Jednym z najwyraźniejszych wspomnień ze szkoły podstawowej, do której uczęszczałem pod koniec lat osiemdziesiątych, było kilka późnosocjalistycznych zwyczajów mających przekonać wszystkich, że "państwowe szkoły dbają o dzieci". Były to masowo wykonywane fluoryzacje zębów, kontrola czystości włosów i szklanka mleka na tzw. dużej przerwie. Później, w kolejnych latach, sądziłem że te zbiorowe obrzędy socjalistycznej religii poszły na emeryturę razem z Kiszczakiem i Rakowskim. Okazuje się, że nie do końca. Gorzej, są teraz praktykowane w całej Europie...
Jak donoszą media dwa miliony dzieci otrzyma szklankę mleka trzy razy w tygodniu. Za darmo oczywiście, które tym razem wynosi 120 milionów złotych (znając takie programy podejrzanie mało). To znaczy tyle ma dostać przemysł mleczny (uciekanie się do takich metod świadczy zdaje się o tym, że brakuje klientów), a ile wyniesie koszt obsługi urzędniczej? Pewnie drugie tyle. Ile wyniosą koszty, których nie widać, koszty brakujących pieniędzy w kieszeniach podatników, koszty demoralizacji młodego pokolenia itp. tego nie da się oszacować. Ważne, że Polska znów stanie się liderem "postępu" w Europie (podobne akcje mają także Niemcy, Francja, Wielka Brytania). A ja nie będę mógł przez kilka dni po napisaniu tej notki wypić mleka bo będzie mi się przypominać ta P-A-S-K-U-D-N-A, gęsta, ciepła i pełna kożuchów ciecz serwowana niegdyś dzieciom przez komunistyczne kucharki, którą w wyniku nieporozumienia nazywano mlekiem. Gdyby nie to, że wypiłem to może ze dwa-trzy razy w życiu, w pozostałych sytuacjach wylewając, oddając komuś innemu lub całkowicie unikając, to mógłbym zostać zniechęcony do picia mleka na całe życie. Nawiasem mówiąc, może właśnie z tego wynika tak duża popularność antymlecznych akcji w internecie. Jak to się mówi: daj socjalistom Saharę, a po paru latach zabraknie piasku. Równie dobre jest: pozwól im karmić dzieci mlekiem, a zniechęcisz je do niego na całe życie :-).
Czy ktoś z Czytelników nadal ma jakieś wątpliwości sądząc że ta akcja jest co najmniej nieszkodliwa, ma sens i jest ogólnie ok? Podam więc jeszcze kilka argumentów:
- primo - to co jest dane za darmo ma dla obdarowanego zerową wartość, nikt nie będzie mieć za grosz szacunku wobec tych produktów - dzieci będą je wyrzucać, marnować, obsługa programu podobnie.
- secundo - kto wie czy mleczarnie nie wypchną w ten sposób najgorszego towaru aby się go pozbyć. Mając pewnego kupca, który nie pyta się o jakość, chyba każdy próbowałby tak zrobić. Myślę, że mając dziecko w wieku szkolnym zakazałbym mu korzystania z tej akcji.
- tertio - takie akcje zaburzają rynek sprzedaży mleka, mając nagle większy popyt mleczarnie zapewne podniosą ceny mleka w sklepach (chociaż mogą też dostosować produkcję do wymogów programu, to z kolei spowoduje zaburzenia gdy program kiedyś zostanie zlikwidowany - mleczarnie będą bankrutować)
- quatro - najważniejsze - nie jest sprawą rządu dbanie o dobro jakiegokolwiek dziecka. Dzieci należą do rodziców a nie do rządu. Trzeba to tym biurokratom nieustannie przypominać. Rodzice mają prawo wychować dzieci po swojemu, na przykład nie dając mu w ogóle mleka. Nie jest też sprawą rządu zabieranie pieniędzy podatnikom w celu dbania o czyjekolwiek dobro, nie ważne dzieci, czy dorosłych. O swoje dobro każdy zadba sam, o ile tylko biurokraci nie będą przeszkadzać. Dbaniem o dobro dzieci ubogich mogą zadbać prywatne organizacje charytatywne. Przykład: darmowe obiady fundowane przez Caritas, czy akcja Pajacyk. Osobiście nie wierzę w akcje internetowe typu "pij mleko będziesz kaleką", które nie mają wg mnie żadnego uzasadnienia merytorycznego, ale nie jest też jednoznacznie udowodnione, że mleko jest niezbędnym składnikiem pożywienia, a przecież każdy powinien mieć wybór w wolnym kraju. Wolny rynek polega na tym, że ludzie kierują się różnymi przesłaniami. Dzięki temu mamy różnorodność i konkurencję między różnymi poglądami. Kto chce to pije, kto nie chce nie pije i zobaczymy za wiele lat kto miał rację. W imieniu dzieci, wyboru dokonują rodzice. A tymczasem rządowe programy, choć na szczęście nieobowiązkowe, są propagandą mającą na celu sprawienie, że wszystkie dzieci będą piły mleko. Rodziców już nikt o zdanie nie pyta, oni mają tylko za to płacić w postaci podatków. Socjalizm znów jest na drodze rozwoju (swojego rzecz jasna)...
Nie dajmy sobie wmówić, że złe jest dobre tylko ze względu na niemerytoryczne argumenty mające nas rzekomo chwytać za serce ("dobro głodujących dzieci"). Zadaniem rządu nie jest karmienie dzieci, bo jeśli to zacznie robić, to prędzej czy później wszystkie dzieci będą głodować, a dobra takie jak mleko będą na kartki. Rząd NIGDY nie zrobi tego lepiej, taniej, czy sprawniej niż osoby prywatne. Pieniądze, które na ten cel zabiera podatnikom spowodują, że niejedno dziecko dostanie w domu gorszy posiłek ponieważ przytłoczonych podatkami rodziców nie będzie stać na lepszy. To jest to czego nie widać. Widać rzekome poświęcenie rządu i firm mleczarskich. Nie widać kosztów. Warto myśleć o tym, czego nie widać.
Zadaniem szkoły natomiast jest uczyć dzieci myśleć. Przy pomocy rozumu, a nie tanich, mających wywoływać puste emocje, zabiegów. Takie akcje uczą dzieci samych złych rzeczy i powinny odejść na śmietnik historii razem z Gomułką, planem sześcioletnim i kartkami na mięso. To produkt z tamtej epoki.
PS. O czym ja w ogóle piszę? Jakie mleko? Przecież polski rząd ma rozdawać dzieciom laptopy. To jest znacznie grubsza sprawa niż jakieś tam mleko... Tyle, że mając w pamięci ile powstało w Polsce autostrad w ostatnich latach i ile zostało z obietnic obniżki podatków, to nie powinniśmy rozważać tego specjalnie poważnie. Będzie z tym zapewne tak, jak to typowo u socjalistów się dzieje tj. jak z dowcipu z Radia Erewań: będą nie dawać, tylko wypożyczać, nie laptopy tylko podkładki pod myszkę, i nie szkoła dzieciom, tylko to one szkole wyposażą pracownie...
czwartek, 28 kwietnia 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Biurwokracja
Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie rządzi biurwokracja, to znaczy że nie próbował budować domu. Ja właśnie próbuję i dowiaduję się takich rzeczy, że włosy stają na głowie, a noże otwierają się w kieszeniach. Weźmy takie na przykład pozwolenie na budowę, nie wróć, wcześniej trzeba zdobyć tzw. "warunki zabudowy" (chyba, że miasto/gmina ma plan zagospodarowania przestrzennego, moje nie ma). I to wydawało się powinna być prosta decyzja... Jednak własność nieruchomości jest w Polsce pustym słowem, de facto należą one do rządu skoro urzędnicy mogą nimi rozporządzać jak chcą. Z tego powodu nic co dotyczy budowy nie jest proste. To znaczy prosta jest sama budowa, która przy dzisiejszych technologiach trwa krócej niż biurokracja z nią związana! (Nie przesadzam ani na trochę, firma budowlana ma w umowie harmonogram na trzy miesiące, a formalności, które wciąż są w lesie trwają już dwa miesiące i potrwają co najmniej drugie tyle)...
W niektórych gminach obowiązuje ochrona krajobrazowa albo inne ograniczenia i urzędnicy wtrącają się np. do tego ile stopni ma mieć nachylenie dachu albo jaki ma on mieć kolor. W mojej okolicy tak na szczęście nie jest. Ale co z tego... Do wniosku należy dołączyć np. warunki techniczne oraz zapewnienie dostaw mediów (a po co taka informacja urzędnikowi? Dla mojego dobra? A nie wpadł jeden z drugim ynteligent na pomysł, że o swoje dobro zadbam sobie sam?), co ciekawe jeśli zgłosimy że któregoś z nich (np. gazu) nie potrzebujemy to nie musimy tego robić, jeśli stwierdzimy że potrzebujemy, to urzędnik zażąda zapewnienia dostaw oraz określenia warunków przyłączenia (czyż to nie idiotyczne?). Mapkę geodezyjną, którą należy dołączyć do wniosku należy najpierw za opłatą pobrać z innego działu tego samego Urzędu Miasta (a co to biurwa nie może pójść sama piętro niżej?). To jednak "małe piwo". Po kilku tygodniach oczekiwania i telefonie interwencyjnym do urzędu, okazało się, że urząd wysłał zapytania do całego szeregu instytucji takich jak np. lokalna kopalnia (w celu sprawdzenia, dla mojego dobra ma się rozumieć, czy przez szkody górnicze nie popęka mi ściana), czy Sanepid (tu moja wyobraźnia okazała się za mała, nie mam kompletnie pojęcia po co). A te urzędy nie mają ograniczeń czasowych w wydawaniu swoich decyzji...
Tak więc zanim jeszcze spróbujemy złożyć wniosek o pozwolenie na budowę (który ustawowo może być rozpatrywany przez 65 dni plus 14 na uprawomocnienie), już tracimy około dwóch miesięcy na jakieś idiotyczne "warunki zabudowy", które po wydaniu muszą przez 14 dni "uprawomacniać się". Pasożyt, menda, nierób i bezrobotny pobierający całkiem niezłą pensję z moich podatków czyli biurwa blokuje mi na kilka miesięcy budowę łaskawie zezwalając mi na zbudowanie na mojej działce, za moje pieniądze domu, w którym ja będę mieszkać! Ktoś ma nadal wątpliwości, że socjalizm wcale się nie skończył?
Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, to sędziowie Trybunału Konstytucyjnego przychodzą z pomocą. W tym samym dniu, w którym dowiedziałem się, że urzędnicy "czekają jeszcze na uzgodnienia z Sanepidu" przeczytałem w internecie, że Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z konstytucją ustawę likwidującą pozwolenie na budowę. To jest naprawdę zgroza! Gdy tylko (p)osłom w sejmie uda się uchwalić jakąś normalną ustawę (albo przez czysty przypadek, albo lobbystom z powodu kryzysu zabrakło pieniędzy na łapówki) to uruchamia się dodatkowy zawór bezpieczeństwa socjalistycznego państwa w postaci gerontokratów z TK! Uzasadnienie jest wyborne. Nowe prawo według dziadów z TK "łamie zasady sprawiedliwości społecznej", "utrudnia możliwość sprzeciwu innych stron, np. sąsiadów inwestora poprzez brak prewencyjnego zapobiegania" i "ogranicza prawa obywatelskie". Do ***, a pozwolenie na budowę nie ogranicza mojego prawa zbudowania domu na własnej działce?! A jeśli zbuduję stupiętrowy dom i zasłonię sąsiadowi słońce i widoki, to od czego są sądy, niech sąd nakaże mi wtedy zapłatę odszkodowania za zmniejszenie wartości jego nieruchomości albo nawet rozbiórkę domu na mój koszt - tak to powinno działać w normalnym kraju! A co do prewencji, to kraj ten zaczyna przypominać pomału filmy science-fiction, jak np. "Raport mniejszości", w którym policja przewidując kto popełni przestępstwo aresztuje go zawczasu. Jeszcze lepiej przedstawia to na swoim blogu Jacek Sierpiński postulując ironicznie aby rząd wprowadził specjalne pozwolenia na pisanie książek czy wydawanie filmów, które zawczasu analizowane byłby przez specjalne ciała urzędnicze (ale to już Jacku było w PRL i miejmy nadzieję nie wróci)...
W sumie to jednak może i dobrze, że dziadki z TK przypomniały nam o tym, że obowiązuje w tym kraju idiotyczna socjalistyczna konstytucja z takimi kuriozalnymi wpisami jak "sprawiedliwość społeczna", o której wiadomo że jeśli ma być sprawiedliwość to nie potrzebuje już etykiet i tym różni się ona od normalnej sprawiedliwości jak krzesło od krzesła elektrycznego. Na koniec ciekawa uwaga. Wniosek o zbadanie ustawy przez TK napisał Lech Kaczyński, a ponieważ nie zdążył go złożyć do TK, to zrobił to Bronisław Komorowski. W sprawach ograniczania wolności jednostki niewiele różni tych dwóch panów. Dwóch socjalistów siebie wartych! Podobnie jak ten cały POPIS, który nie jest niczym więcej jak tylko mutacją PZPR (wraz z przybudówkami w postaci PSL, SLD). Pamiętajcie o tym Państwo przed wyborami. Polecam także: http://www.niedlapsakielbasa.pl/
PS. Jestem dopiero na początku walki z biurokracją budowlaną. Dlatego jestem pewien, że kolejne wpisy na ten temat znów pojawią się za jakiś czas. Już się obawiam przyłączy mediów (znów Sanepid *#*#@!) i odbioru budowy...
PS2. Jeśli jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności tego bloga czyta komu... wróć... idio... wróć... sędzia Trybunału Konstytucyjnego, to następnym razem proszę o zbadanie czy aby moich praw konstytucyjnych nie łamie fakt iż moja budowa nie będzie zaopiniowana przez Instytut Atomistyki, Głównego Lekarza Weterynarii Kraju, radiestetę oraz specjalistę od feng-shui. Warto byłoby też chyba zbadać czakram ziemi oraz zapytać o pozwolenie Greenpeace, księdza proboszcza i Stowarzyszenie Hodowców Gołębi. A nuż ktoś z nich dla mojego dobra sprzeciwi się budowie...
W niektórych gminach obowiązuje ochrona krajobrazowa albo inne ograniczenia i urzędnicy wtrącają się np. do tego ile stopni ma mieć nachylenie dachu albo jaki ma on mieć kolor. W mojej okolicy tak na szczęście nie jest. Ale co z tego... Do wniosku należy dołączyć np. warunki techniczne oraz zapewnienie dostaw mediów (a po co taka informacja urzędnikowi? Dla mojego dobra? A nie wpadł jeden z drugim ynteligent na pomysł, że o swoje dobro zadbam sobie sam?), co ciekawe jeśli zgłosimy że któregoś z nich (np. gazu) nie potrzebujemy to nie musimy tego robić, jeśli stwierdzimy że potrzebujemy, to urzędnik zażąda zapewnienia dostaw oraz określenia warunków przyłączenia (czyż to nie idiotyczne?). Mapkę geodezyjną, którą należy dołączyć do wniosku należy najpierw za opłatą pobrać z innego działu tego samego Urzędu Miasta (a co to biurwa nie może pójść sama piętro niżej?). To jednak "małe piwo". Po kilku tygodniach oczekiwania i telefonie interwencyjnym do urzędu, okazało się, że urząd wysłał zapytania do całego szeregu instytucji takich jak np. lokalna kopalnia (w celu sprawdzenia, dla mojego dobra ma się rozumieć, czy przez szkody górnicze nie popęka mi ściana), czy Sanepid (tu moja wyobraźnia okazała się za mała, nie mam kompletnie pojęcia po co). A te urzędy nie mają ograniczeń czasowych w wydawaniu swoich decyzji...
Tak więc zanim jeszcze spróbujemy złożyć wniosek o pozwolenie na budowę (który ustawowo może być rozpatrywany przez 65 dni plus 14 na uprawomocnienie), już tracimy około dwóch miesięcy na jakieś idiotyczne "warunki zabudowy", które po wydaniu muszą przez 14 dni "uprawomacniać się". Pasożyt, menda, nierób i bezrobotny pobierający całkiem niezłą pensję z moich podatków czyli biurwa blokuje mi na kilka miesięcy budowę łaskawie zezwalając mi na zbudowanie na mojej działce, za moje pieniądze domu, w którym ja będę mieszkać! Ktoś ma nadal wątpliwości, że socjalizm wcale się nie skończył?
Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, to sędziowie Trybunału Konstytucyjnego przychodzą z pomocą. W tym samym dniu, w którym dowiedziałem się, że urzędnicy "czekają jeszcze na uzgodnienia z Sanepidu" przeczytałem w internecie, że Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z konstytucją ustawę likwidującą pozwolenie na budowę. To jest naprawdę zgroza! Gdy tylko (p)osłom w sejmie uda się uchwalić jakąś normalną ustawę (albo przez czysty przypadek, albo lobbystom z powodu kryzysu zabrakło pieniędzy na łapówki) to uruchamia się dodatkowy zawór bezpieczeństwa socjalistycznego państwa w postaci gerontokratów z TK! Uzasadnienie jest wyborne. Nowe prawo według dziadów z TK "łamie zasady sprawiedliwości społecznej", "utrudnia możliwość sprzeciwu innych stron, np. sąsiadów inwestora poprzez brak prewencyjnego zapobiegania" i "ogranicza prawa obywatelskie". Do ***, a pozwolenie na budowę nie ogranicza mojego prawa zbudowania domu na własnej działce?! A jeśli zbuduję stupiętrowy dom i zasłonię sąsiadowi słońce i widoki, to od czego są sądy, niech sąd nakaże mi wtedy zapłatę odszkodowania za zmniejszenie wartości jego nieruchomości albo nawet rozbiórkę domu na mój koszt - tak to powinno działać w normalnym kraju! A co do prewencji, to kraj ten zaczyna przypominać pomału filmy science-fiction, jak np. "Raport mniejszości", w którym policja przewidując kto popełni przestępstwo aresztuje go zawczasu. Jeszcze lepiej przedstawia to na swoim blogu Jacek Sierpiński postulując ironicznie aby rząd wprowadził specjalne pozwolenia na pisanie książek czy wydawanie filmów, które zawczasu analizowane byłby przez specjalne ciała urzędnicze (ale to już Jacku było w PRL i miejmy nadzieję nie wróci)...
W sumie to jednak może i dobrze, że dziadki z TK przypomniały nam o tym, że obowiązuje w tym kraju idiotyczna socjalistyczna konstytucja z takimi kuriozalnymi wpisami jak "sprawiedliwość społeczna", o której wiadomo że jeśli ma być sprawiedliwość to nie potrzebuje już etykiet i tym różni się ona od normalnej sprawiedliwości jak krzesło od krzesła elektrycznego. Na koniec ciekawa uwaga. Wniosek o zbadanie ustawy przez TK napisał Lech Kaczyński, a ponieważ nie zdążył go złożyć do TK, to zrobił to Bronisław Komorowski. W sprawach ograniczania wolności jednostki niewiele różni tych dwóch panów. Dwóch socjalistów siebie wartych! Podobnie jak ten cały POPIS, który nie jest niczym więcej jak tylko mutacją PZPR (wraz z przybudówkami w postaci PSL, SLD). Pamiętajcie o tym Państwo przed wyborami. Polecam także: http://www.niedlapsakielbasa.pl/
PS. Jestem dopiero na początku walki z biurokracją budowlaną. Dlatego jestem pewien, że kolejne wpisy na ten temat znów pojawią się za jakiś czas. Już się obawiam przyłączy mediów (znów Sanepid *#*#@!) i odbioru budowy...
PS2. Jeśli jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności tego bloga czyta komu... wróć... idio... wróć... sędzia Trybunału Konstytucyjnego, to następnym razem proszę o zbadanie czy aby moich praw konstytucyjnych nie łamie fakt iż moja budowa nie będzie zaopiniowana przez Instytut Atomistyki, Głównego Lekarza Weterynarii Kraju, radiestetę oraz specjalistę od feng-shui. Warto byłoby też chyba zbadać czakram ziemi oraz zapytać o pozwolenie Greenpeace, księdza proboszcza i Stowarzyszenie Hodowców Gołębi. A nuż ktoś z nich dla mojego dobra sprzeciwi się budowie...
Etykiety:
absurdy,
biurokracja,
biurwokracja,
biurwy,
budowa domu,
urzędasy,
urzędnicy,
własność
środa, 13 kwietnia 2011
Każdy kilogram obywatela z wanną i kuchenką gazową szczególnym dobrem narodu
1 kwietnia, i to niestety nie jest Prima Aprilis, rozpoczął się w Polsce Spis Powszechny. O ile sama idea spisania ilu jest obywateli może mieć jeszcze sens i jest praktykowana od dwóch tysięcy lat (aczkolwiek często w przeszłości z powodu spisów wybuchały powstania i zamieszki, ludzie całkiem słusznie obawiali się, że to tylko wstęp do ustanowienia nowych podatków), to dobór i liczba pytań nie pozostawia złudzeń: państwo totalne musi wiedzieć wszystko o swoich obywatelach (niewolnikach?).
Współczesne rządy często porównuje się do ojców traktujących społeczeństwo jak dzieci, za które podejmuje decyzje i które nie mają nic do powiedzenia oraz nie powinny posiadać za dużo środków finansowych, co najwyżej skrupulatnie wymierzone małe kieszonkowe. Gdyby miarę tę przyłożyć do Spisu, to właśnie ojciec przetrząsa dzieciom szafy i wypytuje ich szczegółowo o każdą zabawkę: jak się nią bawisz, po co, jak długo, kiedy będziesz się bawić w przyszłości, z kim, jak i dlaczego? Po co mu taka wiedza?
Większość odpowiedzi z tego Spisu (w tym wszystkie istotne) są władzy znane. Urzędy już nimi dysponują. Więc po co spis? Może po to aby sprawdzić, czy społeczeństwo jest już dobrze wytresowane i aby na pewno grzecznie służy kiedy pan każe mu robić różne rzeczy, np. podawać szereg prywatnych danych obcym ludziom z plakietką na szyi?
W tym spisie poza pytaniami prywatnymi jak o: dochody, wyznanie, czy plany prokreacyjne (choć te najdrażliwsze na szczęście są dobrowolne) są pytania idiotyczne, które JEDNOZNACZNIE dowodzą w jakim kraju żyjemy. No powiedzcie Państwo sami - jeśli władzę interesuje jaką mam kuchenkę, czy mam w domu wannę lub prysznic i ile czasu zajmuje mi dojazd do pracy to o czym to świadczy? Pojawi się potem w telewizji jeden z drugim, taki na przykład Wałęsa i plecie głupoty że "obalił komunę". Lechu! G... prawda. Obalić, to ty co najwyżej obaliłeś pół litra z Kiszczakiem w Magdalence! A socjalizm jak był, tak jest, tylko 5 razy gorszy (patrz na przykład wpis o biurokracji) a jedynym postępem jest to, że nie ma już ZOMO, które nie chodzi i nie pałuje ludzi po ulicach. A to może i gorzej, bo gdy socjalizm PRLowski był brutalniejszy i mniej demokratyczny, to chociaż społeczeństwo się buntowało. Odkąd, jak to śpiewał Kazik, "zamiast jednej stanowiska obsadzają cztery partie", ogłupione społeczeństwo ani myśli buntować się przeciwko czemukolwiek...
Współczesne rządy często porównuje się do ojców traktujących społeczeństwo jak dzieci, za które podejmuje decyzje i które nie mają nic do powiedzenia oraz nie powinny posiadać za dużo środków finansowych, co najwyżej skrupulatnie wymierzone małe kieszonkowe. Gdyby miarę tę przyłożyć do Spisu, to właśnie ojciec przetrząsa dzieciom szafy i wypytuje ich szczegółowo o każdą zabawkę: jak się nią bawisz, po co, jak długo, kiedy będziesz się bawić w przyszłości, z kim, jak i dlaczego? Po co mu taka wiedza?
Większość odpowiedzi z tego Spisu (w tym wszystkie istotne) są władzy znane. Urzędy już nimi dysponują. Więc po co spis? Może po to aby sprawdzić, czy społeczeństwo jest już dobrze wytresowane i aby na pewno grzecznie służy kiedy pan każe mu robić różne rzeczy, np. podawać szereg prywatnych danych obcym ludziom z plakietką na szyi?
W tym spisie poza pytaniami prywatnymi jak o: dochody, wyznanie, czy plany prokreacyjne (choć te najdrażliwsze na szczęście są dobrowolne) są pytania idiotyczne, które JEDNOZNACZNIE dowodzą w jakim kraju żyjemy. No powiedzcie Państwo sami - jeśli władzę interesuje jaką mam kuchenkę, czy mam w domu wannę lub prysznic i ile czasu zajmuje mi dojazd do pracy to o czym to świadczy? Pojawi się potem w telewizji jeden z drugim, taki na przykład Wałęsa i plecie głupoty że "obalił komunę". Lechu! G... prawda. Obalić, to ty co najwyżej obaliłeś pół litra z Kiszczakiem w Magdalence! A socjalizm jak był, tak jest, tylko 5 razy gorszy (patrz na przykład wpis o biurokracji) a jedynym postępem jest to, że nie ma już ZOMO, które nie chodzi i nie pałuje ludzi po ulicach. A to może i gorzej, bo gdy socjalizm PRLowski był brutalniejszy i mniej demokratyczny, to chociaż społeczeństwo się buntowało. Odkąd, jak to śpiewał Kazik, "zamiast jednej stanowiska obsadzają cztery partie", ogłupione społeczeństwo ani myśli buntować się przeciwko czemukolwiek...
Etykiety:
absurdy,
socjalizm,
solidarność,
spis powszechny,
wałęsa
sobota, 9 kwietnia 2011
Szokujące liczby
Jest to jedna z najbardziej szokujących liczb III RP. W I półroczu 2010 liczba urzędników państwowych różnego szczebla sięgnęła 430 000 ! Podczas gdy w 1990 roku było to zaledwie 160 000. To jednak nie oddaje faktycznej skali biurokratyzacji kraju. Trzeba bowiem pamiętać, że to dwudziestolecie to okres intensywnego rozwoju komputerów i technologii informatycznych, które kilkukrotnie zwiększyły wydajność pracy ludzkiej, szczególnie tej umysłowej. Komputeryzacja nie ominęła przecież też urzędów i nawet jeśli programy dla nich robione były przez różne Prokomy i inne podejrzane firmy, to wydajność urzędników musiała wzrosnąć co najmniej dwukrotnie. Czyli ta banda próżniaków wykonuje pracę jaką w 1990 roku musiałoby wykonywać 860 000 ludzi! Oto prawdziwa skala wzrostu biurokracji: ponad 5 razy!
Wnioski jakie się z tego nasuwają są proste. Skoro o PRL mówiło się, że jest to skorumpowane biurokratyczne państwo, w którym rządzi urzędnik, to co można powiedzieć o III RP? Chyba TYLKO, że jest 5 razy bardziej skorumpowana. Żyjący w wirtualnym świecie dziennikarze i zakłamani politycy twierdzą co prawda, że żyjemy w liberalnym, wolnorynkowym i sprawnym państwie prawa. Jednak jest kompletna nieprawda. To nie państwo prawa, ale urzędnika-łapownika. Oto grupa sprawująca prawdziwą władzę w tym kraju...
Wnioski jakie się z tego nasuwają są proste. Skoro o PRL mówiło się, że jest to skorumpowane biurokratyczne państwo, w którym rządzi urzędnik, to co można powiedzieć o III RP? Chyba TYLKO, że jest 5 razy bardziej skorumpowana. Żyjący w wirtualnym świecie dziennikarze i zakłamani politycy twierdzą co prawda, że żyjemy w liberalnym, wolnorynkowym i sprawnym państwie prawa. Jednak jest kompletna nieprawda. To nie państwo prawa, ale urzędnika-łapownika. Oto grupa sprawująca prawdziwą władzę w tym kraju...
sobota, 26 marca 2011
Rower z bambusa
Jeśli drodzy Czytelnicy nadal nie rozumiecie czym różni się wolny rynek od obowiązującego wokół nas eurosocjalizmu, to służę ciekawym przykładem. Pewien mieszkaniec Meksyku, po tym gdy ukradli mu rower, wpadł na innowacyjny pomysł wyprodukowania roweru z bambusa. Nie znam się na bambusach, a na rowerach tylko tyle żeby wiedzieć jak zmienić przerzutkę czy użyć hamulca, więc nie ocenię czy pomysł jest dobry czy nie. Z resztą to nie do mnie należy - ocenią to klienci, a ci podobno wprost rzucili się na nowatorskie rowery, tak że sympatyczny p. Luis Alberto nie nadąża z realizacją zamówień. Większość dobrych wynalazków bierze się podobno z niezaspokojonych ludzkich potrzeb i pragnień ich spełnienia. O ile tylko pozwoli się działać wybitnym jednostkom...
Takie rzeczy to niestety w Meksyku a nie u nas. W kraju nad Wisłą zanim wynalazca na dobre rozpocząłby swoją działalność, spędziłby mnóstwo godzin na załatwianiu biurokracji. Potem zanim przyszłyby pierwsze zyski, to już zostałby zmuszony do płacenia na ZUS. Kolejne wizyty u biurokratów, wydawanie pozwoleń, zezwoleń, kontrole. Obowiązkowe badania techniczne nowego wynalazku. Pieczątki i zezwolenia różnych pasożytów z instytutów. Wysokie podatki. Podatki oczywiście płacić trzeba wszędzie. Te w Meksyku nie należą jednak do najwyższych, a przede wszystkim wynalazca nie ma tam na głowie biurw z US, ZUS, PIP, urzędu miasta, Sanepidu, Instytutu Matki i Dziecka (gdyby chciał produkować rowerki dla dzieci :) ), nie musi dostawać zezwoleń, koncesji i wreszcie spełniać norm unijnych. W tej sytuacji pojawienie się nowego Edisona, Tesli, Bella, czy Newtona raczej Polsce nie grozi. Bardziej prawdopodobne natomiast, że pojawi się on w jednym z bardziej liberalnych ekonomicznie krajów jakim na przykład jest Meksyk...
Takie rzeczy to niestety w Meksyku a nie u nas. W kraju nad Wisłą zanim wynalazca na dobre rozpocząłby swoją działalność, spędziłby mnóstwo godzin na załatwianiu biurokracji. Potem zanim przyszłyby pierwsze zyski, to już zostałby zmuszony do płacenia na ZUS. Kolejne wizyty u biurokratów, wydawanie pozwoleń, zezwoleń, kontrole. Obowiązkowe badania techniczne nowego wynalazku. Pieczątki i zezwolenia różnych pasożytów z instytutów. Wysokie podatki. Podatki oczywiście płacić trzeba wszędzie. Te w Meksyku nie należą jednak do najwyższych, a przede wszystkim wynalazca nie ma tam na głowie biurw z US, ZUS, PIP, urzędu miasta, Sanepidu, Instytutu Matki i Dziecka (gdyby chciał produkować rowerki dla dzieci :) ), nie musi dostawać zezwoleń, koncesji i wreszcie spełniać norm unijnych. W tej sytuacji pojawienie się nowego Edisona, Tesli, Bella, czy Newtona raczej Polsce nie grozi. Bardziej prawdopodobne natomiast, że pojawi się on w jednym z bardziej liberalnych ekonomicznie krajów jakim na przykład jest Meksyk...
Etykiety:
gospodarka,
liberalizm,
nauka,
socjalizm,
wynalazcy
środa, 16 marca 2011
Człowiek - chorągiewka
Janusz Palikot. Biznesmen z Biłgoraja, syn Mariana, największy majątek zrobił na produkcji taniego wina Ambra. Poseł Platformy Obywatelskiej przez dwie kadencje. Tyle o panu P. mówią encyklopedie. A on sam? Przedstawia siebie jako pierwszego, który w Polsce stworzył partię liberalną światopoglądową i liberalną gospodarczo. Czyżby? A może to tylko pusta fasada, typowa gra w dym i lustra?
Janusz Palikot to typowy człowiek wyznający zero ideii a maksimum cynicznego marketingu politycznego. On jest jak agencja reklamowa - wyznacza sobie niezagospodarowany według niego target i dobiera hasła pasujące do zdobycia go. Jak potrzeba, to zmieni poglądy o 180 stopni. Kiedyś wydawca prawicowego i katolickiego pisma Ozon, potem przykładny platformers, a teraz Ateista Numer Jeden w Polsce. Przypuszczam, że przeczytał kiedyś żale jakie wylewał jeden z SLDowców w Krytyce Politycznej pisząc mniej więcej (oryginalne słownictwo rodem z tego portalu): "żałujemy że ludzie wykluczeni społecznie przez neoliberalne eksperymenty gospodarcze mają w Polsce zwykle konserwatywne poglądy, więc choć mają także lewicowe poglądy gospodarcze to przegrywamy u nich światopoglądowo. I na odwrót, wykształcona młodzież wciąż pozostaje w oparach intelektualnych neoliberalizmu." Właśnie, i na odwrót. Pan P. założył sobie, że tzw. młodzi, wykształceni z dużych miast tylko przez pomyłkę głosują na cztery wielkie sejmowe partie, a tak naprawdę czekają na niego: antyklerykalnego zbawcę od wyzysku Kościoła. I postanowił ich złowić. A tu tymczasem peszek - poparcie nie przekracza 1%. Czemu, ach czemu mi to robisz mój ludu? - powinien zawyć pan P.
Antyklerykalizm Palikota był w ostatnim roku tak agresywny, że aż obciachowy. Pisanie o dupie biskupa (literalnie) było tak żenujące, że nawet autentycznych ateistów mdliło i pukali się po głowach. A gdy Palikot wspomniał coś o tym, że jest libertarianinem to pukano się po głowach na forach libertariańskich obdarzając go nawet czasem niemiłymi inwektywami typu "pieprzony lewak o niestabilnych poglądach, któremu się mocno pomyliło". I mimo że pan P. nadal głośno mówi o tym, że jest liberalny gospodarczo jak i światopoglądowo, to nie przebił się tam w najmniejszym stopniu i duża większość libertarian nadal nie mając własnego polityka najczęściej poprze jednak Janusza Korwin-Mikke niż Palikota nawet jeśli nie we wszystkim się z JKM zgadza (oj musi to boleć pana P.) lub co również mocno prawdopodobne zwyczajnie zignoruje wybory. Dlaczego mu nie zaufali? Pomijając fasadowość postaw byłego posła z Biłgoraja i jego tandeciarski styl prezentacji (forma, forma jeszcze raz forma, treść nie ważna, ważny gumowy penis, świński ryj i małpki) to rzeczą zniechęcającą jest niespójność poglądów i hipokryzja, która wychodzi już po przeczytaniu kilku postulatów. W dodatku Pan P. jest tak naprawdę kolejnym etatystą, który dzielnie zdejmie z nas jarzmo Kościoła ale za to chętnie zmusi nas do finansowania z naszych, zabranych nam pod przymusem podatków: środków antykoncepcyjnych, zabiegów in-vitro, "darmowego" internetu czy obowiązkowego 1% PKB na pasibrzu... wróć... na tzw. kulturę. No to prawdziwy liberał ekonomiczny, nie ma co...Jacek Sierpiński na swoim blogu napisał "Bardziej obrazowo, można powiedzieć, że chce on dymać nas tak samo jak inni politycy, tyle że niepoświęconym wibratorem." Mało które sformułowanie lepiej oddaje charakter działalności pana Janusza, posła z Biłgoraju.
Ostatnio, doradzający panu P., słynny macher od politycznego wizerunku Piotr Tymochowicz, musiał chyba w końcu zauważyć, że antyklerykalizm jego podopiecznego jest już trochę za ostry. Na krytyce Kaczyńskiego, który już zdaje się przestał być koszmarem nocnym młodych, wykształconych z dużych miast, też już daleko się nie zajedzie. Dodał więc do kotła szczyptę krytyki Donalda Tuska (którego pan P. ostatnio nazywa kłamcą większym niż Kaczyński, co u niego jest sporą potwarzą!) i garść nowych pomysłów jak np. legalizację marihuany. To akurat bardzo dobrze - tu plus dla niego. Ale jaką możemy mieć pewność, że miłośnik małpek z Biłgoraju cokolwiek faktycznie zrobi w tej sprawie? Głośno gardłowana przez niego komisja Przyjaznego Państwa nie zrobiła przez 3 lata prawie nic, nie licząc kilku czysto technicznych poprawek ustaw oraz kilku złych (np. ułatwienie wywłaszczeń z prywatnego majątku pod słupy energetyczne przeszło, a jakże, przez tę komisję). A w pewnym momencie wręcz... zapomniała przedłużyć swoją domenę internetową (albo panu P. się zapomniało), co było już naprawdę żenujące. To pokazuje dobitnie, że pan P. jest tylko mistrzem pustej formy i politycznego show. Ciężka i rzetelna praca, to na pewno nie on. Gdyby przyrównywać go do strony internetowej, to pasuje chyba wyłącznie pudelek.pl.
I wreszcie sprawy kadrowe. Choć oczywiście ciekawie byłoby gdyby kilka nowych partii weszło do sejmu, czemu kibicuję nawet niezależnie od tego jakie to partie, to niestety jak na razie ludzie popierający Palikota to głównie stare mordy i w dodatku w większości lewicowe: Magdalena Środa, Kazimierz Kutz, czy Ryszard Kalisz. Do tego żałosne umizgi do środowisk homoseksualnych przejawiające się w coraz dziwniejszej stylistyce ubioru pana P. (widzieliście już ten billboard z czerwonym zegarkiem? Kiedy pan P. przed wyborami będzie nadal mieć słabe poparcie, to może być naprawdę śmiesznie, kto wie do czego będzie skłonny przyznać się byle zyskać parę głosów) oraz próbie wykorzystania (tfu, przepraszam za sformułowanie) naiwnego aktora Jacka Poniedziałka. A gdzie ten liberalizm ekonomiczny panie P.? Niechby chociaż on był prawdziwy. Podatek liniowy - mówi Pan? A w jakiej wysokości? A co z VATem i akcyzą? A jakie wydatki socjalne ma Pan zamiar uciąć by zrównoważyć budżet? A co z obowiązkowymi ubezpieczeniami emerytalnymi, zlikwiduje je Pan? A co z prywatyzacją służby zdrowia? Bo rzucić naprędce jakieś hasło o tym, że PKP działa źle, to każdy potrafi. Niestety takich odpowiedzi nie dostaniemy. Trudno spodziewać się przecież głębszych analiz ekonomicznych po wydmuszce i chorągiewce...
Janusz Palikot to typowy człowiek wyznający zero ideii a maksimum cynicznego marketingu politycznego. On jest jak agencja reklamowa - wyznacza sobie niezagospodarowany według niego target i dobiera hasła pasujące do zdobycia go. Jak potrzeba, to zmieni poglądy o 180 stopni. Kiedyś wydawca prawicowego i katolickiego pisma Ozon, potem przykładny platformers, a teraz Ateista Numer Jeden w Polsce. Przypuszczam, że przeczytał kiedyś żale jakie wylewał jeden z SLDowców w Krytyce Politycznej pisząc mniej więcej (oryginalne słownictwo rodem z tego portalu): "żałujemy że ludzie wykluczeni społecznie przez neoliberalne eksperymenty gospodarcze mają w Polsce zwykle konserwatywne poglądy, więc choć mają także lewicowe poglądy gospodarcze to przegrywamy u nich światopoglądowo. I na odwrót, wykształcona młodzież wciąż pozostaje w oparach intelektualnych neoliberalizmu." Właśnie, i na odwrót. Pan P. założył sobie, że tzw. młodzi, wykształceni z dużych miast tylko przez pomyłkę głosują na cztery wielkie sejmowe partie, a tak naprawdę czekają na niego: antyklerykalnego zbawcę od wyzysku Kościoła. I postanowił ich złowić. A tu tymczasem peszek - poparcie nie przekracza 1%. Czemu, ach czemu mi to robisz mój ludu? - powinien zawyć pan P.
Antyklerykalizm Palikota był w ostatnim roku tak agresywny, że aż obciachowy. Pisanie o dupie biskupa (literalnie) było tak żenujące, że nawet autentycznych ateistów mdliło i pukali się po głowach. A gdy Palikot wspomniał coś o tym, że jest libertarianinem to pukano się po głowach na forach libertariańskich obdarzając go nawet czasem niemiłymi inwektywami typu "pieprzony lewak o niestabilnych poglądach, któremu się mocno pomyliło". I mimo że pan P. nadal głośno mówi o tym, że jest liberalny gospodarczo jak i światopoglądowo, to nie przebił się tam w najmniejszym stopniu i duża większość libertarian nadal nie mając własnego polityka najczęściej poprze jednak Janusza Korwin-Mikke niż Palikota nawet jeśli nie we wszystkim się z JKM zgadza (oj musi to boleć pana P.) lub co również mocno prawdopodobne zwyczajnie zignoruje wybory. Dlaczego mu nie zaufali? Pomijając fasadowość postaw byłego posła z Biłgoraja i jego tandeciarski styl prezentacji (forma, forma jeszcze raz forma, treść nie ważna, ważny gumowy penis, świński ryj i małpki) to rzeczą zniechęcającą jest niespójność poglądów i hipokryzja, która wychodzi już po przeczytaniu kilku postulatów. W dodatku Pan P. jest tak naprawdę kolejnym etatystą, który dzielnie zdejmie z nas jarzmo Kościoła ale za to chętnie zmusi nas do finansowania z naszych, zabranych nam pod przymusem podatków: środków antykoncepcyjnych, zabiegów in-vitro, "darmowego" internetu czy obowiązkowego 1% PKB na pasibrzu... wróć... na tzw. kulturę. No to prawdziwy liberał ekonomiczny, nie ma co...Jacek Sierpiński na swoim blogu napisał "Bardziej obrazowo, można powiedzieć, że chce on dymać nas tak samo jak inni politycy, tyle że niepoświęconym wibratorem." Mało które sformułowanie lepiej oddaje charakter działalności pana Janusza, posła z Biłgoraju.
Ostatnio, doradzający panu P., słynny macher od politycznego wizerunku Piotr Tymochowicz, musiał chyba w końcu zauważyć, że antyklerykalizm jego podopiecznego jest już trochę za ostry. Na krytyce Kaczyńskiego, który już zdaje się przestał być koszmarem nocnym młodych, wykształconych z dużych miast, też już daleko się nie zajedzie. Dodał więc do kotła szczyptę krytyki Donalda Tuska (którego pan P. ostatnio nazywa kłamcą większym niż Kaczyński, co u niego jest sporą potwarzą!) i garść nowych pomysłów jak np. legalizację marihuany. To akurat bardzo dobrze - tu plus dla niego. Ale jaką możemy mieć pewność, że miłośnik małpek z Biłgoraju cokolwiek faktycznie zrobi w tej sprawie? Głośno gardłowana przez niego komisja Przyjaznego Państwa nie zrobiła przez 3 lata prawie nic, nie licząc kilku czysto technicznych poprawek ustaw oraz kilku złych (np. ułatwienie wywłaszczeń z prywatnego majątku pod słupy energetyczne przeszło, a jakże, przez tę komisję). A w pewnym momencie wręcz... zapomniała przedłużyć swoją domenę internetową (albo panu P. się zapomniało), co było już naprawdę żenujące. To pokazuje dobitnie, że pan P. jest tylko mistrzem pustej formy i politycznego show. Ciężka i rzetelna praca, to na pewno nie on. Gdyby przyrównywać go do strony internetowej, to pasuje chyba wyłącznie pudelek.pl.
I wreszcie sprawy kadrowe. Choć oczywiście ciekawie byłoby gdyby kilka nowych partii weszło do sejmu, czemu kibicuję nawet niezależnie od tego jakie to partie, to niestety jak na razie ludzie popierający Palikota to głównie stare mordy i w dodatku w większości lewicowe: Magdalena Środa, Kazimierz Kutz, czy Ryszard Kalisz. Do tego żałosne umizgi do środowisk homoseksualnych przejawiające się w coraz dziwniejszej stylistyce ubioru pana P. (widzieliście już ten billboard z czerwonym zegarkiem? Kiedy pan P. przed wyborami będzie nadal mieć słabe poparcie, to może być naprawdę śmiesznie, kto wie do czego będzie skłonny przyznać się byle zyskać parę głosów) oraz próbie wykorzystania (tfu, przepraszam za sformułowanie) naiwnego aktora Jacka Poniedziałka. A gdzie ten liberalizm ekonomiczny panie P.? Niechby chociaż on był prawdziwy. Podatek liniowy - mówi Pan? A w jakiej wysokości? A co z VATem i akcyzą? A jakie wydatki socjalne ma Pan zamiar uciąć by zrównoważyć budżet? A co z obowiązkowymi ubezpieczeniami emerytalnymi, zlikwiduje je Pan? A co z prywatyzacją służby zdrowia? Bo rzucić naprędce jakieś hasło o tym, że PKP działa źle, to każdy potrafi. Niestety takich odpowiedzi nie dostaniemy. Trudno spodziewać się przecież głębszych analiz ekonomicznych po wydmuszce i chorągiewce...
piątek, 11 marca 2011
Jak się pierze brudne pieniądze?
Jeśli jest się mafią, to wypranie brudnych pieniędzy nie jest łatwe. Mafiozi pracowicie wykonują dziesiątki przelewów pomiędzy tzw. słupami, zakładają fikcyjne biznesy (na których zwykle tracą, to jest koszt prania), a czasem nawet muszą dawać łapówki. Jeśli jest się rządem jest dużo łatwiej. A w zasadzie wystarczy odpowiednia ilość tzw. pożytecznych idiotów ulokowanych w mediach, którzy będą przekonywać społeczeństwo, że rząd "inwestuje" pieniądze "rozwijając" gospodarkę i "tworząc" miejsca pracy ani słowem nie wspomniawszy skąd te pieniądze się biorą. A że społeczeństwo w swoim ogóle nie jest zbyt rozgarnięte, to daje sobie wmówić, że środki te po prostu zjawiają się w rządowym budżecie znikąd i nie mają nic wspólnego z rabunkiem podatkowym. A jeśli manewr zaczyna się słabo udawać, to wzorem mniejszych mafiozów rząd wykonuje trochę fałszywych przelewów. A to poprzenosi środki między ZUS a OFE, a to wykorzysta pośrednika w postaci Unii Europejskiej (zapłaci składkę, która wraca w postaci dotacji). Względnie dofinansuje jakiś państwowy biznes, na którym zwykle traci, ale takie są koszta prania brudnych pieniędzy...
Do grona pożytecznych idiotów co pewien czas dołączają różne instytucje chcące ugrać własne cele. Ostatnio dołączył Greenpeace postulując intensywne dopłaty do tzw. odnawialnych źródeł energii. Nie mam nic przeciwko takim technologiom, a Greenpeace jak najbardziej ma prawo za własne pieniądze namawiać ludzi do korzystania z nich. Na przykład namawiając konsumentów aby kupowali prąd z elektrowni, która produkuje go z energii wiatru czy wody zamiast spalając węgiel. To jest ok. Jednak jeśli te technologie są w porządku, to nie powinno być problemów z namówieniem ludzi do korzystania z nich, po co wykorzystywać do tego brudne rządowe pieniądze, zrabowane wcześniej populacji pod przymusem? Najlepszy jednak jest ostateczny argument jako użył Greenpeace, uwaga: " liczba miejsc pracy, które powstałyby przy okazji inwestycji w "zieloną energię", dwukrotnie przekracza obecne zatrudnienie w sektorach górnictwa i wydobycia." Czyli ci panowie postulują aby zmienić biznes energetyczny (pompując w to pieniądze zabrane podatnikom) tak by produkując tyle samo energii zatrudniał dwa razy więcej osób! To niesamowite marnotrawstwo - taki biznes będzie dwa razy mniej efektywny! A jeśli potrzebne będzie tak duże zatrudnienie, to zapewne nawet efekt ekologiczny zostanie zmarnowany. Ile energii wydadzą ci ludzie na dojazd do pracy? Ile energii zostanie zużyte np. na prace związane z księgowością, kadrami, informatyką, sprzątaniem, ochroną i innymi czynnościami których ilość rośnie wraz z zatrudnieniem? Dlaczego ten pan chce mnie zmusić do finansowania takiej rozrzutności?
Przekonanie społeczeństwa do tego, że rząd bierze pieniążki z powietrza to prawdziwy majstersztyk. Nikt w dzisiejszych czasach już nie zauważa, że aby powstało X miejsc pracy za Y zł. to najpierw 150% Y musi zostać zabrane (urzędnicy przecież kosztują!) konsumentom i przedsiębiorcom. Ci pierwsi wydadzą mniej w sklepach zmniejszając popyt na towary i usługi co spowoduje utratę wielu miejsc pracy i spadek wzrostu gospodarczego a ci drudzy będą mieć wprost mniej pieniędzy na inwestycje i zatrudnienie. Efekt, którego nie widać (kłania się pan Bastiat) to zmniejszenie zatrudnienia i wzrostu zamożności społeczeństwa. A dodatkowym efektem tego wszystkiego jest to, że coraz łatwiej jest wskazywać neosocjalistom: patrzcie - prywatny biznes nie działa tak dobrze jak rządowe "inwestycje". Cwaniaki! W sytuacji w której rząd zabiera ludziom 80% tego co wypracują ma od razu 4krotną przewagę na starcie. To cud, że prywatny biznes jeszcze istnieje i dostarcza znacznie większej niż 20% części PKB. Zróbmy eksperyment - zmieńmy na 20 lat proporcje. Niech rząd dostaje najwyżej 20% owoców pracy ludzi a reszta niech zostaje w prywatnych rękach. Po tym okresie sprawdźmy czy gospodarka rozwinęła się lepiej niż przez pierwsze 20 lat "bujnego rozwoju kapitalizmu" w III RP i zobaczmy co ciekawego stworzyli wespół przedsiębiorcy i konsumenci. To mógłby być ciekawy eksperyment, z tym że jego wyniki są dla mnie oczywiste. I niezbyt wygodne dla rządzących i ich pożytecznych idiotów, więc to nigdy nie dojdzie do skutku.
To wszystko co napisałem wyżej to oczywiście prawda, ale najważniejszy argument nie jest związany z przyziemnymi sprawami takimi jak efektywność gospodarki czy PKB. Najważniejsze jest to, że im więcej pieniędzy przetwarza rząd, a im mniej obywatele, tym mniej wolności mają. Zmieniają się w małe dzieci nadzorowane przez wszystkowiedzącego ojca - rząd, który nie tylko wie lepiej co jest dla nich dobre, ale na wszelki wypadek zabiera im większość pieniążków a zostawia tylko drobne kieszonkowe. Wolność umiera, gdy nie ma swobody gospodarczej, a podatki są za wysokie. Wtedy bowiem przeciętny człowiek przez większość czasu pracuje nie na własne cele - te, które są dla niego ważne, a na te, które wytyczył obcy mu człowiek - urzędnik. Albo pożyteczny idiota...
Do grona pożytecznych idiotów co pewien czas dołączają różne instytucje chcące ugrać własne cele. Ostatnio dołączył Greenpeace postulując intensywne dopłaty do tzw. odnawialnych źródeł energii. Nie mam nic przeciwko takim technologiom, a Greenpeace jak najbardziej ma prawo za własne pieniądze namawiać ludzi do korzystania z nich. Na przykład namawiając konsumentów aby kupowali prąd z elektrowni, która produkuje go z energii wiatru czy wody zamiast spalając węgiel. To jest ok. Jednak jeśli te technologie są w porządku, to nie powinno być problemów z namówieniem ludzi do korzystania z nich, po co wykorzystywać do tego brudne rządowe pieniądze, zrabowane wcześniej populacji pod przymusem? Najlepszy jednak jest ostateczny argument jako użył Greenpeace, uwaga: " liczba miejsc pracy, które powstałyby przy okazji inwestycji w "zieloną energię", dwukrotnie przekracza obecne zatrudnienie w sektorach górnictwa i wydobycia." Czyli ci panowie postulują aby zmienić biznes energetyczny (pompując w to pieniądze zabrane podatnikom) tak by produkując tyle samo energii zatrudniał dwa razy więcej osób! To niesamowite marnotrawstwo - taki biznes będzie dwa razy mniej efektywny! A jeśli potrzebne będzie tak duże zatrudnienie, to zapewne nawet efekt ekologiczny zostanie zmarnowany. Ile energii wydadzą ci ludzie na dojazd do pracy? Ile energii zostanie zużyte np. na prace związane z księgowością, kadrami, informatyką, sprzątaniem, ochroną i innymi czynnościami których ilość rośnie wraz z zatrudnieniem? Dlaczego ten pan chce mnie zmusić do finansowania takiej rozrzutności?
Przekonanie społeczeństwa do tego, że rząd bierze pieniążki z powietrza to prawdziwy majstersztyk. Nikt w dzisiejszych czasach już nie zauważa, że aby powstało X miejsc pracy za Y zł. to najpierw 150% Y musi zostać zabrane (urzędnicy przecież kosztują!) konsumentom i przedsiębiorcom. Ci pierwsi wydadzą mniej w sklepach zmniejszając popyt na towary i usługi co spowoduje utratę wielu miejsc pracy i spadek wzrostu gospodarczego a ci drudzy będą mieć wprost mniej pieniędzy na inwestycje i zatrudnienie. Efekt, którego nie widać (kłania się pan Bastiat) to zmniejszenie zatrudnienia i wzrostu zamożności społeczeństwa. A dodatkowym efektem tego wszystkiego jest to, że coraz łatwiej jest wskazywać neosocjalistom: patrzcie - prywatny biznes nie działa tak dobrze jak rządowe "inwestycje". Cwaniaki! W sytuacji w której rząd zabiera ludziom 80% tego co wypracują ma od razu 4krotną przewagę na starcie. To cud, że prywatny biznes jeszcze istnieje i dostarcza znacznie większej niż 20% części PKB. Zróbmy eksperyment - zmieńmy na 20 lat proporcje. Niech rząd dostaje najwyżej 20% owoców pracy ludzi a reszta niech zostaje w prywatnych rękach. Po tym okresie sprawdźmy czy gospodarka rozwinęła się lepiej niż przez pierwsze 20 lat "bujnego rozwoju kapitalizmu" w III RP i zobaczmy co ciekawego stworzyli wespół przedsiębiorcy i konsumenci. To mógłby być ciekawy eksperyment, z tym że jego wyniki są dla mnie oczywiste. I niezbyt wygodne dla rządzących i ich pożytecznych idiotów, więc to nigdy nie dojdzie do skutku.
To wszystko co napisałem wyżej to oczywiście prawda, ale najważniejszy argument nie jest związany z przyziemnymi sprawami takimi jak efektywność gospodarki czy PKB. Najważniejsze jest to, że im więcej pieniędzy przetwarza rząd, a im mniej obywatele, tym mniej wolności mają. Zmieniają się w małe dzieci nadzorowane przez wszystkowiedzącego ojca - rząd, który nie tylko wie lepiej co jest dla nich dobre, ale na wszelki wypadek zabiera im większość pieniążków a zostawia tylko drobne kieszonkowe. Wolność umiera, gdy nie ma swobody gospodarczej, a podatki są za wysokie. Wtedy bowiem przeciętny człowiek przez większość czasu pracuje nie na własne cele - te, które są dla niego ważne, a na te, które wytyczył obcy mu człowiek - urzędnik. Albo pożyteczny idiota...
Etykiety:
neosocjalizm,
podatki,
rząd,
socjalizm,
wolność,
wolny rynek
Subskrybuj:
Posty (Atom)