środa, 10 sierpnia 2011

Pieniądze to nie wszystko

W poprzednich miesiącach chyba za bardzo narzekałem na moim blogu. Można nawet by rzec, że stał się on nieco defetystyczny. Zamiast pozytywnych przykładów jak powinno być były w nim głównie narzekania na biurokrację, polityków i postępujący socjalizm. Rzeczywistość jest jaka jest i ciężko jest zmienić.  A więc może lepiej zająć się pracą u podstaw i propagowaniem pozytywnych wzorców? Jest ich mało, ale czasem zjawiają się jak jaskółki na wiosnę.

Szczególnie mało jest produkcji filmowych przedstawiających w sposób pozytywny zdrową, wolnorynkową przedsiębiorczość. Przedsiębiorca w polskiej kinematografii to najczęściej chciwy cwaniak wyciskający krwawicę z ciemiężonych pracowników. Względnie czasem przedstawiane jest w nich beztroskie życie korporacyjnych szczurów lub bajki o amerykańskich Carringtonach i innych Krezusach. Wszystko to albo bezsensowne paszkwile, porównywalne niemal z dawną propagandą krajów "demokracji ludowej" lub niemające oparcia w rzeczywistości fikcje. Wśród nich wyróżnia się film "Pieniądze to nie wszystko". Stanowi on ciekawą odmianę. To obraz, który co prawda pokazuje różne przywary zarówno środowisk nowobogackich biznesmenów z Warszawy jak i bezrobotnych mieszkańców postpegieerowskich wsi, ale równoważy je rolami pozytywnymi i budzącymi sympatię u widzów, w tym głównego bohatera: biznesmena produkującego tanie wina rzuconego przez los w okolicę zamieszkiwaną głównie przez konsumentów jego produktu. I chociaż na początku zbudowanie dochodowego biznesu w miejscu gdzie ludzie "nie mają żadnych dochodów ani potrzeb" wydaje się niemożliwe to, grany przez rewelacyjnego w tej roli Marka Kondrata, biznesmen pokazuje, że prawdziwa przedsiębiorczość, to nie białe kołnierzyki ścigające się w grze pozorów w wielkich korporacjach finansowych, nie mafijne lub polityczne układy ani wielki kapitał. Sedno kapitalizmu to mądry i energiczny lider (wszak słowo capitalism pochodzi od łac. capita czyli głowa) wsparty grupą chętnych do uczciwej i rzetelnej roboty pracowników.

Film J. Machulskiego, to co prawda tylko lekka komedia, ale zawiera ważne przesłanie. Kapitalizm i wolny rynek to nie tylko pieniądze. To także, a właściwie przede wszystkim, ludzkie działanie, realizacja dążeń, marzeń i ambicji. To godność wreszcie. Mieszkańcy wsi dzięki impulsowi energii nadanemu przez przedsiębiorcę budzą się z letargu i nareszcie zaczynają chcieć. Chcieć robić coś co ma sens, nadać swemu życiu znaczenie, mieć coś swojego, być za coś odpowiedzialnym. Choć pieniądze też są dla nich ważne, bo poprawią ich byt materialny, to jeszcze ważniejsze jest poczucie godności i przynależności do pewnej wspólnoty. Oni czują, że swoją fabryczkę zbudowali sami, są za nią odpowiedzialni i gotowi bronić jej z bronią w ręku przed agresywną i nieuczciwą konkurencją.

To wszystko co wyżej napisałem to prawda. Jednak w polskich realiach wydaje się to być utopią. Być może to faktycznie jest utopia, ale potrzebujemy więcej takich przykładów. Pokazujacych, że można zrealizować swoje ambicje i marzenia jeśli tylko się chce i ma ochotę do pracy, ale także pokazujących że pieniądze to nie wszystko. Ważne jest ludzkie działanie, motywacja do niego i godność, której nabiera człowiek wolny, który bierze odpowiedzialność za swój los i sam zarabia na swoje utrzymanie jednocześnie budując dobrobyt społeczeństwa.

W tym filmie jest też mało widoczny wątek, na który wielu oglądających nie zwróciło zapewne uwagi. A jest on ważny i symboliczny. Otóż we wsi jest prywatna firma "Krewetka" - lokalny przedsiębiorca zajmujący się produkcją bodajże właśnie krewetek. Miejscowi bezrobotni nie chcą jednak u niego pracować twierdząc, że to praca uwłaczająca ich godności. To w polskich realiach niestety częsta sytuacja... Jednak już na samym końcu filmu jadą z "Krewetką" autobusem do pracy w jego firmie. Lokalny biznesmen okazuje się być "opcją awaryjną" po tym jak produkcja wina nie wypaliła. Co się stało, że nagle nastąpiła odmiana postaw? Mieszkańcy mówią, że: "liczy się człowiek a nie branża". To ich lider, sprawdzona osoba, człowiek któremu ufają i który wydźwignął ich z nijakości i bezsensowego letargu, polecił im tą nową pracę i to jego autorytet sprawia, że chętniej akceptują "Krewetkę". Dodatkowym, niewypowiedzianym w filmie, powodem jest to, że raz zarażony duchem wolnego rynku człowiek, staje się aktywny, produktywny i chętny do działania. To ważny przekaz.

PS. Oczywiście budowanie dobrobytu społeczeństwa i nabywanie godności, to zwroty nieco przesadzone jeśli mówimy o rozlewni taniego wina. Jednak komedie mają swoje prawa i ich tematyka musi być luźna i prześmiewcza. Problemem jest praktycznie brak filmów poważnych pokazujących dobre strony wolnego rynku, które można by omawiać. Branża filmowa ewidentnie nie lubi kapitalizmu. O tym czemu tak jest można by długo rozprawiać. Ja jednak wolę pokazywać pozytywne wzorce :-)

sobota, 16 lipca 2011

Państwowa Inspekcja Gościnności

Państwo nakłada coraz więcej regulacji na prywatne firmy (czy można wciąż nazwać je prywatnymi gdy urzędnik ma wobec nich więcej uprawnień niż formalny właściciel?). Ostrzegałem jakiś czas temu, że przyjęcie tzw. ustawy o dyskryminacji może mieć daleko idące konsekwencje. Polacy rzadko do tej pory z niej korzystali ale zaczynają się już pierwsze pozwy. Prawdziwe konsekwencje czekają nas jednak dopiero w przyszłości.

Absurdalność takich przepisów przestaje być społeczeństwu widoczna dość szybko. Wprawdzie obecnie większość ludzi jeszcze podśmiewa się słysząc, że fryzjerzy będą musieli strzyc kobiety i mężczyzn za tą samą stawkę, a agencja modelek będzie musiała płacić brzydszej tyle samo co ładniejszej, ale założę się że za kilka lat będą śmiać się z kogoś kto będzie twierdzić że ten przepis to absurd. Podobnie jak nie da się w dzisiejszych czasach wytłumaczyć, nawet całkiem inteligentnym osobom, że płaca minimalna to patologia.

W takich sytuacjach pomocne są analogie. Wyobraźmy sobie, że prywatne domy traktowane są jak prywatne firmy. Zastanówmy się przez chwilę "co by było gdyby...".

Zapraszasz gości do swojego "prywatnego domu". Przychodzi kilkanaście osób, jest muzyka, wino, poczęstunek. Zabawa się rozkręca, a atmosfera jest miła. Nagle jednak jeden z gości wstaje obrażony i niespodziewanie grozi nam pozwaniem do Sądu Gościny za to, że poczęstowaliśmy go gorszym winem niż sąsiada. "To skandal i dyskryminacja! Każdy ma prawo do takiego samego wina! Dobre wino to nie przywilej, to obowiązek gospodarza! Jak nie stać go na dobre wino, to niech nie zaprasza gości!" - krzyczy. "To prawda" - dodaje siedząca opodal kobieta - "to skandal jak nas tutaj traktują, przed kwadransem skończyły się krakersy a gospodarz wciąż ich nie uzupełnił! Nie dba o zapewnienie podstawowych Praw Gości!". Nie dosłyszałeś fragmentu w którym mówili o sądzie, więc nie denerwujesz się. Goście czasami bywają marudni, trudno - trzeba się bardziej postarać. Aby nie psuć atmosfery otwierasz skrzynkę swojego najlepszego wina, które trzymałeś na specjalną okazję i zabawa trwa dalej. Po pewnym czasie goście zaczynają jednak wysuwać kolejne roszczenia. "To skandal - mamy za mało światła. Powinna tu być co najmniej żarówka 100W a gospodarz używa 80! Zgłoszę ten przypadek do Państwowej Inspekcji Gościnności. To rażące naruszenie BHP gościny!" - krzyczy starszy, łysawy mężczyzna. Zastanawiasz się czy na pewno go zapraszałeś oraz czemu, skoro uważa że jest za ciemno, nie pójdzie sobie do własnego domu albo nie poszuka innej imprezy... "To nie wszystko." - krzyczy inny. "Odkryłem coś jeszcze gorszego. Nie jesteśmy tutaj karmieni prawidłowo! Zgodnie z ustawą o Minimalnej Gościnie każdy goszczący w swoim domu gości zobowiązany jest do dostarczenia co najmniej raz na 4 godziny dwóch kanapek minimum z żółtym serem oraz jedną herbatę. Sprawdziłem dokładnie. Odkąd tu jesteśmy dostałem zaledwie jedną kanapkę, a o herbatę musiałem się wykłócić, grożąc żonie gospodarza założeniem Związków Gościnnych. To prawdziwy skandal. Nie zostawię tak tej sprawy!". Trochę cię to wszystko zaczyna denerwować. Atmosfera i tak już upadła postanawiasz więc zakończyć zabawę i wyprosić gości. I tak już raczej nie obrażą się bardziej. Zaczynasz więc, tak delikatnie na ile tylko potrafisz, proponować gościom wyjście. Wspaniałomyślnie decydujesz się opłacić im powrót do domów taksówkami. Nic z tego, to nie koniec nieprzyjemności. Najgłośniej wcześniej krzyczący z mężczyzn oznajmia: "Wyrzucanie Gościa, który ujawnił na przyjęciu poważne nieprawidłowości jest zwykłą zemstą i nielegalną dyskryminacją. Gospodarz nie ma do tego prawa. Państwowa Inspekcja Gościnności na pewno się o tym dowie. Nie uniknie pan również pozwu do Sądu Gościnności!". Inni wtórują mu: "Nie może być tak, że się nas zaprasza a potem wyprasza. Mamy prawo do stabilnego goszczenia. Jak tu przychodziliśmy, to spodziewaliśmy się zostać przez cały wieczór. Ten wyzyskiwacz narusza nasze podstawowe prawa. Żądamy bezpiecznych miejsc gościny, w której będziemy mogli gościć się aż do emerytury bez stresującego szukania kolejnych domów! Poinformujemy media o tym skandalicznym miejscu!" Goście wychodzą zostawiając sterty brudnych naczyń, poniszczony parkiet, pomazane ściany i mnóstwo rachunków do zapłaty. Myślisz jednak, że najgorsze już za tobą, bo w końcu sobie poszli. Nic z tych rzeczy. Dostajesz wkrótce serię mandatów i grzywien do zapłaty, w telewizji pokazują twój dom w reportażu z cyklu "kanalie miesiące", ludzie spluwają przed tobą gdy mijasz ich na ulicy, a sąd nakazuje ponowne zaproszenie wyproszonych gości i zorganizowanie im trzech imprez z zachowaniem wszystkich standardów opisywanych przez Kodeks Gościny albo wysokie odszkodowania. Nie chcąc ich więcej widzieć na oczy decydujesz się na drugie wyjście. To powoduje, że pojawiają się długi. Twój dom nieremontowany podupada. Cierpisz na depresję, a twoja żona chce się z tobą rozwieść. Wszystko przez to, że nieopatrznie zaprosiłeś kiedyś niewłaściwych gości do swojego domu. Wkrótce jesteś zmuszony sprzedać go aby pokryć długi. "Wstrętny kapitalizm. Za komuny było lepiej - nikt nie panoszył mi się do tego stopnia w moim własnym domu" - myślisz. Postanawiasz już nigdy, nigdzie, nikogo nie zapraszać, a wyłącznie wpraszać się samemu...

piątek, 8 lipca 2011

Pan urzędnik

Jakiś czas temu obiecałem napisać jak postępuje walka z biurwokracją sabotującą mi budowę domu. Dość długo nic nie pisałem, bo nie było o czym. Stworzenie dokumentu nazywającego się Warunki Zabudowy trwało 4 i pół miesiąca. W internecie przeczytałem, że nie jest tak źle, pechowcy czekają czasem pół roku pomimo braku jakichkolwiek problemów czy sporów z sąsiadami. Łaskawi widać u mnie ci urzędnicy...

Jakoś nie mogę się oprzeć by po raz kolejny nie napisać, że jeśli komuś roi się, że tzw. komuna upadła to powinien spróbować zbudować dom. Myślisz, że działka jest twoja? Sądzisz, że jeśli nie zakłócasz budowlą spokoju czy widoku na działkach sąsiadów to możesz budować bez przeszkód? Wydaje ci się, że jak masz projekt domu, to papierologia za tobą i czas startować prace budowlane? O, co to, to nie! Musisz spytać jeszcze o pozwolenie swojego pana i łaskawie poczekać...

Żeby chociaż to była tylko czysta, lecz uciążliwa formalność. Nie! Urzędnik wydaje dość precyzyjny nakaz opisujący co i jak ma być budowane. Mój projekt jest na szczęście całkiem standardowy i warunki zabudowy niczego mi nie zablokowały, ale... długość ściany nie może przekroczyć 10 metrów +/- 20%, fasada ma być co najmniej Xm. od drogi, wysokość kalenicy Y. Maksymalny kąt nachylenia dachu Z. I tak dalej. Łaskawcy przynajmniej pozwolili wybrać czy dach ma być płaski czy spadzisty. Ludzcy panowie znaczy się... I żeby to jaki park narodowy był, albo działka naprzeciwko Wawelu, to może bym i zrozumiał, że nie wolno budować byle czego. Ale to boczna ulica a wokół domy najróżniejsze i każdy inny: bogate, biedne, ładne i rozpadające się rudery, parterowe i piętrowe itp. To nie ważne. Urzędnik - twój pan i musi uzasadnić swoje istnienie oraz podkreślić panowanie przez tworzenie ograniczeń, uzgodnień i regulacji. Ludzki pan - budować pozwoli, ale dyskretnie przypomni, że to on tutaj rządzi i ustala reguły.

Cały proces pokazuje, że to w zasadzie już nie kapitalizm, czy socjalizm, ale po prostu ZWYKŁY FEUDALIZM powrócił. Z tym, że kiedyś feudał to był człowiek na jakimś poziomie a ponieważ jego dzieci dziedziczyły dobra, to przynajmniej dbał żeby wasale nie popadali z głodu albo nie pouciekali gdzieś daleko. I taki wasal jak go ładnie poprosił i czynsz czy podatek uiszczał bez problemów a w razie potrzeby udzielił wsparcia militarnego, to zazwyczaj mógł budować sobie taką chałupę czy pałac jakie chciał. A dziś? Dziś naszym panem feudalnym jest urzędas. Ni to na poziomie, ni to z urodzenia arystokracja, ni to nawet wykształcone. Ale to on decyduje: czy budujesz, kiedy budujesz i co budujesz na działce, którą w swojej łaskawości pozwala ci nazywać swoją. I tak samo jest w innych sprawach w tym kraju. Pozwolenie na to by handlować sałatą na targowisku, zezwolenie na założenie gazety, meldowanie gdzie zamieszkujesz, a wkrótce może chip pod skórę i pozwolenie na opuszczenie mieszkania, co? Nie ma to jak wolny kraj...


PS. Z innej beczki, ale dziwi mnie to nieustannie więc znów to napiszę. Hipokryzja dziennikarzy i polityków sięga w Polsce wyżyn. Po skazaniu w Białorusi białoruskiego korespondenta Gazety Wyborczej na 3 lata w zawieszeniu za zniesławienie Łukaszenki podniosło się w straszne larum. Nawet różne Buzki i insze polityki załamywały ręce jaki to panie totalitaryzm w tej Białej Rusi... Oczywiście ściganie z urzędu i skazywanie dziennikarza za krytykowanie i zniesławianie prezydenta nie jest dobre. Nie popieram cenzury. Ale chodzi o coś innego. Mianowicie o to, że cichaczem, bez rozgłosu, w Polsce... dzieje się to samo. Niejaki Karol Litwin, student KUL, został skazany na... 3 lata w zawieszeniu za nazwanie w gazetce kibiców Korony Kielce premiera Tuska ćwokiem. Niestety Gazeta Wyborcza jakoś zapomniała o tym napisać... To co, mamy jednak ten totalitaryzm w Polsce, czy na Białorusi jest ok? Profesorze Buzek, a czemu nie załamuje Pan rąk i nie krzyczy: biada nam, mamy w Polsce totalitaryzm?

piątek, 17 czerwca 2011

Wykluczony z myślenia

Nowy nabytek rządzącej partii, dzielny (p)oseł Arłukowicz, po objęciu dziwacznej posady kogoś-tam ds. wykluczonych, nie spoczął na laurach jak mogli podejrzewać cynicy. Nie! On już po miesiącu analizowania ważkich problemów społeczeństwa (oraz zatrudnieniu sobie podkreślającego prestiż każdego biurokraty tzw. dworu) sypnął pomysłami jak z rękawa. A wśród nich same perełki...

Jak ktoś nie wiedział kim są "wykluczeni", o których będzie troszczyć się (p)oseł Arłukowicz to teraz już wie (nie, jednak nie chodzi o niego samego, choć złośliwi twierdzą, że został on dawno wykluczony z myślenia przez naturę). Są to na przykład osoby, które przez całe życie ciężko pracowały, a którym poprzednicy młodego ekseseldowca zabierali 2/3 wypracowywanego dochodu, czyli emeryci. Mógłbym znaleźć kilka lepszych metod na "wkluczenie" emerytów, np. przez podniesienie im emerytur, likwidację przymusu ubezpieczeń dla kolejnych pokoleń emerytów itp., ale co ja tam wiem. Najlepszą metodą jest... zafundowanie im biletów do kina czy teatru za 1zł.

Trochę dziwnym wydaje mi się pomysł, by najpierw ograbiać ludzi z większości ich pieniędzy (z których gros idzie na ZUS/OFE), oferowaniu na starość głodowych emerytur (emerytury z ZUS/OFE mają stanowić mniej niż 50% ostatniej pensji!) i potem rzucaniu łaskawie ochłapów w postaci biletów do kina za złotówkę. Każdy wkluczony do myślenia, nawet dziecko, rozumie że prościej i taniej byłoby zostawić te pieniądze ludziom i niech sobie za nie sami kupią bilety jeśli zechcą. Ale ja to nie znam się na współczesnych trendach ekonomicznych i społecznych. Postęp musi wszak postępować. Przecież nie można pozwolić by ciemna masa sama decydowała o tym na co wyda swoje pieniądze. Może taki niepostępowy dziadek wolałby przeznaczyć swoje pieniądze np. na zbudowanie sobie basenu przed domem, albo wycieczkę zagraniczną (a swoją drogą, czy czasem OFE, kiedy wchodziły na rynek, nie oferowały w reklamach emerytury pod palmami?)... A tymczasem nasi rodzimi "twórcy", którzy dopiero co dorwali się do budżetowej kasy nie lubią grać przy pustych salach i dowiadywać się, że nikt nie obejrzał ich filmu. Klienci im nie potrzebni, wszak kasę już mają. Potrzebni im masowi oglądacze za złociaka. Zapewni ich im rząd, przy okazji znów trwoniąc część kasy na biurokrację (która od 1989 roku wzrosła 5 razy). A obdarowani złociakowymi biletami niech się cieszą i biją pokłony Ojcom Narodu dzień i noc dbającym o ich dobro (którego już prawie nie ma)...

Socjalizm postępuje...

PS. Oczywiste jest, że cała ta szopka to preludium do koalicji PO-SLD, do której dojdzie na pewno po wyborach, chyba że PO samo utworzy rząd. Ale gdybym miał pisać o takich rzeczach, to musiałbym zamknąć bloga, bo to śmiertelnie nudne. Kogoś jeszcze obchodzą różnice w odcieniach tych komuchów z Wiejskiej? Chyba nie. Socjalizm postępuje. I nic dziwnego, że kibice na meczach wrócili do dawno nie używanego hasła "precz z komuną". Coraz bardziej pasuje...

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Umysłowy beton

Urzędniczy beton mentalny jaki okopał się na średnich i wyższych szczeblach wszystkich polskich ministerstw jest właściwie niewymienialny od 20 lat. Ot, zmienia się minister i wiceministrowie, a beton trwa. Wielu jego przedstawicieli trwa tak od czasów PRLu, a i pozostali kompletnie nie przejmują się zmianami partii u sterów władz. A to właśnie beton faktycznie pisze 90% ustaw, i to on wydaje setki rozporządzeń mających wpływ na życie kraju. A oto drobna perełka z życia betonu:

Jeden z posłów wystąpił z interpelacją do Ministerstwa Finansów z szeregiem zapytań na temat tzw. ustawy antyhazardowej. Wśród nich padło pytanie dlaczego właściwie nowoczesny poker Texas Hold'em jest uznawany za grę losową, skoro o wyniku tylko w małej części decyduje przypadek. No cóż, ja bym tego tak nie formułował i poszedł dalej: w wolnym kraju żadnemu ministrowi czy (p)osłowi nic do tego na co wydaje swoje pieniądze dorosły człowiek i powinno nie być ważne czy poker to gra losowa, czy nie. Wolny, dorosły człowiek, powinien mieć prawo przerżnąć swoje pieniądze tak samo na: black jacka, pokera, czy wydać na kościelną tacę. Jego sprawa. Nie żyjemy w wolnym kraju, ale mimo to, ten poseł zapytał dobrze. Bo Texas Hold'em to gra, w której strategia, zdolności matematyczne i psychologiczne oraz znajomość zasad zarządzania kapitałem znaczą równie dużo jak przypadek i w równym stopniu można nazwać ją losową, co brydża, scrabble, czy... skoki narciarskie. Ale co głupiemu po rozumie... Organ ministerstwa (aż nie chce mi się szukać kto się zań podpisał, ale ze stylu sądzę, że to niesłynny podsekretarz stanu Jacek Kapica) oczywiście nie roztrząsa za głęboko tych problemów, tylko już na początku wali prosto z mostu:

O charakterze danego przedsięwzięcia jako gry losowej rozstrzyga minister finansów na podstawie art. 2 ust. 6 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych (Dz. U. Nr 201, poz. 1540, z późn. zm.). Jest on związany katalogiem gier nazwanych i wymienionych w art. 2 ust. 1 ustawy – w tym sensie, że nie może uznać wymienionych wprost w pkt 5 tego przepisu gier w karty, takich jak black jack, poker czy baccarat, za gry, które nie mają charakteru losowego. 

Czyli tłumacząc z urzędniczego na nasz: "Texas Hold'em jest grą losową ponieważ znajduje się na liście gier losowych i choćbyście nie wiem jak cwaniaki kombinowali z argumentami, to i tak zawsze uznamy go za grę losową bo jak może być grą nielosową, skoro jego nazwa jest wymieniona na liście gier losowych. Howgh!  " . Wychodzi na to, że jeśli za miesiąc Międzynarodowa Federacja Szachowa zmieni nazwę gry znanej do tej pory jako szachy na np. "poker szachowy", to ta szlachetna gra planszowa zostanie przez polskie Ministerstwo Finansów uznana za losową. Nie wiem co mogę tutaj dodać, chyba jedynie to, że ministerialny beton umysłowy jest już blisko kompletnego rozkładu skoro pojawiają się z jego strony argumenty w stylu "tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre". Ręce opadają. Z tymi ludźmi dyskusja dawno straciła sens. Ich trzeba stamtąd pogonić i to jak najszybciej...

piątek, 3 czerwca 2011

Wszyscy artyści to prostytutki ... i złodzieje

Nie tak dawno cytowałem Kazika głoszącego, że wszyscy artyści to prostytutki. Ich żądanie, by 1% z zabranej przemocą podatnikom kasy budżetowej trafiał w ich łapy, to nic innego jak próba przekonania nas wszystkich, że jesteśmy bydłem, które siłą trzeba przywiązać postronkiem do palika i odchamiać dla jego dobra. Teraz tzw. Pakt dla kultury podpisał "liberał" Donald Tusk. Oczywiście można mieć nadzieję, że jak to wiele razy bywało z deklaracjami PO, są to tylko puste, przedwyborcze obietnice. Wszak od jakiegoś czasu jest jasne, że tej partii najlepiej wychodzi to czego nie robi. Jednak siła medialnej mafii jest ogromna i jestem w tej sprawie pesymistą - sądzę że prędzej czy później dorwą swój ochłap (wszak to media decydują kto w Polsce wygrywa wybory i taki Tusk raczej nie może im za bardzo podskakiwać) i już bez przeszkód różni nawiedzeni "twórcy" będą mogli sikać do słoików, umieszczać je w galerii i nazywać to sztuką przez duże "SZ".

A ja tego nie nazywam sztuką tylko bardziej precyzyjnie: wyłudzeniem cudzych pieniędzy, tudzież kradzieżą. Może i legalną, ale nie zmienia to faktu że kradzieżą. Rabunkiem. I to nawet nie na jakiś charytatywny cel, co do którego można by przymknąć oko na formę zebrania pieniędzy jak na przykład: leczenie chorych dzieci. Nie. To kasa zabrana nam na to, żeby paniska i grube ryje zwane twórcami mogły stworzyć byle co, nie kłopocząc się przekonywaniem widza czy czytelnika, że jest to coś warte i bez wysiłku zgarnąć swoją działkę. Pieniędzy zabranych, przypominam, pod przymusem. Tak więc prawdą jest, że nie tylko wszyscy artyści to prostytutki ale i złodzieje.

Pewien tracący na popularności polityk powiedział jakiś czas temu, że pieniądze tzw. "twórcom" powinny zostać przyznane ponieważ Polska przetrwała tylko dzięki Mickiewiczowi, Szopenowi, Matejce. To prawda, że ci wybitni Polacy dużo zrobili dla ratowania polskości i dla polskiej kultury. Prawdopodobnie mówiąc to wypił był za dużo "małpek", bo raczej nie do pomyślenia jest, żeby Mickiewicz czy Matejko utrzymywali się za pieniądze podatników. Nic mi przynajmniej o tym nie wiadomo. Wprost przeciwnie - sądzę że byliby oburzeni takim pomysłem. Oni tworzyli bo chcieli, bo czuli, że tak powinni, a nawet jeśli dla pieniędzy, co samo w sobie nie jest niczym złym, to dostawali je od osób zachwyconych ich twórczością: mecenasów, sponsorów, widzów, czy czytelników.

Nie można przemilczeć nazwisk osób, które stoją za tą hucpą. Tylko piętnując takie zachowania i bojkotując tych tzw. "twórców" możemy coś zmienić. Oto kilka nazwisk z listy czyli nazwiska osób dybiących na moje pieniądze:
Agnieszka Holland, Dorota Olejnik, Jarosław Lipszyc, Jacek Bromski, Katarzyna Kozyra, Krzysztof Krauze,  Edwin Bendyk, Jerzy Hausner, Maciej Strzembosz, Henryka Bochniarz, Michał Boni, Kinga Dunin, Marek Belka, Jan Dworak, Jan Klata, Ludwik Sobolewski, Jerzy Szacki, Paweł Śpiewak i the last but not the least Jacek Żakowski.

Acha... i Donald Tusk jeszcze.

środa, 1 czerwca 2011

Im więcej tym mniej

W przestrzeni medialnej funkcjonuje wiele mitów. Niektóre są naprawdę szkodliwe, a jednym z nich jest próba przekonania społeczeństwa, że im mniej podatków i parapodatków płaci i im więcej pieniędzy zostaje w jego kieszeniach, tym dla niego gorzej. Wydaje się to niemożliwe żeby przekonać do tego poglądu normalnego na umyśle człowieka, a jednak...

Kilka lat temu rządziła partia zwana Prawem i Sprawiedliwością. Wśród zalewu pomysłów głupich, bez sensu a nawet szkodliwych miała jednak ten jeden przebłysk, za który należy jej się pochwała. Stało się, za sprawą minister Zyty Gilowskiej, że rząd PIS, obniżył był podatki w tym tzw. składkę rentową. Do dziś jednak nie tylko lewica ale i PO pieje z nienawiści i za każdym razem gdy nie domyka się budżet zrzucając to na karb tamtych obniżek (w przypadku PO, co śmieszne, zapominając że samo głosowało "za"). Oczywista oczywistość, że gdy się obniża podatki, to należy obniżyć też wydatki, czego PIS już zrobić nie mógł jako że poobiecywał wyborcom gruszki na wierzbach i aby je nimi zapełnić musiał wydatki raczej podnosić. Budżet, budżetem, jednak ludziom to obniżenie podatków dało po prostu więcej pieniążków do kieszeni (umowy o prace zawierają wszak pensje brutto, obniżka podatków powodowała więc, że zarobili niemal automatycznie). Dlatego wszelkiej maści socjaliści nie mogą tego tamtemu rządowi wybaczyć do dziś. Bo a nuż ludzie się przyzwyczają do obniżek podatków i zaczną domagać się kolejnych... Muszą więc nieustannie gimnastykować się, by społeczeństwu przypominać, że to na tym iż zarobiło, faktycznie oznacza, że straciło.

Są jednak pewne granice bezczelności we wciskaniu ciemnemu ludowi kitu o tym, że im więcej dostaje "na rękę" tym gorzej dla niego.  Pewien "ekonomista", znany i bardzo poważany w lewicowych kręgach, którego nazwisko złośliwie pominę żeby nie robić mu niezasłużonej reklamy rzekł był:


"Musieliśmy, tak jak Hiszpania, podnieść VAT, co uderzyło w najbiedniejszych, a nie w najlepiej zarabiających, którzy najwięcej zyskali na obniżce podatków i składki rentowej."

Podniesienie VATu to inna sprawa i oczywiste złamanie przedwyborczych obietnic PO, ale to co dalej pisze "ekonomista" to już czysta manipulacja. Składka rentowa jest odgórnie ograniczona, tzn. jej maksymalna podstawa wynosi 30 średnich krajowych wynagrodzeń miesięcznych rocznie, co oznacza że osoby zarabiające więcej niż 2,5 średniej krajowej miesięcznie po przekroczeniu tego pułapu od pewnego miesiąca nie płacą już więcej tych składek (to samo dotyczy składek emerytalnych, ale uwaga: już nie zdrowotnych). Czyli zarabiający lepiej płacą stałą kwotę ergo składka rentowa jest degresywna (co też nawiasem mówiąc doprowadza do wściekłości socjalistów na zasadzie że jeśli mnie ktoś okrada to drugiego niech okrada bardziej). Obniżka degresywnego podatku o stały procentowo wymiar jest korzystna dla SŁABIEJ ZARABIAJĄCYCH. Ponieważ rząd PIS obniżył też podatek dochodowy (progresywny), to wszystko skompensowało się do w miarę sprawiedliwej obniżki. Najsłabiej zarabiający zyskali o ile pamiętam kilkadziesiąt złotych co miesiąc, a to nie jest mało dla ubogiej osoby czy rodziny.

Oczywiście budżet rządu zubożył się o 40 z górką miliardów, ale kieszenie obywateli wzbogaciły się o tyle samo, więc kto zyskał, a kto stracił? Nie potrafię zrozumieć jak można próbować przekonywać ludzi, że stracili dlatego, że dostali więcej. Może dlatego, że nie wagarowałem na lekcjach matematyki jak zapewne większość lewicowych "ekonomistów"? A może to właśnie powstaje na naszych oczach jakaś nowa ekonomia, gdzie "mniej" znaczy "więcej"? Przecież co chwilę dowiadujemy się, że jeśli rząd zacznie wydawać na "inwestycje" mniej pieniędzy zabranych gospodarce w postaci podatków, to ta gospodarka zaraz zawali się. Trochę się niepokoiłem, że coś mnie ominęło w nauce o ekonomii, ale gdy przypomnę sobie że 2+2 nadal równa się 4 i nikt nie obalił tego prawa, to jestem spokojny. Zawali się. Ale to zawali się socjalistyczna gospodarka próbująca naginać prawa przyrody czy wręcz matematyki, a na jej gruzach wyrośnie zdrowa wolnorynkowa ekonomia, w której "mniej" znaczy "mniej", a "więcej" znaczy "więcej", albo jak pisała Ayn Rand "A znaczy A a nie coś innego".