale i wzięcie odpowiedzialności za własne wolne czyny oraz poszanowanie prywatnej własności.

Libertarianizm nie oznacza zaniku grup społecznych i więzi międzyludzkich. Jedynym ważnym jego założeniem jest DOBROWOLNOŚĆ uczestnictwa w takich grupach. Jest to idea kładąca nacisk na ważność jednostki jako nadrzędnego podmiotu, jednak nie tylko nie stoi w sprzeczności w budowaniu przez nią relacji społecznych, ale okazuje się nawet, że najlepiej działa właśnie w małych, liberalnie do życia nastawionych społecznościach. Takich jak: wieś, kilka ulic w mieście, mała firma, rodzina itp. Ze względu na dobrowolność i wspólnotę interesów grupy takie w libertariańskim świecie funkcjonowałyby znakomicie i stanowiły podstawę zdrowego społeczeństwa. Ważne jest przy tym by dominująca część społeczeństwa chciała żyć w zgodzie z libertarianizmem a nie kolektywnym socjalizmem. Jak ważne są te małe społeczności wykażę w dalszej części artykułu.


Spośród wielu zarzutów mających udowodnić, że libertarianizm jest w ogóle jak i w szczególe szaloną ideą jeden jest interesujący. Jest egzotyczny ale i na swój sposób wyrafinowany. Warto omówić go szerzej i obalić pewien mit, ponieważ może mieć to zastosowanie wobec całej klasy podobnych argumentów. Jest to... podejście wobec kanibalizmu. Krytycy libertarianizmu podają za przykład człowieka, który przed swoją śmiercią podpisuje zgodę na to, że jego znajomy może po jego naturalnej śmierci zjeść jego ciało. Brzmi to obrzydliwie, ale... jeśli tylko obydwaj nie stworzą tym czynem zagrożenia epidemiologicznego dla innych osób, to nie powinno w libertariańskim świecie istnieć formalne prawo zabraniające tego (wszak wg doktryny libertariańskiej człowiek jest właścicielem swojego ciała). Formalnie tak! Ale w praktyce jest ciut inaczej... Argument ten (lub podobny) jest czasem używany w celu wykazania, że świat libertariański (w szczególności w odmianie anarchokapitalistycznej) byłby piekłem na ziemi, w którym ludzie zjadaliby się nawzajem, mordowali, niczego nie tworzyli i nie budowali, na ulicach padałyby "strzały z nikąd", panowała okropna anarchia i cały ten system po prostu nie zadziałałby. Otóż zadziałałby. Zadziałałby ze względu na lokalne społeczności, ich tradycje, zwyczaje i kulturę. A także ze względu na to, że zwyczajnie ludzie nie lubią kanibali i nie akceptują w swoim otoczeniu. Oto jakby mogło to wyglądać...

Załóżmy, że do Cichej Wioski przyjeżdża kanibal. Nikt jednak nie wie o upodobaniach przybysza, dlatego bez przeszkód udaje mu się osiedlić w okolicy. Gdyby mieszkańcy wiedzieli o jego skłonnościach zapewne nie chcieliby sprzedać mu ziemi, ale nawet wtedy ktoś, kto wyprowadzałby się właśnie ze wsi i nie miał więcej żadnego wspólnego interesu z jej mieszkańcami, mógłby sprzedać mu nieruchomość. Społeczność nie ma więc żadnego sposobu by temu zapobiec (wszelkie nielibertariańskie metody takie jak zabicie przybysza nie liczą się - nie bierzemy ich pod uwagę). Jednak społeczność dowiedziawszy się o jego skłonnościach może zmienić jego życie w piekło przy zastosowaniu wyłącznie etycznych i liberalnych metod. Przede wszystkim żaden mieszkaniec wioski nie zechce utrzymywać kontaktów z kanibalem. Ludzie raczej będą spluwać na jego widok pod nogi niż pozdrawiać i podawać rękę. Lokalny lekarz odmówi jemu i jego rodzinie leczenia. Sprzedawcy w sklepach widząc go w drzwiach swoich biznesów prędzej przeładują broń i wymownym gestem wyproszą delikwenta niż sprzedadzą cokolwiek. Nie będzie nawet mowy, by lokalna szkoła przyjęła dzieci kanibala do nauki (rodzice zagrożą wycofaniem uczniów gdyby szkoła chciała coś takiego zrobić, a to zagroziłoby jej bankructwem). Lokalny bank nie udzieli pożyczki, wiejska ochotnicza straż pożarna nie ugasi pożaru, straż sąsiedzka nie będzie pilnować jego dobytku. Firma wodociągowa odmówi dostarczenia wody, a elektrownia prądu. Kanibalowi nikt nie będzie mógł zrobić krzywdy jeśli tylko nie będzie próbował rozkopywać grobów na cmentarzu, czy zjadać ciał ludzi bez ich zgody. Ale jeśli będzie chciał zamieszkać w Cichej Wiosce będzie musiał wykopać sobie studnię, zbudować wiatrak i produkować samemu żywność, odzież oraz wszelkie inne dobra. I praktycznie nie opuszczać swojej posiadłości. Jeśli ulice będą również prywatne, to kanibal może mieć naprawdę DUUŻY problem. Poprowadzi życie pustelnika, wyrzutka i odszczepieńca jedząc korzonki rosnące wokół swojego domu. I w praktyce prędzej wyniesie się z okolicy, lub błagając mieszkańców na kolanach o wybaczenie porzuci swój wstrętny proceder, niż da radę żyć w ten sposób. A jeśli jednak da radę (mistrz survivalu :), to mieszkańcy będą mieć czyste sumienie oraz nie będą wystawiani na nieprzyjemność kontaktów z delikwentem. A gdy tylko zbliży się do miejscowej kostnicy zastrzelą bez pytania... Ostatecznie zaś kanibal może zrobić też wszystko, by jego skłonność nigdy nie wyszła na światło dzienne. I z punktu widzenia ludzi we wsi będzie wtedy tak jakby on wcale tym kanibalem nie był ponieważ w żaden sposób nie będzie to czynić im szkody ani nie będą czuć obrzydzenia związanego ze świadomością jego procederu...

Siła ostracyzmu lokalnej społeczności jest wielka. W dobrze zorganizowanej społeczności kanibale mają małe szanse. Mogą co najwyżej próbować założyć własną wioskę, oddaloną od innych siedzib ludzkich (jednakże inne społeczności nie będą z nimi handlować) albo znaleźć miejsce, w którym społeczność jest na tyle słabo zorganizowana, że nie zareaguje. W takiej społeczności jednak ty i ja nie będziemy chcieli mieszkać...

Przykład wydaje się groteskowy i egzotyczny. Jednak wcale taki nie jest. Szybko zaczyna nabierać nowych znaczeń, gdy za kanibalizm zaczniemy podkładać inne, mniej odstręczające i egzotyczne zjawiska lub zwyczaje. Skoro społeczność legalnie i zgodzimy się chyba, zgodnie z etyką (wszak każdy reaguje jedynie w zakresie własnej prywatnej własności jaką dla sklepikarza jest sklep, a dla właściciela elektrowni - elektrownia) może pozbyć się kanibala, to dlaczego nie (uwaga strzelam) np. bigamisty, azjaty, czy powiedzmy głuchoniemego? Albo piegowatego, mańkuta czy człowieka o ponadprzeciętnym wzroście? No cóż, tu zaczyna się hipokryzja współczesnego świata. W naszym rządzonym przez totalitarystów świecie nie może. Jest to zabronione i nie działa jak na przykładzie powyżej. "Wrażliwym społecznie" władzom sen z powiek spędza fakt, że mieszkańcy Cichej Wsi mogliby nie zaakceptować w swoim otoczeniu osobę o innym kolorze skóry czy innej orientacji seksualnej. A żeby kanibalizm nie uchodził na sucho, to ten i wiele innych procederów muszą skodyfikować w postaci przepisów i zaangażować kosztowny aparat ścigania do weryfikowania tego. Przy okazji władze zabraniają wielu rzeczy, które dla niej są po prostu wygodne (np. odbierając ludziom prawo do posiadania broni wprowadzają swój monopol na stosowanie przemocy). A żeby wyrugować kanibalizm i inne złe zachowania wystarczyło przecież zdać się na lokalne społeczności, bo ile znajdzie się wsi akceptujących kanibalizm? I tak to przez stulecia działało... Jednak wtedy pewne niepoprawne politycznie zachowania nie byłyby przez rządy sterowalne. Ale czy to na pewno jest problem? Spójrzmy: mańkuci są generalnie przez społeczeństwo akceptowani, więc jeśli mieszkańcy Cichej Wsi okażą się dziwakami nienawidzącymi mańkutów, to ci po prostu nie muszą się w tej okolicy osiedlać. Mieszkańcy Średniej Wsi powitają z otwartymi rękami wszystkich tych pracowitych i uczciwych leworęcznych, którzy przyjadą do nich z Cichej Wsi. A jeśli nawet nie, to jest ich (mańkutów) dość by utworzyć liczne własne społeczności.

Przyjrzymy się temu jeszcze raz dokładniej, bo to ważne! Lewicowi zwolennicy kolektywizmu krzyczą, że tego typu zachowania (ostracyzm mniejszości przez lokalne społeczności) to dyskryminacja. Jest to nieprawda. Jeśli ktoś tu kogoś dyskryminuje, to w dzisiejszym świecie są to krzykliwe mniejszości dyskryminujące społeczeństwo. Mieszkańcy Cichej Wsi nie dyskryminują kanibali. Wszak każdy z nas ma prawo do nieutrzymywania kontaktów z osobą, z którą utrzymywać ich sobie nie życzy. Można to przedstawić tak jak mógłby odpowiedzieć kanibalowi kulturalny sklepikarz: "Nienawidzę Pana i mam do tego prawo jako wolny człowiek, ale w żaden sposób nie naruszę Pana nietykalności cielesnej, prywatnej własności ani wolności osobistej. Ale mam prawo nie sprzedać Panu swoich dóbr, nie wpuścić na teren mojej własności oraz nie oferować swoich usług. Zmuszenie mnie do tego przez Pana lub większość społeczeństwa reprezentowaną przez rząd i uchwalone przez niego prawo byłoby poważnym naruszeniem MOJEJ WOLNOŚCI. Żegnam." I zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie gotowi są akceptować takie zachowanie wobec kanibali a nie np. wobec mniejszości etnicznych czy seksualnych. TO JEST DOKŁADNIE TO SAMO! Po prostu mniej ludzi akceptuje kanibalizm niż np. homoseksualizm. Ale dajmy na to lekarz, jako wolny człowiek, ma prawo odmówić leczenia tak kanibalowi jak np. homoseksualiście, a to, że pozostałych dwóch lekarzy we wsi sądzi podobnie to nie jest problem tego lekarza. Zmuszenie go do świadczenia usług przymusem oznaczałoby zniewolenie go, czyli kradzież jego wolności osobistej. Niewolnictwo jest zaś jedną z trzech podstawowych zbrodni wg idei libertarianizmu (obok kradzieży i morderstwa). Niestety we współczesnym świecie wszyscy jesteśmy niewolnikami...

Uff, rozpisałem się, ale to dlatego, że z góry wiem iż temat ten może wzbudzić kontrowersje i chcę aby sprawa była jasna: jednostka jak i społeczność ma prawo do swobodnego wyboru tego z kim utrzymuje kontakty oraz wymienia dobra materialne i usługi. I właśnie dlatego oparcie się na lokalnych społecznościach oraz ich wierzeniach, tradycjach, kulturze i tego co społeczności te akceptują a czego nie (świetne angielskie określenie likes and dislikes) może być kręgosłupem libertariańskiego społeczeństwa. Niektóre takie społeczności mogą nie akceptować niektórych zachowań, ale trzeba pamiętać, że społeczności te w wolnym świecie będą ze sobą nieustannie konkurować na wielu polach. Jeśli jedna z nich nie przyjmie więc uczciwych i pracowitych mańkutów, to prawie na pewno zrobi to dla zysku inna, dzięki czemu osoby z nieszkodliwymi społecznie dziwactwami wzbogacą społeczeństwo nikogo przy tym nie zmuszając do niechcianych kontaktów ze sobą.

Podsumowując można powiedzieć, że naczelną zasadą libertarianizmu przewijającą się podskórnie w całym tym artykule jest brak przymusu. Przymus oznacza bowiem utratę wolności osobistej. Antydyskryminacyjne roszczenia mniejszości nie są żadnym usprawiedliwieniem dla łamania tego podstawowego prawa wolnego człowieka!

A teraz zadanie domowe :) Które z poniższych uchwalonych w Polsce przepisów stoją w sprzeczności z zasadą braku przymusu?
  • Zakaz handlu dopalaczami.
  • Zakaz prowadzenia gier hazardowych w internecie.
  • Płaca minimalna.
  • Tzw. ustawa antydyskryminacyjna nakazująca płacenie tej samej stawki za tą samą pracę różnym osobom, w tym także na umowach o dzieło i samozatrudnieniu.
  • Ta sama ustawa zabraniająca odmowy sprzedaży produktu pewnej grupie klientów jeśli produkt sprzedawany jest publicznie.
  • Zakaz handlu w niektóre święta.
  • Zakaz palenia w restauracjach.

środa, 5 stycznia 2011

Koniec damskich fryzjerów

Tytuł jest nieco przewrotny - artykuł nie jest bowiem o fryzjerstwie, lecz (jak zwykle :( ) o biurokracji, głupocie i neosocjalizmie unijnym...
Wielokrotnie zwracałem już uwagę na to, że wolny rynek w Europie nie jest za bardzo wolny. Tak wiele rzeczy jest regulowanych przez kodeksy, rozporządzenia i ustawy oraz poddawanych rozlicznym i uciążliwym kontrolom, że określenie "wolny" pasuje jak wół do karety, albo oznacza raczej "wolno działający". Jednak datę 1 stycznia 2011 (bardzo ładnie wyglądające 01.01.11) warto zapamiętać. Może za wiele lat historycy uznają ją za przekroczenie pewnej cienkiej linii od której umownie zaczęła się inna epoka?

Oto bowiem tego dnia weszła w życie ustawa, która uczyni nas wszystkich szczęśliwymi, równymi i niedyskryminowanymi, a dokładniej mówiąc:
  • Ograniczone zostaje zawieranie umów cywilnoprawnych. Zleceniobiorca w tym także osoba samozatrudniona (czyli przedsiębiorca) może oskarżyć zleceniodawcę o nierówne traktowanie i domagać się odszkodowania jeśli tylko ten zlecił innemu zleceniobiorcy te same czynności oferując lepsze warunki.
  • Znika swoboda w wyborze klienteli. Każdy kto oferuje publicznie usługi bądź sprzedaje publicznie towary nie ma prawa ograniczać dostępu do nich osobom o jakichś wybranych cechach.
Dzięki tym absurdom może dojść do sytuacji w której:
  • Agencja modelek nie będzie mogła płacić więcej ładniejszej modelce.
  • Gazeta będzie musiała zapłacić identyczną stawkę każdemu dziennikarzowi czy fotografowi.
  • Klub piłkarski (nie ma że boli) będzie musiał płacić wszystkim piłkarzom identyczne stawki.
  • Firma korzystająca z usług outsourcingowych (czyli zawierająca umowy z innymi firmami!) takich jak choćby: katering, sprzątanie, księgowość, ochrona, czy informatyka będzie musiała uważać aby przypadkiem nie zapłacić jednemu z kilku zleceniodawców mniej, w tym żeby nie zapłacić mniej niż za pracę własnych pracowników.
  • Fryzjer damski i inne usługi "tylko dla" będą nielegalne. W przypadku fryzjerów pozostanie tylko unisex.
Uff.. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że praca jest w Europie reglamentowana i rząd wtrąca się w swobodę zawierania umów o pracę między przedsiębiorcą a pracownikiem (którzy rzekomo obydwaj są wolnymi ludźmi) zabraniając wielu zapisów na które obie strony mogą się chętnie godzić. Teraz dodatkowo pewne umowy między dwoma przedsiębiorcami mogą okazać się nielegalne.

Jak szaleć, to konsekwentnie. Teraz czekamy kiedy Unia weźmie w obronę np. karłów chcących grać w koszykówkę, łysych pragnących reklamować szampon na porost włosów, albo np. nakaże by wszystkie sklepy spożywcze sprzedawały towary w tej samej cenie aby nie dyskryminować klientów. Ups... to ostatnie w Polsce już miało miejsce przed 20 laty...

wtorek, 28 grudnia 2010

Prawo dla prawników, ziemia dla ziemniaków...

W trakcie korzystania z usług PKP wpadła mi w ręce Rzeczpospolita (zanim jeszcze mój wagon doznał awarii ogrzewania - PKP jak zwykle zadbała o uatrakcyjnienie podróży). Wśród mnóstwa mniej i bardziej interesujących artykułów moją uwagę zwrócił dodatek zawierający treść ustawy o podatku dochodowym (PIT). Pomyślałem sobie w tym momencie "O! Zobaczę co tam (p)osły naszykowały na kolejny rok." Niestety... załamałem się widząc objętość tej radosnej twórczości - 3-godzinna podróż byłaby za krótka na choćby pobieżne przestudiowanie całości nie mówiąc już o uważnym przeczytaniu. Całość rozciągała się na dobre kilkanaście stron (a przecież RZ ma całkiem spory format i całkiem małą czcionkę), na co musiało złożyć się wiele fascynującej treści jak sądzę, gdyż kątem oka zauważyłem tabelki nie-wiem-do-czego-służące, ale zawierające takie frapujące rekordy jak "lisy", "jenoty", "nutrie w stadzie do 50 sztuk samic" "nutrie w stadzie powyżej 50 sztuk samic" czy "hodowla jedwabników" (natychmiast przypomniały mi się słowa B. Łazuki z filmu "Chłopaki nie płaczą":  "A może jeszcze k*** zajmiesz się hodowlą jedwabników?" Jak widać nie tak łatwo zająć się tą hodowlą jedwabników :) )...

Polscy (p)osłowie w tworzeniu biurokracji doganiają już pomału dzielnych chłopców z Unii próbujących zdefiniować wzdłuż i wszerz cały świat (co czasem kończy się np. zaliczeniem ślimaka do ryb). Choć nie, wróć. Idę o zakład, że 90% (p)osłów polskich nie zna treści tej ustawy. Napisało ją lobby prawników i doradców podatkowych, minister finansów dodał kilka zapisów zgodnych z interesem Rządu i Partii a (p)osłowie aby nie stracić ciepłych diet podnieśli automatycznie rączki na TAK (za złamanie dyscypliny mogliby wszak dostać w kolejnych wyborach wylot z pierwszych miejsc list). Różnie mówią o sejmowych lobbystach, ale przykład tej ustawy i analiza wielu innych każą domniemywać, że właśnie ta grupa lobbuje najskuteczniej. Gdyby było inaczej takie kilometrowce nie miałyby prawa powstać.

Jak jednak (p)osły i ministry wyobrażają sobie, że przeciętny Kowalski będzie w stanie przestrzegać tak rozbuchanego prawa? Przecież nie jest go w stanie nawet przeczytać... Otóż oni zdają sobie sprawę z tego, że nie będzie. Cynicznie skazują go na rolę petenta urzędników i klienta biur rachunkowych oraz kancelarii prawnych. Mają go szczerze w d*** - liczy się tylko interes prawniczego lobby, które dba o to by kodeksy prawa nie były proste (całe ustawodawstwo finansowo-gospodarcze powinno być rozmiarów tej ustawy o PIT a konstytucja to powinno być max kilkanaście zdań!), bo inaczej straciliby podstawę swojej egzystencji. Tylko dlaczego Kowalscy popierają tak durny system, w którym są pomiatani? ...

piątek, 10 grudnia 2010

Kup pan książkę...

Od 1 stycznia wzrasta VAT na książki, do 5%. Ogólnie nie jest dobrze, że VAT na różne kategorie towarów ma różne stawki. Powinna być jedna - najprostsze rozwiązania są najlepsze. Fakt, że potrzebne są tzw. obniżone stawki dowodzi, że podstawowa kwota tego podatku jest po prostu tak horrendalnie wysoka, że gdyby obowiązywała na wszystkie produkty byłby to dramat (w tym przypadku dla naszego czytelnictwa). Nie to jest jednak najciekawsze. Ciekawe jest to, że minister kultury B. Zdrojewski (swoją drogą czy bez Ministerstwa Kultury nie było kultury?) planuje w 2011... zwiększenie czytelnictwa w Polsce. Sądzi on, że wzrośnie ono ponieważ... ministerstwo "zainwestuje" 100 milionów naszych nowych polskich złotych w promocję czytelnictwa (wolałbym żebym przypadające na mnie złotówki mógł jednak zainwestować w czytelnictwo osobiście). Ok, spora część dotyczy odnowienia zasobów państwowych bibliotek co jest naturalną konsekwencją istnienia takowych (powinny zostać sprywatyzowane swoją drogą), ale spora część zostanie wydana na kolejne idiotyczne kampanie reklamowe głoszące "kup książkę". I to jest właśnie modelowy przykład działania współczesnego socjalistycznego państwa, które formalnie jest kapitalistyczne: najpierw ukraść podatnikom okrągłą sumę poprzez horrendalnie wysokie podatki, a potem wydać ją na przekonywanie ich by kupowali produkty, których nie kupują bo są za drogie z powodu wysokich podatków. A przy okazji krewni i znajomi królika "sprywatyzują" sobie zapewne kilkadziesiąt procent tej kwoty. W końcu jak mówił Staszek Ochódzki z Misia: "Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach." Na przykład na przekonywaniu ludzi by jedli warzywa i owoce. Albo by czytali książki. Albo jeszcze lepiej zabrać, a potem oddać arbitralnie wybranym w postaci dotacji. Jaka to władza panie, a ile nakraść można...

PS. Towarzyszu Zdrojewski, czy jako osoba zawyżająca średnią poprzez kupowanie kilku książek rocznie mógłbym jednak nie sponsorować przekonywania do czytelnictwa osób, które i tak książki nigdy nie kupią bo im to zwyczajnie do niczego w życiu nie jest potrzebne?

niedziela, 5 grudnia 2010

Bojkot Amazon.com i PayPal (oraz MasterCard i Visa)

Awanturze z WikiLeaks przyglądałem się na początku spokojnie traktując ją jako typowy "przeciek kontrolowany". Wiele na to wskazywało, w tym głównie charakter ujawnionych rewelacji, z których większość to typowy plotkarski magiel, a jedyne istotne dotyczące Iranu i Arabii Saudyjskiej były najprawdopodobniej na rękę USA. Bo bądźmy szczerzy - to że ktoś kogoś nazwał samcem alfa nie jest żadną rewelacją, a podobno nazwany w ten sposób osobnik nawet z tego tytułu ucieszył się. Jednak rosnąca systematycznie agresja wobec p. Julian Assange każe skłaniać się jednak ku temu, że opublikowane materiały po pierwsze są prawdziwe (uwaga: NIKT ich do tej pory nie zdementował, najwyraźniej nie ma najmniejszej nawet podstawy umożliwiającej choćby ich częściowe zdementowanie), a po drugie ich publikacja boleśnie ugodziła Biały Dom. A przynajmniej jedną z rezydujących w nim grup, istnieje bowiem bardzo prawdopodobna teoria, że p. Assange przecieki udostępnił ktoś z jednej z rywalizującej ze sobą w służbach specjalnych USA grup.

Tak czy inaczej, większość szanujących się wywiadów zrobiła by z osobą publikującą tajne materiały szybki porządek. W okresie zimnej wojny każdy z członków WikiLeaks dostałby kulkę w łeb lub zaginął. Nie znaczy, to że taki sposób rozwiązywania spraw przez rządy jest w porządku. Byłby jednak czymś powiedzmy w rodzaju "naturalnego rozwiązania". Jest natomiast inaczej. Politycy USA z dziką zawziętością oskarżają twórców WikiLeaks o terroryzm, a jeden z nich oficjalnie napisał nawet, że p. Assange powinien dostać kulkę w łeb. Niezależnie od tego czy powinien - sam fakt, że polityk kraju uchodzącego za wolny i demokratyczny publicznie nawołuje do zabójstwa jest skandalem. Z drugiej strony założyciel WikiLeaks żyje może dzięki temu, że ma ukryte jeszcze ostrzejsze materiały. Zapowiadał m.in. ujawnienie brudów jakiegoś dużego amerykańskiego banku, co mogłoby spowodować poważne reperkusje dla amerykańskiego systemu finansowego (pospekuluję trochę - może chodzi o JP Morgan i jego manipulacje rynkiem srebra? A może... hoho - o brudy w samym FED?)

Najważniejsze jednak na koniec. Pana Assange powinien osądzić niezależny sąd. I to oczywiście nie za grubymi nićmi szyte oskarżenia o gwałt (bardzo wygodna metoda oczerniania niewygodnych osób), ale za ewentualną zdradę i szpiegostwo. Przy czym nie jestem pewien, czy dziennikarze publikujący tajne materiały nie powinni być zwolnieni z odpowiedzialności za ich publikację, a ewentualna kara nie powinna spadać wyłącznie na osobę, która te materiały wyniosła (to ona wszak nabywając do nich dostęp składała obietnicę ich nie ujawniania). Z drugiej strony być może dziennikarz powinien być skazany na zasadzie podobnej do pasera, ale nie to jest najważniejsze. Ani to, czy rewelacje WikiLeaks faktycznie naraziły na niebezpieczeństwo jakąś osobę, czy nie. Ważne jest, że o tych wszystkich sprawach powinien decydować bezstronny sąd. Tymczasem wyrok został wydany bez procesu i to w dodatku przez rząd będący w tym przypadku stroną sprawy oraz sam ponoszący odpowiedzialność za zbyt słabe zabezpieczenie poufnych materiałów.

Najgorsze jest, że gdy rząd wskazał p. Assange swoim paluchem jako winnego - ten od razu stał się  trędowaty dla kilku amerykańskich firm. Oto pod wpływem nacisku sfer rządowych firma Amazon usunęła serwis ze swoich serwerów, a PayPal zawiesił możliwość wpłat na konto WikiLeaks i co gorsza zablokował je (i istnieje spore prawdopodobieństwo, że skonfiskuje znajdujące się na nim środki, co byłoby jawną kradzieżą, a p. Assange nie może przecież przyjechać do USA i pozwać PayPala - działa on więc podobnie do mafii pobierającej haracze od drobnych złodziejaszków). Oczywiście prywatna kompania ma prawo do rezygnacji ze współpracy z dowolnym klientem jednak rzeczą niebywałą jest to, że robi to pod naciskiem rządu, a co gorsza łamie zawartą z klientem umowę bez prawomocnego wyroku sądu, a li tylko z powodu oskarżeń kogoś, kto jest stroną w sprawie. To nie jest już wolny rynek, tak działały przedsiębiorstwa w faszystowskiej III Rzeszy, w której gospodarka była formalnie w prywatnych rękach, ale faktycznie działała pod dyktando ministerstwa gospodarki (ciekawy tekst na temat stopniowej faszyzacji współczesnych państw w tym USA można przeczytać tutaj). Oznacza to, że prywatny biznes przestał być wolny i działać według praw rynku, ale że stał się zależny od widzimisię rządów. Przedwczoraj hazard, wczoraj dopalacze, dziś WikiLeaks, a jutro? Cenzura internetu? Likwidacja partii opozycyjnych? Zamykanie niewygodnych blogów? Zakaz krytyki rządów? Tego typu praktyk nie można tolerować. USA krytykują za podobne czyny rząd Chin, a jak widać robią dokładnie te same rzeczy...

Dlatego każdy zwolennik wolności słowa i wolnego rynku nie powinien być bierny tylko wykonać swój mały protest. W dniu dzisiejszym zlikwidowałem swoje konto w serwisie PayPal oraz postanawiam nie korzystać z serwisów amazon.com i ebay (właściciel PayPala). Zachęcam do bojkotu tych firm wszystkich czytelników. Przebrnięcie przez sześć stron z potwierdzeniami o tym, że naprawdę chcesz zamknąć konto w tej fantastycznej firmie, chwilę zajmie, ale warto. Warto także w polu 'dlaczego' wpisać po angielsku choć jedno zdanie na temat utraty zaufania związanej z aferą WikiLeaks. Niech każdy zrobi dziś tę jedną małą rzecz w celu wsparcia wolnego rynku i wolności słowa.

PS. Tym bardziej, że są inne niezłe firmy obsługujące e-płatności. Polecam szczególnie te w krajach spoza USA...

PS 2. Do grona firm szykanujących bez sądu WikiLeaks dołączyły MasterCard i Visa.

piątek, 19 listopada 2010

Na żadnego z powyższych

Korzystając z tego, że do ciszy wyborczej mam jeszcze 24 minuty, chcę poagitować :)
UWAGA!
Kto nie ma możliwości zagłosowania w swoim mieście, czy wsi na kandydata, który WYRAŹNIE opowiedział się za wolnym rynkiem, niskimi podatkami i ograniczonym rządem (ja nie mam), ten powinien głosować, uwaga na:
ŻADNEGO Z POWYŻSZYCH.
Zupełnie jak Montgomery Brewster w filmie "Miliony Brewstera" :) Niech to hasło będzie w dzisiejszym chorym świecie skrzywionej demokracji naszym mottem. Pamiętajcie: NA ŻADNEGO Z POWYŻSZYCH.

Nie dajcie się zwieść kultowi frekwencji. Wszędzie w telewizji i w gazetach będą wam jutro mówić, że musicie iść, że to wasz obowiązek, że w Polsce będzie lepiej jeśli tylko wrzucicie kartkę do urny. Otóż to nieprawda! Wmawiają wam to partie, które kradną wasze pieniądze biorąc dotacje z budżetu. Im jest naprawdę wszystko jedno na kogo zagłosujecie byle był to ktoś od nich. Najwyżej zmienią szyldy. A tak naprawdę waszym obowiązkiem jest GŁOSOWAĆ MĄDRZE, a nie mogąc tego zrobić: nie głosować. LEPIEJ NIE ODDAĆ GŁOSU W WYBORACH NIŻ ZAGŁOSOWAĆ PRZYPADKOWO LUB ŹLE.
Słowem: nie ciekawi Cię polityka? na liście wyborczej nie ma nikogo, kogo można obdarzyć zaufaniem? kampania w Twoim mieście, to same czcze obiecanki lub wojna na ryje (pardon, plakaty wyborcze z popiersiami kandydatów) - ZOSTAŃ W DOMU lub głosuj NA ŻADNEGO Z POWYŻSZYCH.

Pasztetowa wyborcza

Nie miałem ochoty komentować zbliżających się wyborów, bo gdy oglądam wystąpienia zdecydowanej większości kandydatów w mediach to zbiera mi się na odruch wymiotny. Jednak wczoraj chyba został przekroczony pewien próg. Pewna cienka linia. Gdy widzę te nawiedzone twarze rzucające hasłami "zbudujemy mosty, zbudujemy przedszkola, zbudujemy boiska" to mam ochotę powiedzieć jedno: Dość!

Żaden z tych nieprzyjemnych typków nawet się nie zająknie przy tym, że to nie ON buduje. To nie ON i nie RZĄD i nie SAMORZĄD inwestują swoje pieniądze w te "inwestycje". Nie! Żaden rząd czy samorząd nie ma własnych pieniędzy. One ich przecież nie produkują. Mają wyłącznie te pieniądze, które zabiorą MNIE, SPOŁECZEŃSTWU, MOIM DZIECIOM (długi) względnie jakiemuś anonimowemu Niemcowi czy Francuzowi (to boli mniej, ale przecież aby dostać dotacje z UE samorządy i tak muszą mieć środki własne, na które się zadłużą). Zabiorą 100zł a "zainwestują" może z 70, bo przecież ich utrzymanie kosztuje. Jak rozkradną, to zostanie jeszcze mniej. Dlatego zapamiętajcie sobie zakute ryje (to do polityków): nigdy nie zagłosuję na żadnego z tych dobrych wujków (i cioć), którzy obiecują "zbudujmy X, inwestujmy w Y". Nigdy! Zagłosuję wyłącznie na tego, który przyjdzie i powie: "Niczego nie zbuduję i jeszcze zabronię urzędnikom wydawania choćby złotówki pieniędzy podatników na "inwestycje". Od budowania przedszkoli, boisk i dróg są prywatne firmy a nie samorządowa mafia!

Stąd apel: Drodzy czytelnicy. Jeśli zamierzacie głosować na tych co obiecują kiełbasy wyborcze, których jakość przypomina jakość wędlin z hipermarketu (niezły wygląd, zero smaku), lub nie wiecie na kogo głosować: OLEJCIE WYBORY! Albo napiszcie na kartce "NIE GŁOSUJĘ NA ŻADNEGO Z POWYŻSZYCH".