sobota, 18 września 2010

Oszustwo?

Z dosyć sporym (jak na skromną jak na razie bazę czytelników tego bloga) odzewem spotkał się tekst Za drogo? To nie korzystaj. Niektórzy z czytelników zarzucili mi nawet popieranie oszustów. O ile postawa opisywanych w tekście kierowców jest faktycznie na granicy oszustwa oraz opierając się wyłącznie na przekazie medialnym mogłem tutaj nie zauważyć jakichś istotnych okoliczności to jednak sprawa nie jest tak prosta. Moją intencją nie jest popieranie oszustów, jednak nie wszyscy czytelnicy tak samo rozumieją to słowo. Czym innym jest oszustwo, a czym innym wolna wymiana handlowa, do której nie powinien wtrącać się żaden sąd. Rozpatrzmy to jeszcze raz krok po kroku:
  • Oszustwo to podanie nieprawdziwej informacji w celu zdobycia korzyści. Jeżeli ktoś mówi "złoty dwadzieścia za kilometr" a przy rozliczeniu twierdzi, że klient nie dosłyszał i faktycznie jest 'złotych dwadzieścia za kilometr" to jest oczywiście oszustem. Zmuszanie kogoś siłą, lub szantażem do zawarcia transakcji także jest przestępstwem. Wykorzystanie czyjegoś stanu całkowitego braku świadomości, np. stanu nietrzeźwego, w zasadzie także jest. Ale tu już ostrożnie. Idąc z tą zasadą na całość powinno się w ogóle nie obsługiwać i nie sprzedawać niczego osobom nietrzeźwym. Łącznie np. z przewozem taksówką, co dla takiej osoby jest sporym ułatwieniem. Jednak klient zawsze może powiedzieć, że nie zdawał sobie sprawę z tego co robi i w cale nie chciał jechać do Gdańska a kierowca wykorzystał jego słabość podpuszczając go. Ale z drugiej strony warto pamiętać, że kto świadomie zaczyna spożywać duże ilości alkoholu musi liczyć się z tym, że dozna z tego powodu strat.
  • Nie istnieje coś takiego jak prawdziwa wartość towaru, czy usługi. Ani sprawiedliwa. Każdy towar i usługa są warte tyle na ile dobrowolnie zgodzą się kupujący i sprzedający. I koniec! I to jest sprawiedliwa cena skoro obie strony nieprzymuszane przez nikogo zgadzają się właśnie na nią. Żaden urzędnik, żaden sędzia ani żadna inna osoba na świecie nie ma prawa kwestionować tego układu. Szanujmy prawo wolnych ludzi do zawierania wolnych umów. Drodzy czytelnicy, jeśli sami tego nie będziemy robić, to urzędnicy tym bardziej nie będą. Urzędy skarbowe już teraz ignorują prawa wolnego rynku, np. gdy 10 sprzedawców sprzedaje coś za 100zł a jedenasty sprzeda za 90zł to twierdzą, że kupujący dostał niezasłużoną "nierynkową" cenę i de facto niezasłużenie wzbogacił się a więc musi zapłacić podatek. Do czego doprowadzi rozwijanie tego absurdu? Widzę tutaj niebezpieczne wdzieranie się dziwnej mutacji demokracji w podstawowe zasady wolnego rynku. Tej niebezpiecznej odmiany demokracji, która nie polega na tym, że klienci swobodnie wybierają takie usługi i towary jakie są dla nich korzystne, np. jak najtańsze, a czymś w rodzaju głosowania nad tym jaka cena jest prawidłowa. Użytkownik "Inspektor Leśny" w komentarzu do poprzedniego tekstu napisał, że w Szwecji (którą w przypływie dobrego humoru nazwał normalnym państwem) nieuzasadnione podniesienie ceny przez sprzedawcę nazywane jest oszustwem. A więc kto ma ustalać ceny? Komisja robotniczo-chłopska? Minister finansów? Wyborcy w głosowaniu? Sąd? Jakim prawem ktokolwiek próbuje narzucać dwóm wolnym stronom: kupującemu i sprzedającemu na jaką cenę chcą się umówić? Nie wspominając już o tym, że ustrój gospodarczy, w którym ceny regulował rząd już przerobiliśmy i jak dobrze pamiętamy skończył się wyłącznie pustymi półkami.
  • Dlaczego przewóz osób jest tak mocno uregulowany przez państwo, a np. gastronomia nie? Dlaczego nikt nie wywiesza przed restauracjami szyldów "to nie jest restauracja" pisząc "to nie jest" małymi literkami? Dlaczego nie ma procesów o to, że klient wszedł do lokalu, zamówił kotleta i dostał rachunek na 1000zł? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest mi nieznana. Z sobie tylko znanych powodów przewóz osób został uznany za tak wrażliwą dziedzinę życia, że aż musiano wydać specjalne licencje na "taxi", regulować dla nich ceny maksymalne, określić ustawą wygląd pojazdów, oraz dla tych, którzy nie chcą być "taxi" ale także wozić ludzi za pieniądze ustalić inne, niewiele łatwiejsze do uzyskania licencje. Litości. Dlaczego nie mogę po prostu wozić ludzi swoim samochodem biorąc od nich za to pieniądze? Co jest w tym takiego niezwykłego, wrażliwego czy specjalnego? Dlaczego wolno fryzjerowi machać nożyczkami koło czyjegoś ucha, mechanikowi grzebać przy hamulcach czyjegoś auta, kucharzowi gotować komuś potrawę z grzybów, a nie wolno bez specjalnego pozwolenia wozić drugiej osoby samochodem? A odpowiedź na pytanie dlaczego nie ma procesów o kotleta i dlaczego nie ma dziwnych kombinacji z nazwami jest prosta. Rynek jest wolny i wypracował już odpowiednie reguły i standardy. Każdy kto wchodzi do restauracji pierwsze co robi, to studiuje menu z cennikiem. Jeśli tego nie zrobi jest frajerem. Nikogo jakoś nie oburza, że w niektórych warszawskich hotelach herbata kosztuje 20zł, więc dlaczego oburza go to, że przejazd samochodem kosztuje 20zł za kilometr? W przypadku przewozów ludzie są po prostu przyzwyczajeni do tego, że rynek jest wyregulowany przez rząd i nie wiedzą, iż o swój interes trzeba walczyć. Mógłbym się rozpisywać dłużej, ale konkluzja jest prosta: przewóz osób to rynek patologiczny jak niemal każdy, za którego regulowanie bierze się rząd. Na takim rynku pozostają tylko nieliczni koncesjonowani przez rząd usługodawcy i mafie żerujące na ludzkiej nieświadomości...
  • Informacje dorozumiane. "ikti" pisze, że w gospodarce stosuje się bardzo wiele informacji dorozumianych. Tak i to jest słuszne. Dzięki temu nie trzeba spisywać umów przy prostych czynnościach, a nawet jeśli się je spisuje, to mogą być one krótkie. A jeśli dwie strony mają inne wyobrażenie o sprawach dorozumianych, to od tego jest właśnie sąd aby to rozstrzygnąć. Jednak trudno traktować jako dorozumianą podstawową sporną kwestię w wymianie handlowej jaką jest cena. Cenę trzeba po prostu omówić z drugą stroną transakcji, bo to najważniejsza część wymiany handlowej. Ignorowanie cen przez konsumentów, to spuścizna po PRLu, w którym nie dokonywało się transakcji handlowej, a "zdobywało" towar. Nie kupowało posiłku w restauracji a szło się na konsumpcję, nie płaciło za szereg usług, a dostawało się je "za darmo" od państwa (nadal tak jest w wielu dziedzinach). To powoduje, że ceny nas nie interesują, bo sądzimy że ktoś za nas już je poustalał na rozsądnym poziomie. Gdy tymczasem nie istnieje jeden rozsądny poziom cen, które powinny podlegać swobodnym wahaniom uwzględniając zmiany w otoczeniu, w tym w szczególności zmiany popytu i podaży.
  • Wolna wymiana handlowa jaka odbywa się między dwiema osobami ze względu na fakt dobrowolności przynosi korzyści obydwu stronom. Jeśli jedna ze stron jest pokrzywdzona w tym sensie, że nie ma dostatecznej wiedzy na temat transakcji (rzecz typowa w bankach czy innych firmach finansowych), powinna się od niej powstrzymać lub zdobyć opinię kogoś zaufanego. Rzecz jasna zdarzają się sytuacje gdy ktoś nie może się powstrzymać. Osoba, która musi zapłacić łapówkę strażnikowi w obozie żeby nie zostać zabitą NIE dokonuje wolnej i nieprzymuszonej transakcji. Jednak już sprzedawca parasoli ma prawo podnieść ich cenę w czasie deszczu. Po pierwsze to nie on bezpośrednio wyrządza krzywdę pokrzywdzonemu, lecz siła wyższa - deszcz. Nie ponosi on winy za stan kupującego nie jest mu więc winien żadnych specjalnych warunków. Sprzedawca też nie ma obowiązku niczego sprzedawać - może pójść do domu. Jeśli sprzedawcy parasoli nie będzie - kupujący zmoknie tak samo jak w sytuacji gdy nie kupi parasola. Żaden rząd czy urząd nie powinien zmuszać w deszczu sprzedawców parasoli do przymusowego prowadzenia działalności ani do specjalnych cen. Byłoby to poważne naruszenie wolności sprzedawcy parasoli! Po drugie w warunkach realnej wolonorynkowej konkurencji wysoka cena powinna przyciągnąć innych sprzedawców sprzedających parasole taniej po to by sprzedać ich więcej od tego bardziej chciwego. Ważny warunkiem dobrowolności wymiany handlowej jest więc możliwość powstrzymania się od niej lub zamiany na alternatywną u innego sprzedawcy oraz brak przymusu. W przypadku opisywanym, zamiast korzystać z przejazdu można iść piechotą, pojechać komunikacją miejską, bądź poszukać innego kierowcy. W przypadku deszczu nie ma wyjścia - trzeba zmoknąć, jednak nie mamy prawa zmuszać sprzedawcy parasoli do sprzedania nam czegokolwiek za niesatysfakcjonującą go cenę.
  • Świat nie jest oczywiście czarno-biały i między sytuacją w obozie, a dobrowolną wymianą istnieją jeszcze różne stopnie pośrednie. Czy sprzedawca chleba na terenach dotkniętych powodzią i odciętych od świata ma prawo podnieść cenę. Z jednej strony jest to negatywne etycznie będąc żerowaniem na cudzym nieszczęściu. Z drugiej strony podniesienie cen jest jednak nieuniknione. Wyobraźmy sobie, że jest jeden chleb i 100 chętnych. Nie ma szans aby wszyscy zostali zaspokojeni. Sprzedawca miałby wylosować komu sprzedać chleb? Najczęściej sprzeda temu, który zapłaci najwięcej. Czy to sprawiedliwe, czy nie. Moralne, czy nie - takie jest życie. Jednak gdy sprzedawca przesadzi z wykorzystywaniem trudnej sytuacji innych ludzi, to ci mogą uciec się do przemocy aby "zrewanżować" mu się. Sprzedawca chleba z pewnością musi wziąć to pod uwagę w swoich kalkulacjach.
To są skomplikowane tematy i trudne do rozstrzygnięcia w skróconej formule bloga. Żeby nie przedłużać skończę więc stwierdzeniem, że podstawowym kryterium swobodnej wymiany handlowej między wolnymi ludźmi jest dobrowolność i brak przymusu. Przymus utrzymywania specjalnych niskich lub specjalnych wysokich (np. rolnictwo) cen powoduje z kolei wyłącznie powstrzymywanie się jednej ze stron od transakcji i nierównowagę na rynku (brak towaru, jego nadmiar, brak nawyków oszczędzania czy magazynowania towaru, zaburzenia w przepływie kapitałów, gwałtowniejsze wahania cen po ich uwolnieniu itp.).

czwartek, 16 września 2010

Dług publiczny

Dziś coś pozornie luźniejszego. Rewelacyjny teledysk podpisany przez DJFunkyKoval pt. "Dług Publiczny" Piosenka, która dzięki ciekawej formie, ma szansę przebić osławionego Jożina z Bażin (zerknijcie na te oldskulowe chórki i na nawiedzonego basistę :) ) traktuje jednak o sprawach poważnych: o błyskawicznie rosnącym długu państwa. No nie, nie państwa - państwo to jest twór abstrakcyjny i ono faktycznie nie ma długu. Tak naprawdę piosenka mówi o długu nas wszystkich, który wynosi obecnie... 740 mld. zł. To nie żart. Każdy włącznie z niemowlakami jest winien ok 20 tys. zł. W jakim tempie rośnie dług publiczny można sprawdzić na stronie http://www.zegardlugu.pl/
Ażeby się nie dalej denerwować cytuje już tylko piosenkę Dług Publiczny... Cięcia moje.

Opowiem historię o długu publicznym,
Nazwijmy go długiem kosmicznym.
Można wysłać - nie, to nie farsa,
Za te pieniądze Polaka na Marsa.

Warto zapytać kto dług zaciągał,
Kto od problemu uwagę odciąga.
Kogo należy za stan rzeczy winić,
A komu krzywdy zadośćuczynić.

Problem stanowią kolejne rządy,
Wdrażają stare, socjalne przesądy.
Nie ma różnicy partia jaka,
Taktyka kradzieży zawsze jest taka:

Wydoić budżet po samo dno,
PiS SLD PSL i PO.
Rządzenie dla nich, to kręcenie lodów,
Starają się nie zostawiać dowodów.

...
Gdy sprawa przecieknie do wrogich mediów,
Używają wtedy innych remediów.
Wystarcza zwykłe bicie piany,
Krzyż uwielbiany, krzyż wyśmiewany.

Lud spiera się w sprawie pomników,
A nie, kto okrada podatników.
Młodzi, wykształceni i chyba z rezerwatu,
Drąc ryj pod krzyżem o podwyżce VAT-u zapomną.

...


To nie moja wina, że rządzą głupio,
Skupiają się tylko nad własną dupą.
Żyłoby się lepiej bez budowy orlików,
Wszystkim, nie tylko znajomym królików.

Rząd tak bardzo dobrze nam "służy",
Sto osiemdziesiąt miliardów nas zadłużył.
Trzydzieści trzy miliardy odsetek rocznie,
Z tego powodu dług ciągle rośnie.

Dług w całości to siedemset miliardów,
I jeszcze dziesięć, będzie na kloszardów.
Siedemset dziesięć to piękna liczba,
Ale nie, gdy musi na to tyrać Ojczyzna.

Bo żeby dać, choćby w dobrej wierze,
Urzędnik co wypłaca drugie tyle bierze.
Przerost biurokracji związek ma z długiem,
Wracam do basu, bo biurw nie lubię.

...


Wszystkie rządy roztrwoniły sporo forsy,
Nasz ostatni jest chyba najgorszy.
Czarował wyborców liberalizmem,
Pomylił go wyraźnie z socjal-etatyzmem.

Zamiast wprowadzić gospodarczą wolność,
Znacząco zmniejszyć biurokrację, nieudolność.
Obniżyć podatki, zlikwidować składki,
By pieniędzy nie miał ZUS, tylko biedne dziadki.

W górę VAT, brak cięcia wydatków,
Łatwo przychodzi podnoszenie podatków.
Wolą kraść więcej, niż reformować.
Lubią gadać, nasz czas marnować.

Wszystko obiecał nasz "cudny" rząd,
Drugą Irlandię nie wiadomo skąd.
Zapomniał, że Irlandia dobrze miała,
W okresie, gdy podatki obniżała.

W rządzie umysłowo ograniczeni,
Zamiast ciąć wydatki,
Łapę do kieszeni naszej i pokoleń przyszłych wsadzają,
Żadnych skrupułów gnoje nie mają.

Od lat dobrze robią tylko sobie,
W państwie wszystko stoi na głowie.


Na (wątpliwe) pocieszenie na koniec dodam, że dług publiczny USA rośnie jeszcze szybciej. Ciekawe do czego doprowadzi to życie ponad stan, na pewno do niczego dobrego...

piątek, 10 września 2010

Garden guerilla

W naszym przeideologizowanym świecie większość ekologów jest niestety nastawiona bardzo ideologicznie do tego co czyni. Zamiast promować wszystko to, co dobre dla przyrody, promują tylko rzeczy wygodne z punktu widzenia ich światopoglądu . Większość z nich to niestety lewicowi utopiści, szkodniki lub zwyczajni naciągacze (a o wolnorynkowym sposobie na ekologię jeszcze kiedyś napiszę, to arcyciekawy temat). Oczywiście jest także wielu ekologów rozsądnych (jak w każdej grupie). Rzeczywistość bywa jednak zabawna. Nawet będąc aktywistą o mocno lewicowych poglądach można przyczynić się do zmiany świata w duchu libertariańskim. Punktem styku jest niechęć do biurokratycznych reguł narzucanych przez wszechobecne państwo, czyli lekka lub mocniejsza anarchia. Czasem coś jeszcze...

Grupy aktywistów zwanych partyzantką ogrodową (np. Miejska Partyzantka Ogrodnicza ) przejmują miejskie nieużytki, zaniedbane skwery, rozdeptane trawniki, połacie zdewastowanej ziemi, niechciane i zapuszczone kwietniki, porośnięte chwastami nasypy i inne teoretycznie bezużyteczne przestrzenie i samowolnie obsadzają je wybranymi przez siebie roślinami, a następnie dbają o nie. Tak! Jedni, o co bardziej estetycznym zacięciu, sadzą kompozycje kwiatowe, inni bardziej pragmatyczni, sadzą zioła i warzywa. Młodzież skupiona w tych ruchach ma najczęściej lewicowe poglądy, uważając to za specyficzną walkę klas, dzięki której każdy może mieć własne poletko, czy go stać na dom z ogrodem, czy nie. Sądzą, że to protest przeciwko prywatyzacji przestrzeni publicznej i jest to jak najbardziej prolewicowe, prospołeczne i antykapitalistyczne (ale już niekoniecznie socjalistyczne, socjalizm <> anarchizm). I tu są przypadkowo w grubym błędzie, co za chwilę wykażę :-). Dołączają do nich także starsze osoby jak i przypadkowi przechodnie zafascynowani tym, że ktoś w końcu zajmuje się paskudnymi trawnikami miejskimi. Wielokrotnie osoby działają w takim ruchu zupełnie nieświadome. Chyba każdy zna staruszki dbające o przyuliczny skwer z kwiatami. Tak, teraz te babcie nazywają się garden guerillas :-)

Rzecz jasna takie działanie jest nielegalne. W państwie urzędokracji aby legalnie zasadzić drzewo, albo zmienić kawałek gołej ziemi w trawnik trzeba mieć serię pozwoleń z miejskich urzędów. Ogrodowi partyzanci nie byliby jednak prawdziwymi anarchistami, gdyby przejmowali się takimi drobiazgami.Władze miejskie z resztą traktują tę działalność z przymrużeniem oka zadowolone pewnie, że ktoś wykonuje prace, które tak naprawdę są ich obowiązkiem. Najgorszym, co zazwyczaj spotyka partyzantów zieleni, jest pouczenie przez policję. Gdy władze są bardziej zdeterminowane, to zwyczajnie likwidują rośliny (jako ktoś, kto kilka drzewek w życiu posadził domyślam się, że to boli pewnie bardziej niż niejedna grzywna).

A teraz pozwolę sobie wrócić do hasła "protestujemy przeciwko prywatyzacji przestrzeni publicznej". Młodym aktywistom wydaje się, że pokazują: patrzcie - przestrzeń publiczna jest OK. A jest dokładnie na odwrót. Robiący to nie wiedzą bowiem, że de facto właśnie prywatyzują przestrzeń publiczną. Wcześniej należała do wszystkich, a więc była niczyja, a teraz oni biorą ją w opiekę i sadzą na niej wybrane przez siebie rośliny. Oni ją uprawiają! Dbają o nią! Nadzorują! A więc są jej właścicielami.Spełniają kryteria opieki właścicielskiej. Biorą sobie przestrzeń niczyją jak pionierzy na dzikim zachodzie i porządkując ją wyłaniają z niebytu publicznej otchłani. Opieka właściciela nie oznacza od razu grodzenia płotem, można być właścicielem ziemi i pozwalać korzystać z niej każdemu (weźmy choćby, nie siląc się na mocno wyszukany przykład, centra handlowe - prywatne a jednak publicznie dostępne), ale personalna opieka nad skrawkiem ziemi to jest jak najbardziej przejaw własności. Tym samym jest to działanie jak najbardziej prokapitalistyczne i w duchu libertariańskim. Ideolog radykalnej odmiany libertarianizmu (anarchokapitalizmu) Rothbard dawał czytelnikom wskazówki aby brać własność publiczną bez czyjegokolwiek pozwolenia i prywatyzować ją samowolnie. To właśnie czynią komandosi zieleni. I wspaniale pokazują, że ziemi powinna mieć konkretnego opiekuna, bo wtedy jej plon jest lepszy, piękniejszy i wartościowszy. Brawo ogrodowi komandosi, tak trzymać! Wolność jest w nas!

PS. Gdyby przyszli i chcieli uprawiać coś na mojej prywatnej ziemi byłbym zapewne skłonny do użycia wobec nich przemocy. Niech sobie lewactwo za dużo nie myśli :-)

czwartek, 9 września 2010

Zasadzka na rośliny

Jak donoszą źródła polska policja dokonała kolejnego brawurowego zatrzymania. Tym razem dzielni stróże prawa urządzili zasadzkę na... niebezpieczne rośliny złowrogo rosnące sobie w skansenie w miejscowości Lipiny. W celu dokonania rozpoznania jeden z policjantów przebrał się za turystę i w tym jakże sprytnym kamuflażu precyzyjnie zidentyfikował siedlisko niebezpiecznej flory. Po sprawnej akcji, rośliny zostały aresztowane, wyrwane i przewiezione do policyjnego eksperta, który zidentyfikował je jako... konopie pastewne, nie zawierające substancji narkotycznych.

Jak mówi właścicielka skansenu, utworzyła go po to, by oddać klimat wsi z epoki "Chłopów" Reymonta, której mieszkańcy hodowali konopie w celach pozyskania oleju konopnego oraz lin. Turystom inicjatywa bardzo się spodobała, a śmiało możemy podejrzewać, że historia z aresztowanymi roślinami jeszcze doda dodatkowego kolorytu inicjatywie i zwiększy jej popularność. Pozostaje tylko pytanie czemu nie wycofano do tej pory ze szkół tego paskudnego gniota promującego narkotyki jakim są "Chłopi"? To zdaje się niedopatrzenie Ministerstwa Edukacji. Młodzież powinna chyba mieć lepszych idoli niż ten stary narkoman Boryna? Czekamy także na kolejne zatrzymania niebezpiecznych roślin. Nasze dzieci mogą być zagrożone złowrogimi roślinami bezczelnie i bez skrupułów wegetującymi dosłownie za krzakiem w sąsiedztwie...

piątek, 3 września 2010

Mielonka z mielonką

" - Towarzyszu dyrektorze, sądzę że w naszym zakładzie zbyt dużo czasu poświęcamy na różnego rodzaju narady, zebrania, planowania, posiedzenia i analizy. Po tym wszystkim nie mamy już czasu pracować.
 - Słusznie towarzyszu, w takim razie proszę zebrać zespół - przeanalizujemy ten problem na zebraniu."

Ten stary PRLowski dowcip z brodą przychodzi natychmiast na myśl, kiedy czyta się najnowszego newsa o powołaniu przez premiera nowego urzędu, o nazwie uwaga: "pełnomocnik szefa rządu do walki ze zbędną biurokracją" Takie stanowisko będzie wkrótce pełnić p. Adam Jasser, a do jego obowiązków należeć będzie: likwidacja nadmiernej biurokracji, deregulacja gospodarki i zwolnienie niepotrzebnych urzędników obciążających budżet. Wydawać by się mogło, że powoływanie kolejnego biurokraty do walki z biurokracją jest niezbyt mądre, ale tak powiedzą tylko złośliwcy i ludzie małostkowi, którzy dla zasady nie doceniają troski swojego Premiera o naród. Dlatego niniejszym życzę p. Jasserowi powodzenia i wierzę, że gdy do swojego trudnego i jakże odpowiedzialnego zadania zatrudni sztab specjalistów oraz zamówi szereg ekspertyz i analiz dojdzie do jedynie słusznych wniosków i... zwolni samego siebie. W końcu do tego został powołany.

A na koniec skecz z Monty Pythona:
KLIENT 1 : A mogłabym dostać jajko z bekonem, mielonką i kiełbasą, ale bez mielonki?
KOBIETA ZA LADĄ : Co to ma znaczyć?!
KLIENT 1 : Ja nie lubię mielonki!
Wikingowie w chórze : Mielonka, mielonka, to wspaniała przekąska!!
KOBIETA ZA LADĄ : Stulić mordy! Cisza!! Nie mogę podać jajka z bekonem, mielonką i kiełbasą BEZ mielonki!
KLIENT 1 : Czemu?
KOBIETA ZA LADĄ : Bo wtedy nie byłoby to jajko z bekonem, mielonką i kiełbasą!
KLIENT 1 : Ja nienawidzę mielonki!
KLIENT 2 : Nie rób afery kochanie. Zjem twoją mielonkę, ja ją uwielbiam. Chętnie zjem mielonkę z mielonką, mielonką, mielonką, prażoną fasolą i mielonką.
KOBIETA ZA LADĄ : Fasola się skończyła.
KLIENT 2 : A dostanę w zamian mielonkę?
KOBIETA ZA LADĄ : Chce pan mielonkę z mielonką, mielonką, mielonką, mielonką, mielonką, mielonką i mielonką?
KLIENT 2 : Tak.


I rządowa wersja skeczu:
WICEPREMIER: A czy możemy zmniejszyć biurokrację zwalniając część biurokratów?
PREMIER: Co to ma znaczyć?!
WICEPREMIER: Ja nie lubię biurokratów!
Posłowie w chórze: Biurokracja, biurokracja, to wspaniałe hobby!!
PREMIER: Stulić mordy! Cisza!! Nie mogę zwolnić biurokratów nie powołując innych biurokratów!
WICEPREMIER: Czemu?
PREMIER: Bo na tym polega biurokracja. Nie może być biurokracji BEZ biurokracji, a sam jestem biurokratą!
WICEPREMIER: Ja nienawidzę biurokracji!
MINISTER: Nie rób afery stary, ja chętnie przejmę część twojej biurokracji, ja ją uwielbiam. Chętnie zatrudnię jeszcze kilkuset dodatkowych biurokratów jeśli ty zwolnisz część swoich.
PREMIER: Limit zwolnień na ten rok został wyczerpany.
MINISTER: Więc może kogoś zatrudnię?
PREMIER: To może biurokratę do walki z biurokracją?
MINISTER: Tak.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Giełda i poker

Dziś o dwóch sposobach zarabiania pieniędzy. Czy czymś się różnią? Jeśli tak, to czym?

Z wielu sposobów zarabiania/tracenia pieniędzy jakie podejmują ludzie, do gry na giełdzie jednym z najbardziej podobnych jest gra w pokera. Podobieństwa są uderzające, ale na pozór nieoczywiste i zapewne wiele osób ostro zaprotestuje w tym momencie mówiąc "Poker to hazard, a ja na giełdzie INWESTUJĘ!". Ktoś inny za to powie "Już dawno mówiłem, że ta cała giełda to hazard niczym nie różniący się od ruletki". Co prawda zgodzę się, że niektórzy na giełdzie inwestują, lecz dotyczy to raczej wyłącznie instytucji i osób o bardzo zasobnych portfelach oraz dysponujących wiedzą niedostępną dla szaraków. Pozostali grają nawet jak im się wydaje inaczej. Natomiast gra to nie to samo co hazard!!! Hazard to obstawianie bez próby uzyskania przewagi, gra to działanie według zasad przynoszących statystycznie w długim okresie dodatnią wartość oczekiwaną. Choć oczywiście grę można przegrać, jeśli inni gracze zagrają w nią lepiej (lepiej stosują się do zasad), to o porażce/zwycięstwie w długim okresie czasu decydują nasze umiejętności. O ile faktycznie gramy a nie obstawiamy...

Czym dokładnie różni się granie od obstawiania i inwestowania? Może wyjaśnię to na przykładach.
  • Inwestor to osoba, która liczy na dywidendę otrzymywaną z tytułu posiadania akcji lub zysk z tytułu współwłasności dowolnej innej firmy nie będącej spółką akcyjną.- Inwestor to osoba nabywająca nieruchomość w celu zarabiania na jej wynajmie.
  • Gracz to osoba grająca w szachy, scrabble, zazwyczaj w brydża (sportowego!) i część innych gier karcianych, w których czynnik szczęścia jest minimalny.
  • Gracz to osoba nabywająca nieruchomości, obligacje, walutę, złoto, akcje czy inne papiery wartościowe w celu sprzedania ich po wyższej cenie (w dowolnym terminie!). Nawet jeśli w 100% trzyma się zasad analizy fundamentalnej i kupuje na 20 lat - jest to gracz, czyli osoba, która dzięki wykorzystaniu pewnych zasad mających przynieść jej powodzenie chce kupić taniej a sprzedać drożej. Czym jest to, co nabywa jest dla niego bez znaczenia.
  • Hazardzista to osoba kupująca dowolne aktywa wymienione wcześniej w sposób czysto przypadkowy, bez planu lub na podstawie bardzo wątpliwych przesłanek (polecenie kolegi, czy opinia na forum).
  • Gracz to osoba grająca w pokera uwzględniająca rachunek prawdopodobieństwa, psychologię oraz zasady zarządzania kapitałem. Taka osoba w krótkim terminie czasem przegrywa gry (czynnik losowy) lecz w długim terminie zazwyczaj zwiększa swój stan posiadania.
  • Hazardzista to osoba grająca w pokera, która liczy wyłącznie na łut szczęścia. Wchodząc do gry z najczęściej przypadkowymi kartami czasem wygrywa lecz w dłuższym terminie bankrutuje.
  • Hazardzista to osoba grająca w gry zawierające w sobie wyłącznie czynnik losowy: ruletkę, totolotka itp. Tak: pozornie niegroźny totolotek to najpopularniejszy hazard na świecie. Ponieważ w totolotku decyduje WYŁĄCZNIE przypadek, to nie sposób w niego grać - można uprawiać tylko hazard. (przypadek nie decyduje wyłącznie gdy gra jest ustawiona, ale to jeszcze gorzej - mamy pewność porażki).
Tak więc gra to zupełnie inny sposób zarabiania/tracenia pieniędzy niż hazard, czyli obstawianie i jeszcze  inny niż inwestowanie. Mimo to nieporozumienia w tej kwestii są częste. Teraz wracam do obiecanego porównania pokera i gry na giełdzie. Przy okazji każdego punktu spróbuję ocenić, czy łatwiej jest grać na giełdzie, czy w pokera.
  • W pokerze podobnie jak i na giełdzie istnieje spory nieprzewidywalny czynnik wpływający na wyniki. Wydaje się, że w pokerze nawet większy, gdyż karty rozdawane są losowo, a na ceny akcji wpływa zachowanie konkretnych ludzi: kupujących i sprzedających. Jednak w praktyce lepiej jest przyjąć inaczej. Pokerem bezwzględnie rządzi twarde prawo rachunku prawdopodobieństwa. Jeśli obliczysz, że masz 60% szans na zwycięstwo, to tak naprawdę jest i wykonując tą samą próbę bardzo dużą liczbę razy - wygrasz 60% rozdań. Na giełdzie takiej pewności nigdy nie masz. Wszelkie zasady głoszące, że coś sprawdza się w x% oparte są nie na matematycznych dowodach jak w pokerze, lecz na badaniu danych historycznych. Musisz więc ufać, że w przyszłości giełda będzie zachowywać się podobnie jak podczas badań, a to nie jest prawdą. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają i giełdy też się zmieniają. Dochodzą nowe branże, nowe sposoby inwestowania, nowe możliwości techniczne, zmienia się nastawienie psychiczne ludzi do giełdy, sytuacja ekonomiczna, polityczna itp. Na giełdzie nic nigdy nie jest takie samo. W pokerze jeśli zasada się nie sprawdziła, to wiesz, że było to tylko tu i teraz, nastepny raz znów powinieneś ją zastosować. Na giełdzie zasady to tylko zbiór mglistych przesłanek, niezależnie od tego czy używasz analizy technicznej czy fundamentalnej, czy czegokolwiek innego. Nie znaczy to oczywiście, że giełda to przypadkowe ruchy cen - na giełdach występują często długotrwałe i wyraźne trendy, a wiele zasad AF czy AT często sprawdza się. Wiele z tych zasad działa ze sporym prawdopodobieństwem (a jedynie nie można ustalić go jednoznacznie i może ono podlegać zmianom). Można więc postawić wniosek: gra w pokera jest łatwiejsza i bardziej przewidywalna niż giełda lecz obydwie można próbować przewidywać.
  • Zarówno w pokerze jak i na giełdzie odpowiednie zarządzanie kapitałem to być albo nie być gracza. W pokerze do stołu nie powinno się nigdy zasiadać z sumą większą niż 5-10% kapitału, a do turniejów wieloosobowych (>100) nie powinno się przystępować za wpisowe > niż 1% kapitału. Przyjmując taką regułę ma się przy stole swobodę gry i odwagę w momencie otrzymania dobrej karty. Dla przykładu w odmianie Texas Holdem otrzymanie do ręki dwóch asów daje około 80% szans na zwycięstwo z jednym przeciwnikiem niezależnie od tego jakie karty dostał. Śmiało można więc grać o dużą pulę. Nawet o wszystko co ma się w danym momencie przy stole, bowiem na 5 takich gier raz tylko przegramy, a 4 razy podwoimy to co mamy. A to co mamy przy stole, to przecież tylko 5-10% kapitału. Ale gdybyśmy przystępowali do gry z całym naszym kapitałem, to mielibyśmy 20% szans na ... całkowite bankructwo. Podobnie jest na giełdzie. W konkretnej transakcji musimy ryzykować co najwyżej niewielką część kapitału. Dzięki zastosowaniu zleceń stop loss możemy wchodzić za większą sumę wiedząc, że ryzykujemy tylko tym, co stracimy na zleceniu SL. Ale uwaga: czasem SL to tylko nasze pobożne życzenie - na mało płynnych spółkach możemy stracić dużo więcej niż wartość SL. Dlatego grając na takich spółkach zawsze należy używać tylko małego procentu kapitału. Wniosek: odpowiednie zarządzanie kapitałem jest tak samo ważne na giełdzie jak i w pokerze. Bez przeanalizowania tej tematyki prędzej czy później każdy zbankrutuje.
  • Na giełdzie i w pokerze ważna jest samodyscyplina i konsekwencja. Gra w pokera często wygląda tak: "Dostałem dobrą kartę, powinienem z nią grać agresywnie, ale nie zrobiłem tego i wygrałem małą pulę. Następnie dostałem średnią kartę, rozwojową ale samą w sobie słabą. Przeciwnicy są ożywieni i licytują. Mówię sobie super: przebiję jeszcze żeby wygrać więcej, oni na pewno nic nie mają tylko blefują. Przeciwnik wygrywa sporą pulę dostając w ostatniej chwili szczęśliwą kartę. No ja mu teraz pokażę, na pewno też będę mieć szczęście. Licytuję słabe karty, przebijam jakby nie było jutra, ale przeciwnik znów wygrywa. Ojej, chyba mam pecha, muszę grać mniej agresywnie. Dostaję super kartę-marzenie, ale gram pasywanie bo boję się pecha. Nie podbijam stawki, więc wszyscy przeciwnicy wchodzą do gry. Jeden z nich dostaje dobre karty i wygrywa. Gdybym przebijał pewnie by spasował...". Brak konsekwencji i ciągłe zmienianie stylu gry szybko przynoszą klęskę i zmieniają pokera w hazard. Na giełdzie jest podobnie. Jeśli przyjąłeś pewne zasady i wiesz że są dobrze przemyślane, zweryfikowane tak czy inaczej i powinny przynieść ci sukces, to nie przestawaj ich używać po kilku niepowodzeniach. Rób konsekwentnie swoje a w dłuższym okresie odniesiesz zysk. Oczywiście po dłuższej serii wpadek warto a w zasadzie trzeba, przeanalizować nasz system, czy aby na pewno jest poprawny. Może popełniliśmy błąd w założeniach? Jednak trzeba tą analizę przeprowadzić co najmniej tak rzetelnie jak na początku i nie rezygnować z zasad jeśli po rewizji nadal okażą się poprawne. Konsekwencja w grze jest bardzo ważna. To właśnie ona wraz z odpowiednim zarządzaniem kapitałem pozwalają na wyeliminowanie z wyników czynnika losowego. Zarządzanie kapitałem pozwala przetrwać długie, przypadkowe serie złych wyników (pamiętacie Rosencrantza i Guildensterna i ich rzuty monetą?), a konsekwencja pozwoli na odniesienie zysków w długim terminie, gdy statystyka zacznie dążyć do wartości oczekiwanej. Wniosek: konsekwencja i dyscyplina to podstawa każdej gry,tak samo giełdowej jak i pokera.
  • Opanowanie emocji. To pewnie wszystkim kojarzy się z tzw. pokerową twarzą. Nieokazywanie emocji w grze w pokera na żywo ma oczywiście znaczenie, bo okazywane emocje dają przeciwnikom wskazówki. Jednak w rzeczywistości jest to kwestia marginalna, a w szczególności mało istotna przy grze przez internet. Chodzi natomiast o coś innego. Mianowicie o grę wyłącznie przy pomocy logiki i przyjętych wcześniej zasad, a nie pod wpływem emocji. Gra pod ich wpływem kończy się zazwyczaj stratami ponieważ jest przypadkowa i pełna złych decyzji. Zarówno w pokerze jak i na giełdzie pojawiają się trzy główne emocje: strach, chciwość i pragnienie rewanżu. Strach pojawia się zazwyczaj po dotkliwych stratach (np. po bessie na giełdzie) i powoduje, że gracz który już przetrwał złośliwości losu nie wygra tyle ile powinien gdy szczęście zacznie mu sprzyjać a zasady gry zaczną przynosić profity. Pokerzysta zagra za zbyt małą stawkę lub spasuje, a gracz giełdowy zignoruje oczywiste sygnały do zajęcia pozycji. Niektórych strach paraliżuje zawsze gdy mają zagrać o większą kwotę. Jednak jeśli masz 1000 żetonów i zawsze będziesz wchodzić do gry wyłącznie gdy w puli jest mniej niż 50 żetonów, to wyraźna poprawa twojego stanu posiadania będzie trwać wieki nawet przy dobrej grze. Przy odpowiedniej karcie można wejść do puli z 500 żetonami lub nawet 1000 - nie należy się tego bać. Drugą z emocji jest chciwość. Gdy widzimy sporą pulę, to chcemy wejść do gry z kompletnie przypadkową kartą licząc na szczęście. Nieważne, że szanse na wygranie są nikłe i że nie opłaca nam się ryzykować - gramy na siłę, bo przed chwilą wygraliśmy kilka niezłych pul i czujemy, że karta nam sprzyja. Takie metafizyczne wyjaśnienie wygranych sprzyja... bankructwu, bo to że karta nam sprzyjała nie ma żadnego związku z kolejnym, całkowicie przecież niezależnym, rozdaniem. Z kolei chęć rewanżu sprawia, że koniecznie chcemy się odegrać i gramy coraz więcej, za coraz większe stawki, w coraz gorszej formie psychicznej (strach/chciwość) i fizycznej (zmęczenie). Coraz więcej też przegrywamy. Gdy czujemy, że zaczynają nami powodować emocje - odejdźmy od gry na pewien czas, zróbmy sobie przerwę, urlop itp. Wniosek: zarówno w pokerze jak i na giełdzie tak samo ważne jest aby grać z neutralnym nastawieniem emocjonalnym - tylko wtedy odniesiemy sukces. Pamiętajmy: pokładanie nadziei, czy przywiązywanie się emocjonalne do kart/spółek to błąd - Kolejna karta jest zła? Spasuj, nie dokładaj do puli. Akcje przynoszą straty? Sprzedaj je, nie uśredniaj ceny.
  • Między pokerem, a giełdą jest jedna znacząca różnica: w pokerze walczysz z konkretnymi przeciwnikami, a na giełdzie w zasadzie nie. W zasadzie, bo teoretycznie w grze uczestniczy mnóstwo osób, jednak w praktyce nie jesteś w stanie powiedzieć kto jak gra i dlaczego. Analiza zachowań poszczególnych uczestników gry byłaby niezmiernie skomplikowana, dlatego dla uproszczenia możesz przyjąć, że grasz z niematerialnym tworem nazywanym rynkiem. Rynek to zbiorowość, statystycznie tworzą ją przeciętni ludzie, więc aby z nimi wygrać musisz być chociaż minimalnie lepszy od przeciętnej. W pokerze jest łatwiej. Wystarczy, że wyszukasz stolik z graczami słabszymi od siebie, aby móc wygrywać. Możesz być słabym graczem, daleko od przeciętnej. Jednak jeśli masz dar wyszukiwania jeszcze słabszych i odpowiednią cierpliwość aby z nimi grać, to wygrasz. W pokerze nie można unosić się dumą i mówić "z tymi płotkami nie gram" - im słabszy gracz i bardziej szasta pieniędzmi tym lepiej. Gra z lepszym od siebie nie ma sensu. Wniosek: w pokerze jest łatwiej niż na giełdzie, bo możesz próbować znaleźć słabszych od siebie, na giełdzie bezlitosny rynek karze każdego kto jest poniżej średniej.
Tym artykułem nie miałem zamiaru nikogo zachęcać do gry w pokera. Nie jest to gra dla każdego i nie każdy ma odpowiednie predyspozycje. Osobiście gram w pokera na minimalne stawki lub w darmowych turniejach z nagrodami traktując to jako trening konsekwencji, trzymania się zasad, osobowości gracza i ogólnie jako rozrywkę umysłową. Każdy gracz giełdowy powinien znaleźć sobie swoją własną arenę treningową, która wyda mu się podobna do gry rynkowej i umożliwi ćwiczenie niezbędnych umiejętności. A na zakończenie dodam, że do gry na giełdzie także nie zachęcam - nie jest to dla każdego i nie każdy ma do tego predyspozycje. Jak ze wszystkim w życiu.

sobota, 28 sierpnia 2010

Korekta socjalizmu, czyli 21 postulatów

W 30 lat po podpisaniu tzw. porozumień sierpniowych większości Polaków nadal wydaje się, że Solidarność walczyła o to żeby obalić socjalizm i wprowadzić w Polsce wolny rynek. Nie jest to do końca prawdą. O ile faktycznie część postulatów dotyczyła wolności, to jednak były to prawie wyłącznie postulaty dotyczące większej wolności słowa i względnej demokratyzacji kraju. Tzw. 21 postulatów nie dotyczyło jednak likwidacji socjalizmu ani wprowadzenia w Polsce prawdziwej wolności, w tym gospodarczej. Nic z tych rzeczy. I dlatego czas najwyższy w końcu przestać je gloryfikować i nieco odbrązowić.
Ruch Solidarności był w latach 80-tych prawdziwym masowym zrywem społeczeństwa przeciwko znienawidzonej władzy. Jednak bardzo wiele osób dołączyło do tego ruchu tylko ze względu na wspólnego wroga jakim był socjalistyczny rząd. Ile z tych osób zdawało sobie sprawę z tego, że podłącza się do ruchu robotniczego - ruchu związków zawodowych, które jeśli są czymś zainteresowane to tylko przejęciem władzy i umocnieniem swojej pozycji? Zdobyciem władzy kosztem partyjnej nomenklatury PZPR, dokonania drobnej modyfikacji socjalizmu i nadaniu sobie wygodnego ustroju państwa? Do tego smutna prawda była taka, że postulaty te pisali ludzie, którym wolność kojarzyła się wyłącznie z pełną michą przygotowaną przez onych - wszystko jedno jakich. A część z tych postulatów jest też po prostu wątpliwej jakości intelektualnej. Przyjrzymy się tym 21 "doniosłym" postulatom. Proszę jednak chwycić się mocniej oparcia fotela, żeby nie spaść ze śmiechu... Zobaczymy też, które postulaty zostały zrealizowane, które zdezaktualizowały się, a co do których lepiej żeby nigdy nie zostały spełnione - przez kogokolwiek. Tekst będzie długi. 21 postulatów to sporo - prawdziwy tasiemiec. Czy naprawdę nie mogli się skupić na 3-4 najważniejszych sprawach, ująć je ogólnie i walczyć o nie do utraty tchu?
  • Zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych. 
Ten punkt został zrealizowany. To oczywiste, że każdy powinien mieć możliwość założyć taką organizację jaką chcę i należeć do takich jakie chce. Mimo to, związki zawodowe uzyskały w naszym kraju status świętych krów. Jakie inne organizacje miałyby prawo do własnych etatów opłacanych przez właściciela prywatnego przedsiębiorstwa? Widać tutaj wyraźnie, że fakt iż Solidarność była związkiem zawodowym odcisnął piętno na naszym kraju po zwycięstwie tej organizacji.
  • Zagwarantowanie prawa do strajku. 
Jest zagwarantowane. Ale czy to sprawiedliwe, że pracownicy mogą zastrajkować, a pracodawca nie? System prawny byłby symetryczny dopiero po prawnym usankcjonowaniu lokautu.
  • Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.
Dość zabawne jest odniesienie do Konstytucji PRL. Solidarność chciała wywrzeć nacisk na PZPR by szanowała przez siebie uchwalone prawo? Być może, ale w tej konstytucji były także zapisy o przewodniej roli Partii i o sojuszu polsko-radzieckim itp. Oczywiście walka o wolność słowa jest jak najbardziej chwalebna i nawet taka metoda jej nie dyskwalifikuje. Jest to bez wątpienia najjaśniejsza część postulatów. Ale czy osiągnięta w 100%. Ciężko powiedzieć. Z jednej strony partie opozycyjne, nawet skrajne, swobodnie wyrażają swoje opinie, a z drugiej strony nadal funkcjonuje w polskim prawie wiele Orwellowskich myślozbrodni: obrażanie uczuć religijnych, obrażanie głowy państwa, zakaz propagowania faszyzmu i komunizmu, zakaz reklamowania niektórych produktów (legalnych) itp. Nie objęto także dekomunizacją mediów ani dziennikarzy z powodu czego nadal pracuje tam wielu byłych agentów wykrzywiających współczesny przekaz medialny. Sukces jest więc umiarkowany.
  •  Przywrócenie do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za przekonania. 
Częściowo nieaktualne. Druga część "zniesienie represji za przekonania" - patrz punkt wyżej.
  • Podanie w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego żądań. 
Solidarność szybko zrozumiała, że grunt to PR i media :)  Przywódcy strajków chcieli po prostu zostać gwiazdorami mas. I to im się w 100% udało.
  • Podjęcie realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu. 
I tu zaczynają się mrzonki. Postulat ogólnie słuszny i moglibyśmy powtórzyć go dziś po raz kolejny - wszak mamy kryzys ekonomiczny i to nie tylko w Polsce ale całej Europie jak i poza nią. Jednak kto, jak i dlaczego miałby wyprowadzić kraj z kryzysu - tego robotnicy z Solidarności już nie wiedzą. Żadnych pomysłów panowie? Naprawdę? Czyli my żądamy, a Oni, znaczy się, Partia niech nam dogodzą. Po tym postulacie widać wyraźnie, że Solidarność nie chciała tak naprawdę obalać władzy ani zmieniać ustroju. Chciała tylko by micha była pełna - wszystko jedno jak!
  • Wypłacenie strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ). 
Jak ktoś strajkuje to powinien to robić na własny rachunek. Gdybym dziś był właścicielem czy zarządzającym dużym zakładem, to o takim postulacie nawet nie chciałbym dyskutować. Strajkujecie? Ok. Ale bierzecie za to odpowiedzialność i robicie to na własny rachunek. Dopiero wtedy można sprawdzić, czy strajk jest rozsądny, czy nie. Jeśli strajkujący nie chcą nawet ponieść części konsekwencji ekonomicznej, to oznacza że strajk nie jest dla nich aż tak ważny - a jest to zwykłe warcholstwo.
  • Podniesienie zasadniczej płacy o 2 tys. zł. 
Postulat lokalny. Natomiast ciekawy z tego powodu, że różnej maści związkowcy do dziś domagają się np. podniesienia płacy minimalnej. Dobrze, że nie domagają się podniesienia średniego wynagrodzenia :) Płacą minimalną zajmiemy się jeszcze kiedyś na tym blogu. Warto pamiętać, że jej wzrost zwiększa bezrobocie i nie jest wcale korzystny ani dla gospodarki ani dla większości zainteresowanych.
  • Zagwarantowanie wzrostu płac równolegle do wzrostu cen. 
Postulat de facto dość komiczny. Prawdopodobnie wśród piszących postulaty nie było ani jednego matematyka ani ekonomisty. A z pewnością nie było nikogo, kto rozumiałby na czym polega wolny rynek. Z punktu widzenia PRL-owskiej rzeczywistości mogło to wyglądać nawet kusząco. Skoro Oni mają maszynkę do drukowania pieniążków, to tylko ze zwykłej złośliwości nie chcą chyba dodrukować ich więcej. Wiadomo przecież, że sami ustalają ceny - co szkodziłoby im podnieść płace gdy podnoszą ceny. Żal więcej komentować te socjalistyczne bzdurki.
  • Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku. Eksport wyłącznie nadwyżek. 
Ten postulat brzmi dziś nieco egzotycznie. Otóż na większości rynków... nikt nie realizuje zaopatrzenia. Ze względu na prawo popytu i podaży rynek zostaje zaopatrzony przez firmy. Nikogo też nie obchodzi (a przynajmniej nie powinno) ile i czego się eksportuje. Ale zapamiętajcie sobie drogie dzieci - jeśli rządy znów zaczną wprowadzać kiedyś zaniżone ceny urzędowe na różne towary, że w kraju mogą znów pojawić się puste półki a firmom będzie opłacał się wyłącznie eksport. Postulat ten po raz kolejny dowodzi, że prości związkowcy z Solidarności tyle mieli pojęcia o wolności ile w PRLu mogli sobie wyobrazić. Wolny rynek? To dla nich bajka o smokach. A swoją drogą jak związkowcy wyobrażali sobie zrealizowanie pełnego zaopatrzenia rynku w kontekście innych postulatów (bez komercjalizacji cen, przy skróceniu czasu pracy itp.)? A co ich to miało obchodzić, oni byli przecież stroną roszczeniową. Tak jest niestety do dziś.
  • Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym. 
Uderzenie nieco grubszą pałką. Okazuje się, że coś jednak z tego wolnego rynku zauważyli w Polsce. Jednak nie spodobało im się to. Eksport wewnętrzny, czyli np. Pewexy musiał być solą w oku roszczeniowego związkowca. Płacić prawdziwą rynkową cenę? Przecież można zastrajkować i zażądać aby władza "zrealizowała pełne zaopatrzenie rynku", prawda? To smutne, że Solidarność chciała zlikwidować nawet to małe okienko na świat pełnych półek i wolnego rynku jakim były sklepy komercyjne. Dziś ten postulat brzmi śmiesznie, ale pewnie nie jeden związkowiec nie może sobie darować, że nie udało się całkowicie stłumić wolnego rynku i do Polski wdarł się ten paskudny kapitalizm. Przynajmniej tam gdzie się wdarł, bo przecież nie wszędzie.
  • Wprowadzenie zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu partyjnego. 
To jest dobre. Bierny, mierny, ale wierny - tak kiedyś mówiło się o sposobie dobierania kadr milicyjnych. Czy dziś policja pracuje lepiej? W części na pewno. Ale nie w 100%... Natomiast co do urzędników... o tutaj to nastąpił nawet regres. Ta mafia rozrosła się wielokrotnie, a dobór kadr najczęściej polega właśnie na przynależności partyjnej, znajomości i układów. Postulat nie zrealizowany do końca, a akurat szkoda. Ciekawe, czy związkowcy zdawali sobie sprawę z tego, że tylko mechanizmy wolnorynkowe mogą sprawić, że dobór kadr gdziekolwiek może być rozsądny. Szczerze wątpię.
  • Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso. 
"O - coś takiego! A ja myślałem, że walczyli o ich zniesienie!" Tak każdy zawoła czytając ten postulat. A guzik prawda, przecież napisałem, że Solidarność nie chciała likwidować socjalizmu! Małe związkowe móżdżki wydedukowały sobie, że jak każdy dostanie przydział 2kg schabu co miesiąc, to na pewno ten schab dla niego będzie i nareszcie będzie porządek, organizacja i mięso na każdy obiad. Potem pewnie żądaliby zwiększenia przydziału, bo okazałoby się, że przydział bonów wystarczy akurat na ... dwa obiady miesięcznie. A swoją drogą jak to się ma do postulatu "Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku."? Nie ma co się pastwić. Trzeba się cieszyć, że Solidarność po przejęciu władzy naprawdę nie zaczęła realizowania swoich komunistycznych postulatów. Część z nich jest gorsza niż uchwały PZPR w tym względzie!!!
  • Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30 lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn. 
Kolejny postulat z rodzaju "misie o małych rozumkach chcą mniej pracować". Nie przyszło im do głowy ani, że system emerytalny mógłby być całkowicie wolny a zabezpieczenie emerytalne w gestii każdego z nas, ani nawet, że można by przy dalszej obowiązkowości znieść wiek emerytalny. Oni chcieli żeby był jak dawniej socjalizm, ale żeby można było krócej pracować! To se ne da panie...  Szczególnie przy grożącej zapaści demograficznej społeczeństwa. Dzisiejszy socjalizm unijny idzie w zupełnie innym kierunku - wydłużania wieku emerytalnego. To musi być nie w smak dawnym związkowcom z panny "S". Trudno, mają pecha. Rządzili na początku lat 90-tych - mogli zrobić gruntowną reformę systemu, a nie zrobili.
  • Zrównanie rent i emerytur starego portfela. 
 Brzmi egzotycznie i jakoś nie bardzo mam ochotę dochodzić o co chodziło w tym postulacie. Jeśli ktoś z Czytelników chciałby poszukać w źródłach - proszę bardzo. O systemie emerytalnym napisałem w punkcie wyżej. Temat ten będzie jeszcze nie raz rozwijany.
  • Poprawienie warunków pracy służby zdrowia. 
Pozostaje przyklasnąć - o tak! I zastanowić się dlaczego po 30 latach ten punkt nie zostaje zrealizowany a jednocześnie jest cały czas aktualny. Część odpowiedzi wynika z samej konstrukcji tego postulatu. "Nie wiemy jak. Chcemy jednak żeby te warunki się poprawiły" - mówią związkowcy. Znów nie mają żadnej recepty, ale chcą aby Oni - Partia im te warunki poprawili. A potem gdy z młodymi partyjnymi podzielili się już władzą w 89' to nadal nie mieli pomysłu. Próba reagowania tu i ówdzie na objawy czy powoływanie i likwidowanie kas chorych to jakiś ponury żart a nie reformy. A rozwiązanie jest takie proste: natychmiast sprywatyzować w cholerę mi to całe dziadostwo z NFZem w pierwszej kolejności!
  • Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach. 
To ciekawe, że ten sam postulat powtarza i dziś lewica. Ja jednak nie rozumiem czemu rząd miałby coś tutaj zapewniać. Zliberalizować ten rynek i niech się sam rozwija! Dlaczego usługi fryzjerskie są prywatne i nieregulowane a przedszkolne takie być muszą? Dlaczego piekarnie powstają same z siebie i są prywatne, a żłobki muszą być tworzone przez państwo a miejsce w nich "zapewniane"? Za czyje pieniądze miałby to robić rząd? Związkowców trochę rozgrzeszę, bo w realiach socjalistycznej gospodarki PRL ciężko było sobie wyobrazić wolny rynek w zakresie przedszkoli, ale czemu dziś nadal powtarzane są przez polityków te same bzdury?
  • Wprowadzenie płatnych urlopów macierzyńskich przez 3 lata. 
Brzmi przyjemnie dla ucha. Ale znów trzeba zapytać - kto ma za to płacić i jakim prawem chcecie go zmuszać do tego? Oczywiście z różnych socjalistycznych gniotów ten postulat jako polityka prorodzinna mógłby nie być aż tak bardzo szkodliwy. Jednak czy naprawdę nie byłoby lepiej gdyby więcej pieniędzy zostawało po prostu w naszych kieszeniach i jedna osoba mogła po prostu utrzymać rodzinę, gdy druga zajmowałaby się wychowaniem dziecka?
  • Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania. 
No, ten postulat został zrealizowany, dziś każda melepeta może nieomal od ręki dostać pieniądze na mieszkanie :) ... w kredycie na 30 lat. To, że rynek budowlany jest dziś kiepski to jest jedno. Przyczyn jest dużo - wysokie podatki na materiały budowlane (VAT), brak taniej ziemi budowlanej (idiotyczna konieczność odralniania gruntów), czy brak możliwości stawiania czego się chce na własnej ziemi, biurokracja, koncesje itp. Druga sprawa, że sam postulat brzmi śmiesznie, bo to znów jest dziecinne tupnięcie nogą - macie nam zapewnić i koniec! Dobrzy panowie, zmiłujcie się - skrócenie czasu oczekiwania przy socjalistycznym niewydolnym budownictwie? Obejrzyjcie sobie serial Alternatywy 4 (powstanie dopiero za kilka lat) :)
  • Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i dodatku za rozłąkę. 
Mało interesujący kolejny roszczeniowy i zdezaktualizowany postulat. Sam fakt podawania w postulatach konkretnych kwot w złotych świadczy o tym, że nie chodziło o żadne dalekosiężne plany, tylko głównie parę chwilowych roszczeń. A my próbujemy robić z nich nowy Dekalog?
  • Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od pracy. 
To się udało zrealizować. Mimo to mógłbym zapytać - po co? Czy to nie powinno zależeć od umowy między pracodawcą a pracownikiem? Do śmietnika wyrzuciłbym cały kodeks pracy. Chińczycy go nie mają i mają dwucyfrowy wzrost gospodarczy.


Warto zauważyć, że charakter różnych postulatów jest nieco inny. Jedne są ogólne i ważne, jak walka o wolność słowa i zniesienie cenzury, a inne absurdalnie drobne, lokalne  i roszczeniowe jak podniesienie czegoś tam o 40zł... Prawdopodobnie postulaty do listy wprowadzały zupełnie różne grupy ludzi, czy wręcz różne środowiska. Warto o tej niespójności pamiętać i nie traktować ich jako świętości i nowego Dekalogu. Wiele z postulatów jest nieaktualnych (i dobrze) lub stanowi wyłącznie socjalistyczne mrzonki. Pamiętajcie o tym Państwo gdy znów usłyszycie w telewizji jak jakiś głupek głośno krzyczy "czas wrócić do postulatów sierpniowych i w końcu je zrealizować" Zwyczajnie zmieńcie kanał w tym momencie...