System wyborczy został w ostatnich latach tak skonstruowany aby zabetonować scenę polityczną dla 4 partii sejmowych i nie dopuszczać nikogo nowego. Niby demokracja, ale subtelnie powtykane tu i ówdzie odpowiednie zapisy robią swoje. Tj. nie wpuszczają nikogo poza swoimi... Wydawałoby się wszystko oczywiste. A tu niespodzianka. System Critical Error.
A wszystko przez to, że zarejestrował się w tych wyborach niepozorny komitet portalu Nowy Ekran stanowiącego grupę blogerów, którzy zebrali nieco ponad 1000 podpisów aby zarejestrować komitet. Nie wiem po co, bo szans na zdobycie 5000 podpisów w połowie okręgów, co jest warunkiem by startować do sejmu, raczej nie mieli. Może chcieli startować do senatu albo chodziło tylko o reklamę? Obecnie jest to kompletnie nie ważne. Nieistotne jest też w tej chwili jakie poglądy mają ci ludzie. Ani kto za nimi stoi. Ważne jest, że osoby te rozgrywają z Państwową Komisją Wyborczą arcyciekawą partię szachów i jak do tej pory rozstawiają ją po kątach. Otóż PKW odrzuciła rejestrację komitetu z bezsensownych powodów popełniając przy tym kilka szkolnych błędów formalnych. Nowy Ekran odwołał się do Sądu Najwyższego i tu sensacja: SN skargę uznał, co jest bez precedensu w historii wyborów III RP. Nie wiem za co te stare dziady z PKW biorą pieniądze? Ich jedyną pracą jest studiowanie ordynacji wyborczej i uczenie się jej na wyrywki. A tymczasem popełniają takie błędy jak wydanie postanowienia zamiast uchwały i inne tego typu banalne wpadki. Ale w sumie cieszy że choć raz to obywatele przy pomocy sztuczek formalnych próbują utrzeć nosa urzędnikom a nie na odwrót...
Ale o co właściwie chodzi, skąd problemy PKW? Otóż Sąd Najwyższy wydał werdykt dopiero po 7 dniach akurat, co za pech, gdy skończył się już czas zbierania podpisów. PKW uznała rejestrację komitetu z uwagi na werdykt SN, a komitet szybciutko i całkiem słusznie zgłosił, że został pozbawiony legalnie przysługującej mu możliwości zbierania podpisów co narusza równość komitetów wobec prawa. PKW w panice wydłużyła mu więc czas na zbieranie podpisów o 7 dni. Gdyby tego nie zrobiła - byłyby podstawy do unieważnienia wyborów! Jednak decyzja PKW to istne otwarcie puszki Pandory... Pokazuje, że PKW nie jest nieomylna i nie może wciąż bezprawnie zamiatać problemów pod dywan jak czyniła to w poprzednich wyborach, ale pokazuje też, że może ona manipulować kalendarzem wyborczym. A to daje pole do popisu dla prawników. Ci z Nowego Ekranu wyślą na pewno kolejne skargi z różnych powodów. Na przykład dlatego, że mają mniej czasu na kampanię wyborczą, czy dlatego że PKW nie ogłosiła informacji o wydłużeniu czasu zbierania podpisów na konferencji prasowej przez co wyborcy nie wiedzą, że komitet NE może nadal je zbierać i odmawiają podpisywania list. Do tego inne komitety zapewne również poszukają szans na podważenie uchwał PKW a może nawet wyborów? PKW podobno zakwestionowała tym razem rekordowe ilości podpisów, usuwając je całymi tysiącami, co spowodowało problemy z rejestracją kandydatów przez komitety wyborcze partii Marka Jurka i Korwina-Mikke. Jeśli one zaskarżą decyzje PKW z pozytywnym skutkiem zrobi się spore zamieszanie. Przesuwanie kalendarza wyborczego może rozwścieczyć też inne komitety, bo równość między komitetami została naruszona na dobre i nie wiadomo co z tym problemem zrobi teraz PKW.
Nie wiem dokładnie o co toczy się walka, bo cała sprawa wygląda mi nieco na ułożoną od początku, tak jakby NE miał od razu zaplanowane dalsze posunięcia. Nie wiem jakie będą kolejne kroki, ale sprawa jest dość ciekawa. Czy PKW zostanie zmuszone do przesunięcia wyborów? Kto wie. Najdziwniejsze w tej sprawie jest jednak to, że kompletnie milczą na jej temat media. WTF? Przecież to powinien być news dnia! A tymczasem na Onecie można przeczytać o tym, że z którejś-tam-listy startuje sołtys roku. Podobnie ciekawe newsy dominowały w tych dniach w telewizjach ogólnopolskich. Z tego może wyjść całkiem gruby dym a oni to ignorują? Wygląda więc na to, że PKW przyjęła strategię przeczekania i przemilczenia problemów a media jej w tym pomagając bojąc się rozgrzebania tego bagna jakim byłoby przesuwanie wyborów z powodów formalnych. PKW będzie więc zapewne z góry odrzucać wszelkie odwołania i skargi chyba że... do jakiegoś działania zmusi ją sąd. A to miało już raz miejsce, więc może się powtórzyć. Ja natomiast kibicuję każdemu działaniu, które może wywrócić pewność siebie bucowatych polityków z sejmu i odświeżyć stęchłą polską demokracyjkę. Może to jest tylko jakaś prowokacja mająca kto-wie-co na celu, ale może to właśnie widzimy narodziny nowego trendu i w XXI w. grupy dobrze zorganizowanych i świadomych wyborców zaczną upominać się o swoje i skutecznie rzucać wyzwanie władzom piszącym na kolanie tak ważne przepisy prawa jak ordynacja wyborcza i nawet nie respektującym ustanowionych przez siebie praw.
I na pewno ucieszy mnie, gdy partiom zasiadającym w sejmie zatrzęsą się nogi ze strachu, że nie wszystko przesądzone i przez kordon sanitarny fasadowej polskiej demokracji może przebić się jakiś nieproszony gość...
PS. Pierwotnie wpis miał być inny. Żona usilnie namawiała mnie żebym znów napisał coś o biurwach, które blokują nam pozwolenie na budowę domu. Ale dostaję mdłości na myśl o tym temacie. Co tu **** można pisać, gdy mija już 7 miesiąc, wymieniliśmy z różnymi biurwami stosy dokumentów, ponieśliśmy koszty, a na miejscu domu, który miał już we wrześniu stać gotowy (tak!) porasta trawa. Chętnie kopnąłbym w d*** jednego z drugim, ale pan biurwa ma przewagę siły w postaci pana policjanta więc nici z tego... Tak naprawdę to z biurwami nie powinno się dyskutować (ani o nich) tylko strzelać. Bo jak tu można być cierpliwym gdy biurwa wyjeżdża na 2 tygodnie na urlop i cały proces leży a druga biurwa z biurka obok nie może go przejąć i poświęcić 5 minut na pchnięcie dalej, po czym po przyjeździe z urlopu biurwa wysyła zawiadomienia o wszczęciu postępowania do 15 stron, których kompletnie nie obchodzi moja budowa i czeka kilka tygodni aż poczta łaskawie odeśle zwrotki, bo jeden adresat wyjechał na urlop i nie odbiera. Po prostu rzygać się chce jak się opisuje proces pracy biurw. Przez ich działania ponoszę spore koszty, w tym muszę przez zimę ogrzewać stare, nieocieplone mieszkanie zamiast grzać się w nowym energooszczędnym. Pieniędzy nikt mi nie zwróci, a jeszcze biurwa za kasę z MOICH PODATKÓW wygrzewa d*** na wakacjach. A spróbuj spóźnić się jeden dzień z zapłatą podatków...
sobota, 3 września 2011
System error
sobota, 20 sierpnia 2011
Dlaczego zbojkotuję E*** 2***
Miało być pozytywnie, ale się nie da. Co rusz trafia się bowiem idiotyzm, który tak irytuje, że nie można go przemilczeć. Korporacyjno-mafijny socjalizm jaki w ostatnich latach zakwitł na kontynencie europejskim nie daje o sobie zapomnieć. Tym razem będzie więc o tym, dlaczego mam zamiar zbojkotować imprezę zwaną E*** 2***. A po co gwiazdki stanie się jasne po przeczytaniu całości.
Nie zamierzam bojkotować meczów polskiej reprezentacji. Dlatego że to polska reprezentacja i ma specjalne prawa. Jednak oświadczam, że: nie obejrzę żadnego innego meczu, nie kupię żadnego produktu ani usługi zawierających logo bądź pośrednio lub bezpośrednio powiązanych z U*** lub E*** 2*** i będę zachęcać wszystkie osoby, które znam do poparcia bojkotu.
A teraz od początku o co chodzi. Europejska piłka nożna została niestety zmonopolizowana przez organizację pod nazwą U***, która zastrzegła sobie szereg praw związanych z imprezą pod nazwą E*** 2*** i sprzedaje je tylko wybranym pojedynczym partnerom uniemożliwiając prowadzenie innym firmom jakiegokolwiek powiązanego biznesu. O to ostatecznie nikt nie może mieć pretensji - każdy może współpracować z kim chce (za wyjątkiem rządu, o czym będzie dalej) nawet jeśli działania te przypominają działania mafii. Chociaż uważam, że piłce nożnej BARDZO przydałoby się istnienie więcej niż jednej federacji i konkurencja między nimi, taka jak choćby w boksie, to mówi się trudno - jest monopol a skoro kibice, piłkarze i działacze się na niego godzą - tak musi zostać. Nie chodzi mi też, a gdzież tam, o użycie oficjalnych znaków graficznych logo. Nie jestem skrajnym infoanarchistą i uznaję prawa autorskie do znaków graficznych. Ale do cholery - tylko do unikatowych dzieł o charakterze twórczym! Tymczasem U*** grozi firmom, które używają zwrotów słownych E*** 2***. Co gorsza okazuje się, że ma do tego prawo! Okazuje się, że dwa popularne słowa razem wzięte można już zastrzec choć nikt nie wmówi mi, że ma to coś wspólnego z unikatowym dziełem czy twórczością. Nawet polskie ministerstwo nie może z tym nic zrobić i nakazało firmom, które przygotowały plakaty i ulotki - zniszczyć je (nawet te zrobione za pieniądze z dotacji unijnych!).
Nie rozumiem jak i dlaczego zgodziliśmy się na przyjęcie mafijnego prawa, które pozwala rejestrować pospolite słowa. Okazuje się, że nawet użycie ich w domenie internetowej jest nielegalne, chyba że komuś będzie się potem chciało w sądzie dowodzić, że pod domeną euro2012.pl planował założenie strony prognozującej kurs waluty euro w roku 2012 i że nie ma to kompletnie związku ze sportem. Ale że w III RP z decyzjami sadów różnie bywa, to krok taki wymagałby sporej odwagi... A co jeśli ktoś zarejestruje sobie np. nazwę 'Polska 2013'? Nie będzie można pisać nic o Polsce w roku 2013? Ups... analiza strony U*** której nie podam, żeby nie reklamować tej sitwy, pokazuje że zastrzeżone są nawet takie nazwy jak: "EM 2***", "P***** U*******" (nazwy dwóch sporych krajów w Europie, co oznacza m.in. że żadna gmina przygraniczna nie może już zorganizować wspólnej imprezy ze stroną ukraińską i tak jej nazywać), czy hasło "R**** T******* P*********" (do rozkodowania we własnym zakresie, dodam że dość popularne hasło). Jeśli można już zastrzec nazwy krajów, to sytuacja doszła zdecydowanie za daleko. Ktoś temu absurdowi powinien powiedzieć głośno DOŚĆ i krzyknąć, że NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ZASTRZEŻONY ZNAK SŁOWNY DO CHOLERY JASNEJ WY ZŁODZIEJSKIE NASIENIE!
Oczywiście jeśli masz ochotę to możesz używać nazwy E*** 2*** na całkowicie niekomercyjnej stronie (co oceni U*** rzecz jasna i jak się jej nie spodoba to wezwie cię do natychmiastowego zamknięcia witryny) w ten sposób za darmo reklamując ich imprezę (dlatego zgodzą się na to - co za łaska). Niech więc na baczności mają się portale internetowe (nawet te duże) relacjonując imprezę. Jedna reklama i już trzeba będzie liczyć na łaskę ojców chrzestnych, że tym razem przymkną oko na tę swawolę.
Nie wolno będzie nawet w żaden sposób sugerować na swojej stronie, usłudze czy produkcie, że jest się jakkolwiek związanym z tą żałosną imprezą. Można wtedy zostać pozwanym za "marketing pasożytniczy" co jest podobno ciężkim przestępstwem. Wychodzi więc na to, że żaden restaurator, hotel czy osoba wynajmująca pokoje nie może głośno mówić, że ma coś wspólnego z E*** 2***. Jeśli to nie jest absurdem, to nie wiem co nim jest. Nazywanie tego nieuczciwą konkurencją to wyjątkowa bezczelność. Jeśli ktoś tu prowadzi nieuczciwą konkurencję to jest nią organizacja, która korzystając z niezasłużonych rządowych przywilejów pozwalających na rejestrację prostych słów zastrasza konkurencję. Tak działają mafie.
Na tym kontynencie powoli cała działalność prywatna, która nie jest zadekretowana przez jakiegoś urzędnika lub mafię jest nieuczciwa i kryminalna. Dlaczego wciąż niektórzy nazywają to wolnym rynkiem to nie mam pojęcia... Równie dobrze w ten sposób można by oskarżyć o nieuczciwą konkurencję każdego sprzedającego pamiątki w Zakopanym (wykorzystuje przecież atrakcję turystyczną, której sam nie stworzył jaką są Tatry), czy dowolny inny biznes w miejscowości z atrakcją turystyczną, zlokalizowany przy ruchliwej drodze, centrum popularnego miasta, czy prowadzony równolegle do jakiejś innej imprezy itp. itd... Z resztą podobna w pewnym sensie sprawa zakazu produkcji oscypków pokazuje, że to się już dzieje na naszych oczach. Czy niedługo kluski śląskie będzie mogła produkować wyłącznie firma zarejestrowana i działająca na Śląsku? A co z podobizną smoka wawelskiego lub syrenki? Będą mogły je używać wyłącznie firmy zarejestrowane w odpowiednich miastach i mające pieczątkę urzędnika?
W tym wszystkim kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego E*** 2*** nazywają promocją Polski czy promocją miast i regionów, w których odbędą się mecze. Na tej promocji poza U*** praktycznie mało kto skorzysta. Być może skorzysta na tym kilka pubów pod stadionami, o ile tylko U*** nie każe im wykupić licencji na oficjalną sprzedaż piwa (i nie nakaże sprzedaży piwa tylko jedynego słusznego browaru). Ale na pewno nie setki małych firm, które uwierzyły w zapewnienia rządu, że skoro płacą podatki na budowę stadionów, to przynajmniej coś na tym skorzystają. No właśnie...
U*** nie chce się bawić w biznes z polskimi firmami? Trudno, niech się wypcha. Ale w takim razie DLACZEGO POLSKI RZĄD OFICJALNIE PROMUJE TĘ IMPREZĘ I WYKŁADA NA NIĄ PIENIĄDZE PODATNIKÓW?!? Jeśli U*** jest taka cwana, to niech sama pobuduje stadiony na swoją zastrzeżoną imprezę. A tymczasem korzysta z infrastruktury opłaconej m.in. PRZEZE MNIE, ale nie pozwala mi nawet użyć nazwy imprezy, która się na niej odbędzie. Głupi naród dopłaci do budowy stadionów, które po imprezie będą stały puste i kosztowały kolejne pieniądze, a większość zysków zgarnie U*** i kilka zaprzyjaźnionych z nią zagranicznych firm. (Czy wiecie np., że oficjalne gadżety z logo może produkować tylko jedna firma z Francji i nikt poza tym nie może kupić licencji? To wystarczający powód by nie kupować żadnego.) Durne społeczeństwo, które wybiera durnych polityków jak zwykle zostanie zrobione na szaro (ale będzie mieć ho ho igrzyska).
Po tym wszystkim pozostają niemiłe pytania. Dlaczego nasze prawo pozwala na zastrzeganie popularnych słów i zwrotów? Dlaczego polski rząd nie dba o interesy Polaków tylko zagranicznych mafii i niepotrzebnie zadłuża nasz kraj? Czemu musimy płacić podatki na budowę i utrzymanie stadionów skoro polskie firmy nie zarobią na tej imprezie?
Skoro jest jak jest, to niech U*** wsadzi sobie głęboko tę imprezę. Ja ją bojkotuję.
PS. Blog zawiera reklamy, może więc zostać uznany za komercyjny. Dlatego wszelkie kontrowersyjne i podobno zastrzeżone znaki słowne zostały wygwiazdkowane, co niniejszym radzę robić od dziś każdemu używającemu ich.
PS2. Staszek Bareja jakby żył, to miałby raj. Nie musiałby się wysilać ani wymyślać jakichś skomplikowanych żartów - wystarczyłaby obserwacja telewizji i lektura gazet. Z tymi pubami, to hehe napisałem w dobrej wierze jako absurd. A tymczasem to wszystko prawda - tylko puby serwujące jedyne słuszne piwo będą mogły transmitować relacje z meczów.
Nie zamierzam bojkotować meczów polskiej reprezentacji. Dlatego że to polska reprezentacja i ma specjalne prawa. Jednak oświadczam, że: nie obejrzę żadnego innego meczu, nie kupię żadnego produktu ani usługi zawierających logo bądź pośrednio lub bezpośrednio powiązanych z U*** lub E*** 2*** i będę zachęcać wszystkie osoby, które znam do poparcia bojkotu.
A teraz od początku o co chodzi. Europejska piłka nożna została niestety zmonopolizowana przez organizację pod nazwą U***, która zastrzegła sobie szereg praw związanych z imprezą pod nazwą E*** 2*** i sprzedaje je tylko wybranym pojedynczym partnerom uniemożliwiając prowadzenie innym firmom jakiegokolwiek powiązanego biznesu. O to ostatecznie nikt nie może mieć pretensji - każdy może współpracować z kim chce (za wyjątkiem rządu, o czym będzie dalej) nawet jeśli działania te przypominają działania mafii. Chociaż uważam, że piłce nożnej BARDZO przydałoby się istnienie więcej niż jednej federacji i konkurencja między nimi, taka jak choćby w boksie, to mówi się trudno - jest monopol a skoro kibice, piłkarze i działacze się na niego godzą - tak musi zostać. Nie chodzi mi też, a gdzież tam, o użycie oficjalnych znaków graficznych logo. Nie jestem skrajnym infoanarchistą i uznaję prawa autorskie do znaków graficznych. Ale do cholery - tylko do unikatowych dzieł o charakterze twórczym! Tymczasem U*** grozi firmom, które używają zwrotów słownych E*** 2***. Co gorsza okazuje się, że ma do tego prawo! Okazuje się, że dwa popularne słowa razem wzięte można już zastrzec choć nikt nie wmówi mi, że ma to coś wspólnego z unikatowym dziełem czy twórczością. Nawet polskie ministerstwo nie może z tym nic zrobić i nakazało firmom, które przygotowały plakaty i ulotki - zniszczyć je (nawet te zrobione za pieniądze z dotacji unijnych!).
Nie rozumiem jak i dlaczego zgodziliśmy się na przyjęcie mafijnego prawa, które pozwala rejestrować pospolite słowa. Okazuje się, że nawet użycie ich w domenie internetowej jest nielegalne, chyba że komuś będzie się potem chciało w sądzie dowodzić, że pod domeną euro2012.pl planował założenie strony prognozującej kurs waluty euro w roku 2012 i że nie ma to kompletnie związku ze sportem. Ale że w III RP z decyzjami sadów różnie bywa, to krok taki wymagałby sporej odwagi... A co jeśli ktoś zarejestruje sobie np. nazwę 'Polska 2013'? Nie będzie można pisać nic o Polsce w roku 2013? Ups... analiza strony U*** której nie podam, żeby nie reklamować tej sitwy, pokazuje że zastrzeżone są nawet takie nazwy jak: "EM 2***", "P***** U*******" (nazwy dwóch sporych krajów w Europie, co oznacza m.in. że żadna gmina przygraniczna nie może już zorganizować wspólnej imprezy ze stroną ukraińską i tak jej nazywać), czy hasło "R**** T******* P*********" (do rozkodowania we własnym zakresie, dodam że dość popularne hasło). Jeśli można już zastrzec nazwy krajów, to sytuacja doszła zdecydowanie za daleko. Ktoś temu absurdowi powinien powiedzieć głośno DOŚĆ i krzyknąć, że NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK ZASTRZEŻONY ZNAK SŁOWNY DO CHOLERY JASNEJ WY ZŁODZIEJSKIE NASIENIE!
Oczywiście jeśli masz ochotę to możesz używać nazwy E*** 2*** na całkowicie niekomercyjnej stronie (co oceni U*** rzecz jasna i jak się jej nie spodoba to wezwie cię do natychmiastowego zamknięcia witryny) w ten sposób za darmo reklamując ich imprezę (dlatego zgodzą się na to - co za łaska). Niech więc na baczności mają się portale internetowe (nawet te duże) relacjonując imprezę. Jedna reklama i już trzeba będzie liczyć na łaskę ojców chrzestnych, że tym razem przymkną oko na tę swawolę.
Nie wolno będzie nawet w żaden sposób sugerować na swojej stronie, usłudze czy produkcie, że jest się jakkolwiek związanym z tą żałosną imprezą. Można wtedy zostać pozwanym za "marketing pasożytniczy" co jest podobno ciężkim przestępstwem. Wychodzi więc na to, że żaden restaurator, hotel czy osoba wynajmująca pokoje nie może głośno mówić, że ma coś wspólnego z E*** 2***. Jeśli to nie jest absurdem, to nie wiem co nim jest. Nazywanie tego nieuczciwą konkurencją to wyjątkowa bezczelność. Jeśli ktoś tu prowadzi nieuczciwą konkurencję to jest nią organizacja, która korzystając z niezasłużonych rządowych przywilejów pozwalających na rejestrację prostych słów zastrasza konkurencję. Tak działają mafie.
Na tym kontynencie powoli cała działalność prywatna, która nie jest zadekretowana przez jakiegoś urzędnika lub mafię jest nieuczciwa i kryminalna. Dlaczego wciąż niektórzy nazywają to wolnym rynkiem to nie mam pojęcia... Równie dobrze w ten sposób można by oskarżyć o nieuczciwą konkurencję każdego sprzedającego pamiątki w Zakopanym (wykorzystuje przecież atrakcję turystyczną, której sam nie stworzył jaką są Tatry), czy dowolny inny biznes w miejscowości z atrakcją turystyczną, zlokalizowany przy ruchliwej drodze, centrum popularnego miasta, czy prowadzony równolegle do jakiejś innej imprezy itp. itd... Z resztą podobna w pewnym sensie sprawa zakazu produkcji oscypków pokazuje, że to się już dzieje na naszych oczach. Czy niedługo kluski śląskie będzie mogła produkować wyłącznie firma zarejestrowana i działająca na Śląsku? A co z podobizną smoka wawelskiego lub syrenki? Będą mogły je używać wyłącznie firmy zarejestrowane w odpowiednich miastach i mające pieczątkę urzędnika?
W tym wszystkim kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego E*** 2*** nazywają promocją Polski czy promocją miast i regionów, w których odbędą się mecze. Na tej promocji poza U*** praktycznie mało kto skorzysta. Być może skorzysta na tym kilka pubów pod stadionami, o ile tylko U*** nie każe im wykupić licencji na oficjalną sprzedaż piwa (i nie nakaże sprzedaży piwa tylko jedynego słusznego browaru). Ale na pewno nie setki małych firm, które uwierzyły w zapewnienia rządu, że skoro płacą podatki na budowę stadionów, to przynajmniej coś na tym skorzystają. No właśnie...
U*** nie chce się bawić w biznes z polskimi firmami? Trudno, niech się wypcha. Ale w takim razie DLACZEGO POLSKI RZĄD OFICJALNIE PROMUJE TĘ IMPREZĘ I WYKŁADA NA NIĄ PIENIĄDZE PODATNIKÓW?!? Jeśli U*** jest taka cwana, to niech sama pobuduje stadiony na swoją zastrzeżoną imprezę. A tymczasem korzysta z infrastruktury opłaconej m.in. PRZEZE MNIE, ale nie pozwala mi nawet użyć nazwy imprezy, która się na niej odbędzie. Głupi naród dopłaci do budowy stadionów, które po imprezie będą stały puste i kosztowały kolejne pieniądze, a większość zysków zgarnie U*** i kilka zaprzyjaźnionych z nią zagranicznych firm. (Czy wiecie np., że oficjalne gadżety z logo może produkować tylko jedna firma z Francji i nikt poza tym nie może kupić licencji? To wystarczający powód by nie kupować żadnego.) Durne społeczeństwo, które wybiera durnych polityków jak zwykle zostanie zrobione na szaro (ale będzie mieć ho ho igrzyska).
Po tym wszystkim pozostają niemiłe pytania. Dlaczego nasze prawo pozwala na zastrzeganie popularnych słów i zwrotów? Dlaczego polski rząd nie dba o interesy Polaków tylko zagranicznych mafii i niepotrzebnie zadłuża nasz kraj? Czemu musimy płacić podatki na budowę i utrzymanie stadionów skoro polskie firmy nie zarobią na tej imprezie?
Skoro jest jak jest, to niech U*** wsadzi sobie głęboko tę imprezę. Ja ją bojkotuję.
PS. Blog zawiera reklamy, może więc zostać uznany za komercyjny. Dlatego wszelkie kontrowersyjne i podobno zastrzeżone znaki słowne zostały wygwiazdkowane, co niniejszym radzę robić od dziś każdemu używającemu ich.
PS2. Staszek Bareja jakby żył, to miałby raj. Nie musiałby się wysilać ani wymyślać jakichś skomplikowanych żartów - wystarczyłaby obserwacja telewizji i lektura gazet. Z tymi pubami, to hehe napisałem w dobrej wierze jako absurd. A tymczasem to wszystko prawda - tylko puby serwujące jedyne słuszne piwo będą mogły transmitować relacje z meczów.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Każdy może zostać bohaterem
Miały być pozytywne wzorce. I będą - po raz drugi, w dodatku tym razem na poważnie a nie komediowo. Niestety coś negatywnego też muszę napisać - i to po raz kolejny o mediach.
W piątkowe popołudnie odbył się w Warszawie mecz Legii z Górnikiem. Na wydarzenie to jak zwykle wybrała się grupa kibiców z Zabrza i okolic - część prywatnymi samochodami, a około 300 osób specjalnie wynajętym pociągiem. Niestety jadącym koleją nie było dane tego dnia bez problemów dotrzeć na trybuny. W okolicy Piotrkowa pociąg specjalny kibiców został bowiem zatrzymany. Jak się okazało był on jednym z pierwszych, który nadjechał tuż po katastrofie kolejowej w Babach (dla osób nieoglądających TV: 1 osoba zginęła, ponad 80 zostało rannych). Kibice gdy zorientowali się w sytuacji mieli do wyboru: wrócić do domów drugim pociągiem podstawionym przez PKP, próbować znaleźć inne środki transportu i dostać się do Warszawy na mecz, lub udać się z pomocą. Cała grupa bez wahania wybrała pomoc poszkodowanym. Należy im się za to tzw. szacun. Nawet jeśli nie pomogli za dużo, to liczy się sam fakt, że w obliczu próby nie poszli na łatwiznę i nie wybrali powrotu do domu lub bardzo ważnego dla nich meczu tylko ofiarnie pospieszyli z pomocą.
Było o bohaterach, to teraz o antybohaterach. Tak się składa, że czasem zdarza mi się jeździć na trasie, na której wykoleił się pociąg, więc w piątkowy wieczór, jak i kolejnego dnia, uważnie oglądałem relacje z katastrofy w najważniejszych stacjach TV. Dziennikarze zrobili z tego, i to akurat słusznie, temat dnia. Były wywiady z policjantami, lekarzami, ofiarami, strażakami, a nawet z okolicznymi mieszkańcami, którzy podobno ruszyli z pomocą poszkodowanym. Były animacje pokazujące katastrofę i rozmowy z ekspertami. Zabrakło chyba tylko wywiadu z maszynistą, co było utrudnione ze względu na fakt aresztowania go przez policję. I to wszystko było, ale jednego newsa ewidentnie zabrakło. O wsparciu przez kibiców nie powiedziono ani słowa. Wiadomo - kibice są teraz na czarnej liście władz i mówić o nich dobrze jest niebezpiecznie - można stracić dobrą posadę. O całej sprawie dowiedziałem się więc przypadkiem z internetu dopiero kilka dni później. W sieci było o tym napisane owszem na kilku stronach (w tym o dziwo na stronie TVP), ale jeśli chodzi o telewizje, to ani TVP, ani TVN ani Polsat nie wspomniały o tym wydarzeniu nawet słowem. Z dużych portali pisała z resztą o tym tylko WP. Oczywiście jeśli gdzieś na meczu padnie niecenzuralna przyśpiewka albo zostanie rozbite krzesełko, to natychmiast staje się to ważnym newsem dnia dla wszystkich stacji. Jak w PRLu - wiadomości mogą być tylko po linii Partii... No cóż, okazuje się po prostu, że w Polsce nie mamy problemu kiboli, ale przede wszystkim problem dziennikarzoli, którzy w swojej nierzetelności, obłudzie i serwilizmie wobec władz przekroczyli już dawno granice przyzwoitości i trwają w tym stanie od lat.
Z tego można wynieść ważny morał. W życiu jest tak, że bohaterem może zostać każdy, nawet przypadkiem jadąc na mecz. Do tego, by zostać mendą i zerem niektórzy wydają się mieć specjalne predyspozycje ale osiągnięcie tego stanu nie jest przypadkowe - sami pracują na niego latami i sami są winni tego, że się stoczyli.
W piątkowe popołudnie odbył się w Warszawie mecz Legii z Górnikiem. Na wydarzenie to jak zwykle wybrała się grupa kibiców z Zabrza i okolic - część prywatnymi samochodami, a około 300 osób specjalnie wynajętym pociągiem. Niestety jadącym koleją nie było dane tego dnia bez problemów dotrzeć na trybuny. W okolicy Piotrkowa pociąg specjalny kibiców został bowiem zatrzymany. Jak się okazało był on jednym z pierwszych, który nadjechał tuż po katastrofie kolejowej w Babach (dla osób nieoglądających TV: 1 osoba zginęła, ponad 80 zostało rannych). Kibice gdy zorientowali się w sytuacji mieli do wyboru: wrócić do domów drugim pociągiem podstawionym przez PKP, próbować znaleźć inne środki transportu i dostać się do Warszawy na mecz, lub udać się z pomocą. Cała grupa bez wahania wybrała pomoc poszkodowanym. Należy im się za to tzw. szacun. Nawet jeśli nie pomogli za dużo, to liczy się sam fakt, że w obliczu próby nie poszli na łatwiznę i nie wybrali powrotu do domu lub bardzo ważnego dla nich meczu tylko ofiarnie pospieszyli z pomocą.
Było o bohaterach, to teraz o antybohaterach. Tak się składa, że czasem zdarza mi się jeździć na trasie, na której wykoleił się pociąg, więc w piątkowy wieczór, jak i kolejnego dnia, uważnie oglądałem relacje z katastrofy w najważniejszych stacjach TV. Dziennikarze zrobili z tego, i to akurat słusznie, temat dnia. Były wywiady z policjantami, lekarzami, ofiarami, strażakami, a nawet z okolicznymi mieszkańcami, którzy podobno ruszyli z pomocą poszkodowanym. Były animacje pokazujące katastrofę i rozmowy z ekspertami. Zabrakło chyba tylko wywiadu z maszynistą, co było utrudnione ze względu na fakt aresztowania go przez policję. I to wszystko było, ale jednego newsa ewidentnie zabrakło. O wsparciu przez kibiców nie powiedziono ani słowa. Wiadomo - kibice są teraz na czarnej liście władz i mówić o nich dobrze jest niebezpiecznie - można stracić dobrą posadę. O całej sprawie dowiedziałem się więc przypadkiem z internetu dopiero kilka dni później. W sieci było o tym napisane owszem na kilku stronach (w tym o dziwo na stronie TVP), ale jeśli chodzi o telewizje, to ani TVP, ani TVN ani Polsat nie wspomniały o tym wydarzeniu nawet słowem. Z dużych portali pisała z resztą o tym tylko WP. Oczywiście jeśli gdzieś na meczu padnie niecenzuralna przyśpiewka albo zostanie rozbite krzesełko, to natychmiast staje się to ważnym newsem dnia dla wszystkich stacji. Jak w PRLu - wiadomości mogą być tylko po linii Partii... No cóż, okazuje się po prostu, że w Polsce nie mamy problemu kiboli, ale przede wszystkim problem dziennikarzoli, którzy w swojej nierzetelności, obłudzie i serwilizmie wobec władz przekroczyli już dawno granice przyzwoitości i trwają w tym stanie od lat.
Z tego można wynieść ważny morał. W życiu jest tak, że bohaterem może zostać każdy, nawet przypadkiem jadąc na mecz. Do tego, by zostać mendą i zerem niektórzy wydają się mieć specjalne predyspozycje ale osiągnięcie tego stanu nie jest przypadkowe - sami pracują na niego latami i sami są winni tego, że się stoczyli.
środa, 10 sierpnia 2011
Pieniądze to nie wszystko
W poprzednich miesiącach chyba za bardzo narzekałem na moim blogu. Można nawet by rzec, że stał się on nieco defetystyczny. Zamiast pozytywnych przykładów jak powinno być były w nim głównie narzekania na biurokrację, polityków i postępujący socjalizm. Rzeczywistość jest jaka jest i ciężko jest zmienić. A więc może lepiej zająć się pracą u podstaw i propagowaniem pozytywnych wzorców? Jest ich mało, ale czasem zjawiają się jak jaskółki na wiosnę.
Szczególnie mało jest produkcji filmowych przedstawiających w sposób pozytywny zdrową, wolnorynkową przedsiębiorczość. Przedsiębiorca w polskiej kinematografii to najczęściej chciwy cwaniak wyciskający krwawicę z ciemiężonych pracowników. Względnie czasem przedstawiane jest w nich beztroskie życie korporacyjnych szczurów lub bajki o amerykańskich Carringtonach i innych Krezusach. Wszystko to albo bezsensowne paszkwile, porównywalne niemal z dawną propagandą krajów "demokracji ludowej" lub niemające oparcia w rzeczywistości fikcje. Wśród nich wyróżnia się film "Pieniądze to nie wszystko". Stanowi on ciekawą odmianę. To obraz, który co prawda pokazuje różne przywary zarówno środowisk nowobogackich biznesmenów z Warszawy jak i bezrobotnych mieszkańców postpegieerowskich wsi, ale równoważy je rolami pozytywnymi i budzącymi sympatię u widzów, w tym głównego bohatera: biznesmena produkującego tanie wina rzuconego przez los w okolicę zamieszkiwaną głównie przez konsumentów jego produktu. I chociaż na początku zbudowanie dochodowego biznesu w miejscu gdzie ludzie "nie mają żadnych dochodów ani potrzeb" wydaje się niemożliwe to, grany przez rewelacyjnego w tej roli Marka Kondrata, biznesmen pokazuje, że prawdziwa przedsiębiorczość, to nie białe kołnierzyki ścigające się w grze pozorów w wielkich korporacjach finansowych, nie mafijne lub polityczne układy ani wielki kapitał. Sedno kapitalizmu to mądry i energiczny lider (wszak słowo capitalism pochodzi od łac. capita czyli głowa) wsparty grupą chętnych do uczciwej i rzetelnej roboty pracowników.
Film J. Machulskiego, to co prawda tylko lekka komedia, ale zawiera ważne przesłanie. Kapitalizm i wolny rynek to nie tylko pieniądze. To także, a właściwie przede wszystkim, ludzkie działanie, realizacja dążeń, marzeń i ambicji. To godność wreszcie. Mieszkańcy wsi dzięki impulsowi energii nadanemu przez przedsiębiorcę budzą się z letargu i nareszcie zaczynają chcieć. Chcieć robić coś co ma sens, nadać swemu życiu znaczenie, mieć coś swojego, być za coś odpowiedzialnym. Choć pieniądze też są dla nich ważne, bo poprawią ich byt materialny, to jeszcze ważniejsze jest poczucie godności i przynależności do pewnej wspólnoty. Oni czują, że swoją fabryczkę zbudowali sami, są za nią odpowiedzialni i gotowi bronić jej z bronią w ręku przed agresywną i nieuczciwą konkurencją.
To wszystko co wyżej napisałem to prawda. Jednak w polskich realiach wydaje się to być utopią. Być może to faktycznie jest utopia, ale potrzebujemy więcej takich przykładów. Pokazujacych, że można zrealizować swoje ambicje i marzenia jeśli tylko się chce i ma ochotę do pracy, ale także pokazujących że pieniądze to nie wszystko. Ważne jest ludzkie działanie, motywacja do niego i godność, której nabiera człowiek wolny, który bierze odpowiedzialność za swój los i sam zarabia na swoje utrzymanie jednocześnie budując dobrobyt społeczeństwa.
W tym filmie jest też mało widoczny wątek, na który wielu oglądających nie zwróciło zapewne uwagi. A jest on ważny i symboliczny. Otóż we wsi jest prywatna firma "Krewetka" - lokalny przedsiębiorca zajmujący się produkcją bodajże właśnie krewetek. Miejscowi bezrobotni nie chcą jednak u niego pracować twierdząc, że to praca uwłaczająca ich godności. To w polskich realiach niestety częsta sytuacja... Jednak już na samym końcu filmu jadą z "Krewetką" autobusem do pracy w jego firmie. Lokalny biznesmen okazuje się być "opcją awaryjną" po tym jak produkcja wina nie wypaliła. Co się stało, że nagle nastąpiła odmiana postaw? Mieszkańcy mówią, że: "liczy się człowiek a nie branża". To ich lider, sprawdzona osoba, człowiek któremu ufają i który wydźwignął ich z nijakości i bezsensowego letargu, polecił im tą nową pracę i to jego autorytet sprawia, że chętniej akceptują "Krewetkę". Dodatkowym, niewypowiedzianym w filmie, powodem jest to, że raz zarażony duchem wolnego rynku człowiek, staje się aktywny, produktywny i chętny do działania. To ważny przekaz.
PS. Oczywiście budowanie dobrobytu społeczeństwa i nabywanie godności, to zwroty nieco przesadzone jeśli mówimy o rozlewni taniego wina. Jednak komedie mają swoje prawa i ich tematyka musi być luźna i prześmiewcza. Problemem jest praktycznie brak filmów poważnych pokazujących dobre strony wolnego rynku, które można by omawiać. Branża filmowa ewidentnie nie lubi kapitalizmu. O tym czemu tak jest można by długo rozprawiać. Ja jednak wolę pokazywać pozytywne wzorce :-)
Szczególnie mało jest produkcji filmowych przedstawiających w sposób pozytywny zdrową, wolnorynkową przedsiębiorczość. Przedsiębiorca w polskiej kinematografii to najczęściej chciwy cwaniak wyciskający krwawicę z ciemiężonych pracowników. Względnie czasem przedstawiane jest w nich beztroskie życie korporacyjnych szczurów lub bajki o amerykańskich Carringtonach i innych Krezusach. Wszystko to albo bezsensowne paszkwile, porównywalne niemal z dawną propagandą krajów "demokracji ludowej" lub niemające oparcia w rzeczywistości fikcje. Wśród nich wyróżnia się film "Pieniądze to nie wszystko". Stanowi on ciekawą odmianę. To obraz, który co prawda pokazuje różne przywary zarówno środowisk nowobogackich biznesmenów z Warszawy jak i bezrobotnych mieszkańców postpegieerowskich wsi, ale równoważy je rolami pozytywnymi i budzącymi sympatię u widzów, w tym głównego bohatera: biznesmena produkującego tanie wina rzuconego przez los w okolicę zamieszkiwaną głównie przez konsumentów jego produktu. I chociaż na początku zbudowanie dochodowego biznesu w miejscu gdzie ludzie "nie mają żadnych dochodów ani potrzeb" wydaje się niemożliwe to, grany przez rewelacyjnego w tej roli Marka Kondrata, biznesmen pokazuje, że prawdziwa przedsiębiorczość, to nie białe kołnierzyki ścigające się w grze pozorów w wielkich korporacjach finansowych, nie mafijne lub polityczne układy ani wielki kapitał. Sedno kapitalizmu to mądry i energiczny lider (wszak słowo capitalism pochodzi od łac. capita czyli głowa) wsparty grupą chętnych do uczciwej i rzetelnej roboty pracowników.
Film J. Machulskiego, to co prawda tylko lekka komedia, ale zawiera ważne przesłanie. Kapitalizm i wolny rynek to nie tylko pieniądze. To także, a właściwie przede wszystkim, ludzkie działanie, realizacja dążeń, marzeń i ambicji. To godność wreszcie. Mieszkańcy wsi dzięki impulsowi energii nadanemu przez przedsiębiorcę budzą się z letargu i nareszcie zaczynają chcieć. Chcieć robić coś co ma sens, nadać swemu życiu znaczenie, mieć coś swojego, być za coś odpowiedzialnym. Choć pieniądze też są dla nich ważne, bo poprawią ich byt materialny, to jeszcze ważniejsze jest poczucie godności i przynależności do pewnej wspólnoty. Oni czują, że swoją fabryczkę zbudowali sami, są za nią odpowiedzialni i gotowi bronić jej z bronią w ręku przed agresywną i nieuczciwą konkurencją.
To wszystko co wyżej napisałem to prawda. Jednak w polskich realiach wydaje się to być utopią. Być może to faktycznie jest utopia, ale potrzebujemy więcej takich przykładów. Pokazujacych, że można zrealizować swoje ambicje i marzenia jeśli tylko się chce i ma ochotę do pracy, ale także pokazujących że pieniądze to nie wszystko. Ważne jest ludzkie działanie, motywacja do niego i godność, której nabiera człowiek wolny, który bierze odpowiedzialność za swój los i sam zarabia na swoje utrzymanie jednocześnie budując dobrobyt społeczeństwa.
W tym filmie jest też mało widoczny wątek, na który wielu oglądających nie zwróciło zapewne uwagi. A jest on ważny i symboliczny. Otóż we wsi jest prywatna firma "Krewetka" - lokalny przedsiębiorca zajmujący się produkcją bodajże właśnie krewetek. Miejscowi bezrobotni nie chcą jednak u niego pracować twierdząc, że to praca uwłaczająca ich godności. To w polskich realiach niestety częsta sytuacja... Jednak już na samym końcu filmu jadą z "Krewetką" autobusem do pracy w jego firmie. Lokalny biznesmen okazuje się być "opcją awaryjną" po tym jak produkcja wina nie wypaliła. Co się stało, że nagle nastąpiła odmiana postaw? Mieszkańcy mówią, że: "liczy się człowiek a nie branża". To ich lider, sprawdzona osoba, człowiek któremu ufają i który wydźwignął ich z nijakości i bezsensowego letargu, polecił im tą nową pracę i to jego autorytet sprawia, że chętniej akceptują "Krewetkę". Dodatkowym, niewypowiedzianym w filmie, powodem jest to, że raz zarażony duchem wolnego rynku człowiek, staje się aktywny, produktywny i chętny do działania. To ważny przekaz.
PS. Oczywiście budowanie dobrobytu społeczeństwa i nabywanie godności, to zwroty nieco przesadzone jeśli mówimy o rozlewni taniego wina. Jednak komedie mają swoje prawa i ich tematyka musi być luźna i prześmiewcza. Problemem jest praktycznie brak filmów poważnych pokazujących dobre strony wolnego rynku, które można by omawiać. Branża filmowa ewidentnie nie lubi kapitalizmu. O tym czemu tak jest można by długo rozprawiać. Ja jednak wolę pokazywać pozytywne wzorce :-)
sobota, 16 lipca 2011
Państwowa Inspekcja Gościnności
Państwo nakłada coraz więcej regulacji na prywatne firmy (czy można wciąż nazwać je prywatnymi gdy urzędnik ma wobec nich więcej uprawnień niż formalny właściciel?). Ostrzegałem jakiś czas temu, że przyjęcie tzw. ustawy o dyskryminacji może mieć daleko idące konsekwencje. Polacy rzadko do tej pory z niej korzystali ale zaczynają się już pierwsze pozwy. Prawdziwe konsekwencje czekają nas jednak dopiero w przyszłości.
Absurdalność takich przepisów przestaje być społeczeństwu widoczna dość szybko. Wprawdzie obecnie większość ludzi jeszcze podśmiewa się słysząc, że fryzjerzy będą musieli strzyc kobiety i mężczyzn za tą samą stawkę, a agencja modelek będzie musiała płacić brzydszej tyle samo co ładniejszej, ale założę się że za kilka lat będą śmiać się z kogoś kto będzie twierdzić że ten przepis to absurd. Podobnie jak nie da się w dzisiejszych czasach wytłumaczyć, nawet całkiem inteligentnym osobom, że płaca minimalna to patologia.
W takich sytuacjach pomocne są analogie. Wyobraźmy sobie, że prywatne domy traktowane są jak prywatne firmy. Zastanówmy się przez chwilę "co by było gdyby...".
Zapraszasz gości do swojego "prywatnego domu". Przychodzi kilkanaście osób, jest muzyka, wino, poczęstunek. Zabawa się rozkręca, a atmosfera jest miła. Nagle jednak jeden z gości wstaje obrażony i niespodziewanie grozi nam pozwaniem do Sądu Gościny za to, że poczęstowaliśmy go gorszym winem niż sąsiada. "To skandal i dyskryminacja! Każdy ma prawo do takiego samego wina! Dobre wino to nie przywilej, to obowiązek gospodarza! Jak nie stać go na dobre wino, to niech nie zaprasza gości!" - krzyczy. "To prawda" - dodaje siedząca opodal kobieta - "to skandal jak nas tutaj traktują, przed kwadransem skończyły się krakersy a gospodarz wciąż ich nie uzupełnił! Nie dba o zapewnienie podstawowych Praw Gości!". Nie dosłyszałeś fragmentu w którym mówili o sądzie, więc nie denerwujesz się. Goście czasami bywają marudni, trudno - trzeba się bardziej postarać. Aby nie psuć atmosfery otwierasz skrzynkę swojego najlepszego wina, które trzymałeś na specjalną okazję i zabawa trwa dalej. Po pewnym czasie goście zaczynają jednak wysuwać kolejne roszczenia. "To skandal - mamy za mało światła. Powinna tu być co najmniej żarówka 100W a gospodarz używa 80! Zgłoszę ten przypadek do Państwowej Inspekcji Gościnności. To rażące naruszenie BHP gościny!" - krzyczy starszy, łysawy mężczyzna. Zastanawiasz się czy na pewno go zapraszałeś oraz czemu, skoro uważa że jest za ciemno, nie pójdzie sobie do własnego domu albo nie poszuka innej imprezy... "To nie wszystko." - krzyczy inny. "Odkryłem coś jeszcze gorszego. Nie jesteśmy tutaj karmieni prawidłowo! Zgodnie z ustawą o Minimalnej Gościnie każdy goszczący w swoim domu gości zobowiązany jest do dostarczenia co najmniej raz na 4 godziny dwóch kanapek minimum z żółtym serem oraz jedną herbatę. Sprawdziłem dokładnie. Odkąd tu jesteśmy dostałem zaledwie jedną kanapkę, a o herbatę musiałem się wykłócić, grożąc żonie gospodarza założeniem Związków Gościnnych. To prawdziwy skandal. Nie zostawię tak tej sprawy!". Trochę cię to wszystko zaczyna denerwować. Atmosfera i tak już upadła postanawiasz więc zakończyć zabawę i wyprosić gości. I tak już raczej nie obrażą się bardziej. Zaczynasz więc, tak delikatnie na ile tylko potrafisz, proponować gościom wyjście. Wspaniałomyślnie decydujesz się opłacić im powrót do domów taksówkami. Nic z tego, to nie koniec nieprzyjemności. Najgłośniej wcześniej krzyczący z mężczyzn oznajmia: "Wyrzucanie Gościa, który ujawnił na przyjęciu poważne nieprawidłowości jest zwykłą zemstą i nielegalną dyskryminacją. Gospodarz nie ma do tego prawa. Państwowa Inspekcja Gościnności na pewno się o tym dowie. Nie uniknie pan również pozwu do Sądu Gościnności!". Inni wtórują mu: "Nie może być tak, że się nas zaprasza a potem wyprasza. Mamy prawo do stabilnego goszczenia. Jak tu przychodziliśmy, to spodziewaliśmy się zostać przez cały wieczór. Ten wyzyskiwacz narusza nasze podstawowe prawa. Żądamy bezpiecznych miejsc gościny, w której będziemy mogli gościć się aż do emerytury bez stresującego szukania kolejnych domów! Poinformujemy media o tym skandalicznym miejscu!" Goście wychodzą zostawiając sterty brudnych naczyń, poniszczony parkiet, pomazane ściany i mnóstwo rachunków do zapłaty. Myślisz jednak, że najgorsze już za tobą, bo w końcu sobie poszli. Nic z tych rzeczy. Dostajesz wkrótce serię mandatów i grzywien do zapłaty, w telewizji pokazują twój dom w reportażu z cyklu "kanalie miesiące", ludzie spluwają przed tobą gdy mijasz ich na ulicy, a sąd nakazuje ponowne zaproszenie wyproszonych gości i zorganizowanie im trzech imprez z zachowaniem wszystkich standardów opisywanych przez Kodeks Gościny albo wysokie odszkodowania. Nie chcąc ich więcej widzieć na oczy decydujesz się na drugie wyjście. To powoduje, że pojawiają się długi. Twój dom nieremontowany podupada. Cierpisz na depresję, a twoja żona chce się z tobą rozwieść. Wszystko przez to, że nieopatrznie zaprosiłeś kiedyś niewłaściwych gości do swojego domu. Wkrótce jesteś zmuszony sprzedać go aby pokryć długi. "Wstrętny kapitalizm. Za komuny było lepiej - nikt nie panoszył mi się do tego stopnia w moim własnym domu" - myślisz. Postanawiasz już nigdy, nigdzie, nikogo nie zapraszać, a wyłącznie wpraszać się samemu...
Absurdalność takich przepisów przestaje być społeczeństwu widoczna dość szybko. Wprawdzie obecnie większość ludzi jeszcze podśmiewa się słysząc, że fryzjerzy będą musieli strzyc kobiety i mężczyzn za tą samą stawkę, a agencja modelek będzie musiała płacić brzydszej tyle samo co ładniejszej, ale założę się że za kilka lat będą śmiać się z kogoś kto będzie twierdzić że ten przepis to absurd. Podobnie jak nie da się w dzisiejszych czasach wytłumaczyć, nawet całkiem inteligentnym osobom, że płaca minimalna to patologia.
W takich sytuacjach pomocne są analogie. Wyobraźmy sobie, że prywatne domy traktowane są jak prywatne firmy. Zastanówmy się przez chwilę "co by było gdyby...".
Zapraszasz gości do swojego "prywatnego domu". Przychodzi kilkanaście osób, jest muzyka, wino, poczęstunek. Zabawa się rozkręca, a atmosfera jest miła. Nagle jednak jeden z gości wstaje obrażony i niespodziewanie grozi nam pozwaniem do Sądu Gościny za to, że poczęstowaliśmy go gorszym winem niż sąsiada. "To skandal i dyskryminacja! Każdy ma prawo do takiego samego wina! Dobre wino to nie przywilej, to obowiązek gospodarza! Jak nie stać go na dobre wino, to niech nie zaprasza gości!" - krzyczy. "To prawda" - dodaje siedząca opodal kobieta - "to skandal jak nas tutaj traktują, przed kwadransem skończyły się krakersy a gospodarz wciąż ich nie uzupełnił! Nie dba o zapewnienie podstawowych Praw Gości!". Nie dosłyszałeś fragmentu w którym mówili o sądzie, więc nie denerwujesz się. Goście czasami bywają marudni, trudno - trzeba się bardziej postarać. Aby nie psuć atmosfery otwierasz skrzynkę swojego najlepszego wina, które trzymałeś na specjalną okazję i zabawa trwa dalej. Po pewnym czasie goście zaczynają jednak wysuwać kolejne roszczenia. "To skandal - mamy za mało światła. Powinna tu być co najmniej żarówka 100W a gospodarz używa 80! Zgłoszę ten przypadek do Państwowej Inspekcji Gościnności. To rażące naruszenie BHP gościny!" - krzyczy starszy, łysawy mężczyzna. Zastanawiasz się czy na pewno go zapraszałeś oraz czemu, skoro uważa że jest za ciemno, nie pójdzie sobie do własnego domu albo nie poszuka innej imprezy... "To nie wszystko." - krzyczy inny. "Odkryłem coś jeszcze gorszego. Nie jesteśmy tutaj karmieni prawidłowo! Zgodnie z ustawą o Minimalnej Gościnie każdy goszczący w swoim domu gości zobowiązany jest do dostarczenia co najmniej raz na 4 godziny dwóch kanapek minimum z żółtym serem oraz jedną herbatę. Sprawdziłem dokładnie. Odkąd tu jesteśmy dostałem zaledwie jedną kanapkę, a o herbatę musiałem się wykłócić, grożąc żonie gospodarza założeniem Związków Gościnnych. To prawdziwy skandal. Nie zostawię tak tej sprawy!". Trochę cię to wszystko zaczyna denerwować. Atmosfera i tak już upadła postanawiasz więc zakończyć zabawę i wyprosić gości. I tak już raczej nie obrażą się bardziej. Zaczynasz więc, tak delikatnie na ile tylko potrafisz, proponować gościom wyjście. Wspaniałomyślnie decydujesz się opłacić im powrót do domów taksówkami. Nic z tego, to nie koniec nieprzyjemności. Najgłośniej wcześniej krzyczący z mężczyzn oznajmia: "Wyrzucanie Gościa, który ujawnił na przyjęciu poważne nieprawidłowości jest zwykłą zemstą i nielegalną dyskryminacją. Gospodarz nie ma do tego prawa. Państwowa Inspekcja Gościnności na pewno się o tym dowie. Nie uniknie pan również pozwu do Sądu Gościnności!". Inni wtórują mu: "Nie może być tak, że się nas zaprasza a potem wyprasza. Mamy prawo do stabilnego goszczenia. Jak tu przychodziliśmy, to spodziewaliśmy się zostać przez cały wieczór. Ten wyzyskiwacz narusza nasze podstawowe prawa. Żądamy bezpiecznych miejsc gościny, w której będziemy mogli gościć się aż do emerytury bez stresującego szukania kolejnych domów! Poinformujemy media o tym skandalicznym miejscu!" Goście wychodzą zostawiając sterty brudnych naczyń, poniszczony parkiet, pomazane ściany i mnóstwo rachunków do zapłaty. Myślisz jednak, że najgorsze już za tobą, bo w końcu sobie poszli. Nic z tych rzeczy. Dostajesz wkrótce serię mandatów i grzywien do zapłaty, w telewizji pokazują twój dom w reportażu z cyklu "kanalie miesiące", ludzie spluwają przed tobą gdy mijasz ich na ulicy, a sąd nakazuje ponowne zaproszenie wyproszonych gości i zorganizowanie im trzech imprez z zachowaniem wszystkich standardów opisywanych przez Kodeks Gościny albo wysokie odszkodowania. Nie chcąc ich więcej widzieć na oczy decydujesz się na drugie wyjście. To powoduje, że pojawiają się długi. Twój dom nieremontowany podupada. Cierpisz na depresję, a twoja żona chce się z tobą rozwieść. Wszystko przez to, że nieopatrznie zaprosiłeś kiedyś niewłaściwych gości do swojego domu. Wkrótce jesteś zmuszony sprzedać go aby pokryć długi. "Wstrętny kapitalizm. Za komuny było lepiej - nikt nie panoszył mi się do tego stopnia w moim własnym domu" - myślisz. Postanawiasz już nigdy, nigdzie, nikogo nie zapraszać, a wyłącznie wpraszać się samemu...
piątek, 8 lipca 2011
Pan urzędnik
Jakiś czas temu obiecałem napisać jak postępuje walka z biurwokracją sabotującą mi budowę domu. Dość długo nic nie pisałem, bo nie było o czym. Stworzenie dokumentu nazywającego się Warunki Zabudowy trwało 4 i pół miesiąca. W internecie przeczytałem, że nie jest tak źle, pechowcy czekają czasem pół roku pomimo braku jakichkolwiek problemów czy sporów z sąsiadami. Łaskawi widać u mnie ci urzędnicy...
Jakoś nie mogę się oprzeć by po raz kolejny nie napisać, że jeśli komuś roi się, że tzw. komuna upadła to powinien spróbować zbudować dom. Myślisz, że działka jest twoja? Sądzisz, że jeśli nie zakłócasz budowlą spokoju czy widoku na działkach sąsiadów to możesz budować bez przeszkód? Wydaje ci się, że jak masz projekt domu, to papierologia za tobą i czas startować prace budowlane? O, co to, to nie! Musisz spytać jeszcze o pozwolenie swojego pana i łaskawie poczekać...
Żeby chociaż to była tylko czysta, lecz uciążliwa formalność. Nie! Urzędnik wydaje dość precyzyjny nakaz opisujący co i jak ma być budowane. Mój projekt jest na szczęście całkiem standardowy i warunki zabudowy niczego mi nie zablokowały, ale... długość ściany nie może przekroczyć 10 metrów +/- 20%, fasada ma być co najmniej Xm. od drogi, wysokość kalenicy Y. Maksymalny kąt nachylenia dachu Z. I tak dalej. Łaskawcy przynajmniej pozwolili wybrać czy dach ma być płaski czy spadzisty. Ludzcy panowie znaczy się... I żeby to jaki park narodowy był, albo działka naprzeciwko Wawelu, to może bym i zrozumiał, że nie wolno budować byle czego. Ale to boczna ulica a wokół domy najróżniejsze i każdy inny: bogate, biedne, ładne i rozpadające się rudery, parterowe i piętrowe itp. To nie ważne. Urzędnik - twój pan i musi uzasadnić swoje istnienie oraz podkreślić panowanie przez tworzenie ograniczeń, uzgodnień i regulacji. Ludzki pan - budować pozwoli, ale dyskretnie przypomni, że to on tutaj rządzi i ustala reguły.
Cały proces pokazuje, że to w zasadzie już nie kapitalizm, czy socjalizm, ale po prostu ZWYKŁY FEUDALIZM powrócił. Z tym, że kiedyś feudał to był człowiek na jakimś poziomie a ponieważ jego dzieci dziedziczyły dobra, to przynajmniej dbał żeby wasale nie popadali z głodu albo nie pouciekali gdzieś daleko. I taki wasal jak go ładnie poprosił i czynsz czy podatek uiszczał bez problemów a w razie potrzeby udzielił wsparcia militarnego, to zazwyczaj mógł budować sobie taką chałupę czy pałac jakie chciał. A dziś? Dziś naszym panem feudalnym jest urzędas. Ni to na poziomie, ni to z urodzenia arystokracja, ni to nawet wykształcone. Ale to on decyduje: czy budujesz, kiedy budujesz i co budujesz na działce, którą w swojej łaskawości pozwala ci nazywać swoją. I tak samo jest w innych sprawach w tym kraju. Pozwolenie na to by handlować sałatą na targowisku, zezwolenie na założenie gazety, meldowanie gdzie zamieszkujesz, a wkrótce może chip pod skórę i pozwolenie na opuszczenie mieszkania, co? Nie ma to jak wolny kraj...
PS. Z innej beczki, ale dziwi mnie to nieustannie więc znów to napiszę. Hipokryzja dziennikarzy i polityków sięga w Polsce wyżyn. Po skazaniu w Białorusi białoruskiego korespondenta Gazety Wyborczej na 3 lata w zawieszeniu za zniesławienie Łukaszenki podniosło się w straszne larum. Nawet różne Buzki i insze polityki załamywały ręce jaki to panie totalitaryzm w tej Białej Rusi... Oczywiście ściganie z urzędu i skazywanie dziennikarza za krytykowanie i zniesławianie prezydenta nie jest dobre. Nie popieram cenzury. Ale chodzi o coś innego. Mianowicie o to, że cichaczem, bez rozgłosu, w Polsce... dzieje się to samo. Niejaki Karol Litwin, student KUL, został skazany na... 3 lata w zawieszeniu za nazwanie w gazetce kibiców Korony Kielce premiera Tuska ćwokiem. Niestety Gazeta Wyborcza jakoś zapomniała o tym napisać... To co, mamy jednak ten totalitaryzm w Polsce, czy na Białorusi jest ok? Profesorze Buzek, a czemu nie załamuje Pan rąk i nie krzyczy: biada nam, mamy w Polsce totalitaryzm?
Jakoś nie mogę się oprzeć by po raz kolejny nie napisać, że jeśli komuś roi się, że tzw. komuna upadła to powinien spróbować zbudować dom. Myślisz, że działka jest twoja? Sądzisz, że jeśli nie zakłócasz budowlą spokoju czy widoku na działkach sąsiadów to możesz budować bez przeszkód? Wydaje ci się, że jak masz projekt domu, to papierologia za tobą i czas startować prace budowlane? O, co to, to nie! Musisz spytać jeszcze o pozwolenie swojego pana i łaskawie poczekać...
Żeby chociaż to była tylko czysta, lecz uciążliwa formalność. Nie! Urzędnik wydaje dość precyzyjny nakaz opisujący co i jak ma być budowane. Mój projekt jest na szczęście całkiem standardowy i warunki zabudowy niczego mi nie zablokowały, ale... długość ściany nie może przekroczyć 10 metrów +/- 20%, fasada ma być co najmniej Xm. od drogi, wysokość kalenicy Y. Maksymalny kąt nachylenia dachu Z. I tak dalej. Łaskawcy przynajmniej pozwolili wybrać czy dach ma być płaski czy spadzisty. Ludzcy panowie znaczy się... I żeby to jaki park narodowy był, albo działka naprzeciwko Wawelu, to może bym i zrozumiał, że nie wolno budować byle czego. Ale to boczna ulica a wokół domy najróżniejsze i każdy inny: bogate, biedne, ładne i rozpadające się rudery, parterowe i piętrowe itp. To nie ważne. Urzędnik - twój pan i musi uzasadnić swoje istnienie oraz podkreślić panowanie przez tworzenie ograniczeń, uzgodnień i regulacji. Ludzki pan - budować pozwoli, ale dyskretnie przypomni, że to on tutaj rządzi i ustala reguły.
Cały proces pokazuje, że to w zasadzie już nie kapitalizm, czy socjalizm, ale po prostu ZWYKŁY FEUDALIZM powrócił. Z tym, że kiedyś feudał to był człowiek na jakimś poziomie a ponieważ jego dzieci dziedziczyły dobra, to przynajmniej dbał żeby wasale nie popadali z głodu albo nie pouciekali gdzieś daleko. I taki wasal jak go ładnie poprosił i czynsz czy podatek uiszczał bez problemów a w razie potrzeby udzielił wsparcia militarnego, to zazwyczaj mógł budować sobie taką chałupę czy pałac jakie chciał. A dziś? Dziś naszym panem feudalnym jest urzędas. Ni to na poziomie, ni to z urodzenia arystokracja, ni to nawet wykształcone. Ale to on decyduje: czy budujesz, kiedy budujesz i co budujesz na działce, którą w swojej łaskawości pozwala ci nazywać swoją. I tak samo jest w innych sprawach w tym kraju. Pozwolenie na to by handlować sałatą na targowisku, zezwolenie na założenie gazety, meldowanie gdzie zamieszkujesz, a wkrótce może chip pod skórę i pozwolenie na opuszczenie mieszkania, co? Nie ma to jak wolny kraj...
PS. Z innej beczki, ale dziwi mnie to nieustannie więc znów to napiszę. Hipokryzja dziennikarzy i polityków sięga w Polsce wyżyn. Po skazaniu w Białorusi białoruskiego korespondenta Gazety Wyborczej na 3 lata w zawieszeniu za zniesławienie Łukaszenki podniosło się w straszne larum. Nawet różne Buzki i insze polityki załamywały ręce jaki to panie totalitaryzm w tej Białej Rusi... Oczywiście ściganie z urzędu i skazywanie dziennikarza za krytykowanie i zniesławianie prezydenta nie jest dobre. Nie popieram cenzury. Ale chodzi o coś innego. Mianowicie o to, że cichaczem, bez rozgłosu, w Polsce... dzieje się to samo. Niejaki Karol Litwin, student KUL, został skazany na... 3 lata w zawieszeniu za nazwanie w gazetce kibiców Korony Kielce premiera Tuska ćwokiem. Niestety Gazeta Wyborcza jakoś zapomniała o tym napisać... To co, mamy jednak ten totalitaryzm w Polsce, czy na Białorusi jest ok? Profesorze Buzek, a czemu nie załamuje Pan rąk i nie krzyczy: biada nam, mamy w Polsce totalitaryzm?
Etykiety:
biurokracja,
biurwokracja,
biurwy,
budowa domu,
komunizm,
socjalizm,
własność
piątek, 17 czerwca 2011
Wykluczony z myślenia
Nowy nabytek rządzącej partii, dzielny (p)oseł Arłukowicz, po objęciu dziwacznej posady kogoś-tam ds. wykluczonych, nie spoczął na laurach jak mogli podejrzewać cynicy. Nie! On już po miesiącu analizowania ważkich problemów społeczeństwa (oraz zatrudnieniu sobie podkreślającego prestiż każdego biurokraty tzw. dworu) sypnął pomysłami jak z rękawa. A wśród nich same perełki...
Jak ktoś nie wiedział kim są "wykluczeni", o których będzie troszczyć się (p)oseł Arłukowicz to teraz już wie (nie, jednak nie chodzi o niego samego, choć złośliwi twierdzą, że został on dawno wykluczony z myślenia przez naturę). Są to na przykład osoby, które przez całe życie ciężko pracowały, a którym poprzednicy młodego ekseseldowca zabierali 2/3 wypracowywanego dochodu, czyli emeryci. Mógłbym znaleźć kilka lepszych metod na "wkluczenie" emerytów, np. przez podniesienie im emerytur, likwidację przymusu ubezpieczeń dla kolejnych pokoleń emerytów itp., ale co ja tam wiem. Najlepszą metodą jest... zafundowanie im biletów do kina czy teatru za 1zł.
Trochę dziwnym wydaje mi się pomysł, by najpierw ograbiać ludzi z większości ich pieniędzy (z których gros idzie na ZUS/OFE), oferowaniu na starość głodowych emerytur (emerytury z ZUS/OFE mają stanowić mniej niż 50% ostatniej pensji!) i potem rzucaniu łaskawie ochłapów w postaci biletów do kina za złotówkę. Każdy wkluczony do myślenia, nawet dziecko, rozumie że prościej i taniej byłoby zostawić te pieniądze ludziom i niech sobie za nie sami kupią bilety jeśli zechcą. Ale ja to nie znam się na współczesnych trendach ekonomicznych i społecznych. Postęp musi wszak postępować. Przecież nie można pozwolić by ciemna masa sama decydowała o tym na co wyda swoje pieniądze. Może taki niepostępowy dziadek wolałby przeznaczyć swoje pieniądze np. na zbudowanie sobie basenu przed domem, albo wycieczkę zagraniczną (a swoją drogą, czy czasem OFE, kiedy wchodziły na rynek, nie oferowały w reklamach emerytury pod palmami?)... A tymczasem nasi rodzimi "twórcy", którzy dopiero co dorwali się do budżetowej kasy nie lubią grać przy pustych salach i dowiadywać się, że nikt nie obejrzał ich filmu. Klienci im nie potrzebni, wszak kasę już mają. Potrzebni im masowi oglądacze za złociaka. Zapewni ich im rząd, przy okazji znów trwoniąc część kasy na biurokrację (która od 1989 roku wzrosła 5 razy). A obdarowani złociakowymi biletami niech się cieszą i biją pokłony Ojcom Narodu dzień i noc dbającym o ich dobro (którego już prawie nie ma)...
Socjalizm postępuje...
PS. Oczywiste jest, że cała ta szopka to preludium do koalicji PO-SLD, do której dojdzie na pewno po wyborach, chyba że PO samo utworzy rząd. Ale gdybym miał pisać o takich rzeczach, to musiałbym zamknąć bloga, bo to śmiertelnie nudne. Kogoś jeszcze obchodzą różnice w odcieniach tych komuchów z Wiejskiej? Chyba nie. Socjalizm postępuje. I nic dziwnego, że kibice na meczach wrócili do dawno nie używanego hasła "precz z komuną". Coraz bardziej pasuje...
Jak ktoś nie wiedział kim są "wykluczeni", o których będzie troszczyć się (p)oseł Arłukowicz to teraz już wie (nie, jednak nie chodzi o niego samego, choć złośliwi twierdzą, że został on dawno wykluczony z myślenia przez naturę). Są to na przykład osoby, które przez całe życie ciężko pracowały, a którym poprzednicy młodego ekseseldowca zabierali 2/3 wypracowywanego dochodu, czyli emeryci. Mógłbym znaleźć kilka lepszych metod na "wkluczenie" emerytów, np. przez podniesienie im emerytur, likwidację przymusu ubezpieczeń dla kolejnych pokoleń emerytów itp., ale co ja tam wiem. Najlepszą metodą jest... zafundowanie im biletów do kina czy teatru za 1zł.
Trochę dziwnym wydaje mi się pomysł, by najpierw ograbiać ludzi z większości ich pieniędzy (z których gros idzie na ZUS/OFE), oferowaniu na starość głodowych emerytur (emerytury z ZUS/OFE mają stanowić mniej niż 50% ostatniej pensji!) i potem rzucaniu łaskawie ochłapów w postaci biletów do kina za złotówkę. Każdy wkluczony do myślenia, nawet dziecko, rozumie że prościej i taniej byłoby zostawić te pieniądze ludziom i niech sobie za nie sami kupią bilety jeśli zechcą. Ale ja to nie znam się na współczesnych trendach ekonomicznych i społecznych. Postęp musi wszak postępować. Przecież nie można pozwolić by ciemna masa sama decydowała o tym na co wyda swoje pieniądze. Może taki niepostępowy dziadek wolałby przeznaczyć swoje pieniądze np. na zbudowanie sobie basenu przed domem, albo wycieczkę zagraniczną (a swoją drogą, czy czasem OFE, kiedy wchodziły na rynek, nie oferowały w reklamach emerytury pod palmami?)... A tymczasem nasi rodzimi "twórcy", którzy dopiero co dorwali się do budżetowej kasy nie lubią grać przy pustych salach i dowiadywać się, że nikt nie obejrzał ich filmu. Klienci im nie potrzebni, wszak kasę już mają. Potrzebni im masowi oglądacze za złociaka. Zapewni ich im rząd, przy okazji znów trwoniąc część kasy na biurokrację (która od 1989 roku wzrosła 5 razy). A obdarowani złociakowymi biletami niech się cieszą i biją pokłony Ojcom Narodu dzień i noc dbającym o ich dobro (którego już prawie nie ma)...
Socjalizm postępuje...
PS. Oczywiste jest, że cała ta szopka to preludium do koalicji PO-SLD, do której dojdzie na pewno po wyborach, chyba że PO samo utworzy rząd. Ale gdybym miał pisać o takich rzeczach, to musiałbym zamknąć bloga, bo to śmiertelnie nudne. Kogoś jeszcze obchodzą różnice w odcieniach tych komuchów z Wiejskiej? Chyba nie. Socjalizm postępuje. I nic dziwnego, że kibice na meczach wrócili do dawno nie używanego hasła "precz z komuną". Coraz bardziej pasuje...
Etykiety:
absurdy,
biurokracja,
biurwokracja,
biurwy,
pseudoartyści,
socjalizm
Subskrybuj:
Posty (Atom)